Archiwum dla 'Polityka'Kategoria

Drug’orzędna hipokryzja

czwartek, 15. maj 2008.

Od pojawienia się najnowszych Newsweekowych rewelacji dotyczących premiera Tuska w sieci zapanowała nowa prześmiewcza moda. Wiadomo – dzień bez internetowego błyśnięcia wtórnym dowcipem, dniem straconym. Żarty dotyczące PiS-u powoli dogorywają, komentarze dotyczące wykształcenia Kubicy znudziły się już chyba wszystkim, już tylko najwierniejsi kpią gdzie mogą z Małysza… Pora znaleźć nowego kozła ofiarnego.

Padło na Tuska.

Kandydat idealny – wysoko postawiony polityk, więc dowcipy z niego zaspokoją potrzeby tej “intelektualnie elitarnej” części społeczeństwa, która lubi być trendy i mieć o czym porozmawiać głośno w autobusie [albo forum Onetu]. Do tego facet umiejscowił się centralnie na scenie politycznej, przez co może zebrać po solidnym razie od każdej opcji politycznej [od lewaków po ultranacjonalistów]. Drobna wada wymowy zaspokoi zwierzęce instynkty tych, którzy sami co prawda mówić potrafią, ale byli jednymi z ostatnich w przedszkolu, którzy tę trudną sztukę [wraz z sikaniem do kibelka i wiązaniem sznurówek] opanowali.

No i do tego naiwniak… Zbyt dosłownie traktuje porady swoich PR-owców, dotyczące szczerości i zjednywania sobie ludzi, poprzez zmniejszanie politycznego dystansu do społeczeństwa.

I z tego wynikła pewnie ta głupia szczerość, którą wykazał się w wywiadzie dla Newsweeka. Ot, chciał pokazać, że równy z niego chłop, że nie jest tylko jakimś wymuskanym chłopcem, który boi się głośniej odezwać, bo komuś się może nie spodobać i słupki spadną.

Tusk palił trawkę.

Sensacja. Monar pościelił nowe łózko, grabarze wykopali dołek.

Rozpoczęła się nowa era internetowego szyderstwa, którą wzmaga jeszcze bardziej podróż Tuska do Ameryki Pd. – a z czego słynie ten rajski kontynent chyba wszyscy wiemy… ;]

Tylko dzisiaj natknąłem się na dwa szydercze obrazki na jednym z popularnych serwisów społecznościowych. Pierwszy [źródło Onet.pl]:

Drugi był próbą prześmiewczą, ale już bardziej amatorską w swoim charakterze. Poniżej niefortunne zestawienie jednego z Internautów, pochodzące z bety Onetu…

Zastanawia mnie tylko ile z Tych osób, które nabijają się z głupiego, jak się okazuje, w swojej prawdomówności premiera, samo wcześniej raczyło swoje niewybredne podniebienia bykami czy paliło skręty? Znaleźliby się tacy? Jak myślicie…?

Ale oczywiście prawo “Kalego” nie przeszkadza nikomu, w nabijaniu się z nowego kozła ofiarnego. Obiektywizm obiektywizmem, ale pośmiać się z kogoś trzeba, kiedy tylko nadarza się okazja. Można przecież nazywać Tuska ćpunem… Można… Przecież trawka to narkotyk! Zło! Zatruwa umysły naszej nieskażonej niedozwoloną substancją młodzieży! Sam fakt, że z pokolenia na pokolenie przekazuje się w Polsce już najmłodszym miłość do powodującego zdebilowacenie narodu alkoholu pozostaje bez znaczenia. Ale trawka to zło, a Tusk to ćpun!

I nic nie pomagają takie zestawienia, jak to z prestiżowego brytyjskiego czasopisma Lancet, w którym naukowcy opiniują, że marihuana [cannabis] jest mniej szkodliwa i uzależniająca, niż powszechnie dostępne alkohol i papierosy. Już pojawiają się dowcipy o tym, dlaczego Tusk niczego nie dokonał i spoczął na laurach, odkąd został premierem – oczywiście wszystkiemu winne jointy.

I wszystko byłoby w porządku – w końcu o polskich forach internetowych, szczególnie tych podpiętych pod największe portale informacyjne, można by napisać niejedną pracę doktorancką z socjologii czy psychologii społecznej. Nic tak nie odzwierciedla naszego szyderczego charakteru narodowego [przy czym szyderstwa na wysokim poziomie są o dziwo całkiem powszechne], jak właśnie wspomniane wyżej twory społecznościowe…

Tylko dlaczego owe szyderstwa tak lekko ocierają się o hipokryzję? Czy czasami nie lepiej uderzyć się w pierś i przyznać otwarcie do własnych poglądów? W końcu internet nie musi nas zachęcać tylko do anonimowego tchórzostwa [obrażanie nieznajomych], dlaczego nie być od czasu do czasu “anonimowym sobą”?

No bo kto tak naprawdę zrobił z siebie publicznie większego idiotę?

Tusk, czy ten, który palił, ale się nie zaciągał? ;]

America’s brightest star

czwartek, 17. kwiecień 2008.

Zapowiada się osobisty post.

Tytułem wprowadzenia – do domu w którym mieszkam, w odwiedziny do jednej z sióstr, które go również zamieszkują, przyjechał pewien Amerykanin. Amerykanin pełną gębą, bo zapatrzony w jedyne mocarstwo świata (jego słowa) białoruski neofita. Spędził on w USA całe swoje dorosłe życie, tj. ostatnie 12 lat.

Wie o USA wszystko – nie widzi poza nimi niczego. Potrafi narzekać na takie słodkie “intelektualnie zaawansowane” tematy jak G.W. Bush, wojna w Iraku, słabnący dolar… Ale Stany ceni ponad życie, a jak narzeka, to tylko po to, żeby całość brzmiała wiarygodnie. Białorusi nigdy na oczy oglądać już nie chce, mimo tego, że żyje tam jego siostra, która podobno radzi sobie “very well”, ale on nie wie, bo tego nie sprawdzi. Białoruś “makes him sick”. Ma “niesamowitą intuicję” – odkąd skończył 12 lat, wiedział, że będzie żyć w Stanach, nie na Białorusi. Wiedział też, że rozwiedzie się ze swoją pierwszą żoną, Białorusinką, zanim jeszcze ją poznał. Medium.

Ceni sobie za to “honesty” Amerykanów, a nie może patrzeć na Białorusinów z dokładnie odwrotnego powodu. Zapytany ironicznie, czy według niego Amerykanie są “honest”, wymamrotał coś o różnicy pomiędzy “honesty”, a “being honest”, bo wszystko zależy od tego jak postrzega “eye of beholder”. “Honesty” polega według niego najwyraźniej na nieustannym uśmiechaniu się jak wiejski głupek… Dlaczego białoruskie wyrażanie w swoich emocjach niezadowolenia ze stanu rzeczy (brak ciągłego uśmiechania się), nie zalicza się do “honesty”? Bo klucz leży w “eye of the beholder”. Ciekawe jak do jego amerykańskiego “honesty” pasuje zdobycie upragnionego, nobilitującego obywatelstwa poprzez ustawiony ślub…

Błagam…

Do tego typowe zagrywki erystyczne – nasycanie wypowiedzi sofizmatami, każdą próbę udowodnienia ciągiem logicznym, że pieprzy bzdury, przerywa bezustannie idiotycznymi wtrąceniami, nie pozwalając skończyć…

A te jego ciągłe przechwałki, powtarzanie po pięć razy, jak to “nearly missed the plane”, bo “boss rang him” i musiał “go to the office to run some checks”, przez co na lotnisku zjawił się na dwie minuty przed zamknięciem check-in’ów. Ale oczywiście mimo tego, że był nieogolony, niespakowany, zdążył kupić odwiedzanej fajki, bez tego by nie przyleciał, taki jest cool.

Oczywiście opowieści ma bez liku.

Jak to prawie wstąpił do US Army w 2005 roku [gorący okres w Iraku], i jak to oczywiście przyjęliby go do Airforce, żeby mógł prowadzić z bazy w Stanach, przy pomocy dżojstika, bezzałogowe samoloty szturmowe… Oczywiście 15 minut wcześniej przeklinał śmierć amerykańskich żołnierzy na tej niepotrzebnej wojnie.

Na Białorusi za to chcieli wcielić go do elitarnej jednostki spadochronowej, ale jego teściowa interferowała, żeby był bliżej domu, przez co trafił do najgorszej jednostki, batalionu kolejowego, gdzie trafiają sami kryminaliści, którzy nauczyli go, by “don’t take shit from anyone”. Ale on w Ameryce nie może tego stosować, bo tam wszyscy nauczeni są, żeby “take shit”, a jeżeli się stawiasz, to cię zgnoją, bo mają większe od jego doświadczenie w robieniu ludziom problemów.

A Polska? Polska zawsze starała się gnoić Białoruś, robiąc Białorusinom problemy kiedy tylko mogła…

Irlandia jest cudowna, bo jest neutralna – pozwala za darmo i bez problemów międzylądować amerykańskim wojskom w Shannon [miasto na wschodzie Irlandii], a Polacy chcą za tarczę 50 mld USD. Jak oni mogą…? Ale sam fakt, że Polacy jako pierwszy kraj, bez żadnych negocjacji zgodził się wspomóc USA w Iraku, biorąc na siebie zarządzanie najtrudniejszą ze wszystkich strefą stabilizacyjną, za którą oddał życie niejeden polski żołnierz oczywiście przemilczał… A na wypomnienie mu tego, i tego, jak wdzięczni nam za ową nieprzeliczalną na dolary, frajerską wręcz, bezinteresowną pomoc, byli obywatele USA, i dlaczego teraz, za o wiele bardziej istotne przedsięwzięcie nie mielibyśmy zażądać odpowiedniej zapłaty, tylko kiwnął głową, przyznając rację… Po czym przeszedł do błyskotliwej ofensywy, nazywając Polskę frajerskim krajem, który z jednej strony “ssie Amerykańskiego chuja” a z drugiej “wypina dupę Rosjanom”…

Czy dalsza dyskusja w takiej sytuacji jest potrzebna?

Nie jest, normalny człowiek kończy ją pięścią w gardle takiego rozmówcy…

Ja będąc nienormalny, i postawiony przed koniecznością znalezienia alternatywnego rozwiązania, dla “gościa”, cierpliwie udowadniałem swojemu rozmówcy jego głupotę… Co on oczywiście starał się uniemożliwić, przerywając nachalnie każdą wypowiedź, która obnażała jego głupotę i ignorancję…

Do tego liczył na pomoc troskliwych gospodyń, które zauważając napięcie w tej sytuacji, starały się rozładować je, poprzez… Zamknięcie mnie samego!

Skończyło się na “let’s not talk about politics” i “I don’t approve Polish politics, but I don’t hate Polish people”. Po czym dodał, że “American politics” też nie popiera, by załagodzić sytuację…

Ach, zapomniałem dodać, że gdzieś po drodze, gdy próbował zbić mnie z tropu, niewiadomo skąd wplątał do rozmowy Afganistan, i to, że Europa nie jest w ten konflikt zaangażowana (chyba w związku z naszą ochoczą pomocą w Iraku, której rzekomo nie udzielaliśmy w afganistanie). Po czym na uwagę o Polskiej obecności oraz poinformowany przez jedną z bystrzejszych przysłuchujących się, że Brytyjczycy są obecni w Afganistanie, do społu z kilkoma innymi narodami, zaczął wychwalać ten naród jako bogów wojny, którzy walkę mają we krwi, co udowodnili na Rosjanach. Walkę i produkcję narkotyków. Wyśmiany, poinformowany o szkoleniach CIA [wg. niego USA nie jest i nie była w żaden sposób w Afganistanie zaangażowana] przeprowadzanych przez lata w owym kraju, tak by ten naród “bogów wojny” mógł stawiać czoła Rosjanom, stwierdził, że to nieprawda. Po czym przytoczył historyjkę, udowadniającą, jakimi to wojownikami są Afgańczycy, i dlaczego “sami” doskonale dają sobie radę ze wszystkimi wojskami. Otóż [naprawdę wzruszające, bo wzięte z serii "ojciec kolegi"] ojciec kolegi dostał od nich kulkę w głowę z trzech kilometrów – tacy są wojowniczy. Dodam tylko, że trzy kilometry, to wynik nobilitujący najlepszych z najlepszych snajperów świata do grona ścisłej, parunastoosobowej elity. A afgański chłop, wypasający owce, najwyraźniej potrafi wykonać coś takiego pomiędzy kurzeniem haszyszu, a spędzaniem bydła ze stoków…

Oczywiście strzelając z procy, bo przecież Amerykanie nie dali im broni…

Ach, a Euro jest złe, bo daje wybór krajom bogatym w ropę, by te zrezygnowały z petrodolarów i przekonwertowały je na “petro-euro”, co jest nie fair, bo osłabia Stany. A jak stany pierdolną, to wszyscy pójdziemy na dno.

A teraz najebał się czterema drinkami i robi to, co robił cały dzień – wielkie i głośne “patrzcie na mnie”, przeplatane głupkowatymi pokrzykiwaniami w stylu “Uu-uuu!!!”.

Dzisiaj rano poprosił o jedną tabletkę słodzika do swojej herbaty.

A jazda autem z manualną skrzynią jest dla niego rzeczą niepojętą.

Arbeit macht…?

środa, 16. kwiecień 2008.

“Bez pracy nie ma kołaczy” – wmawiali nam to od dzieciństwa, a my czerpiąc z doświadczeń starszych, przekazujemy tę wiedzę dalej. Wiedzę niepodważalną zresztą, chyba że mieliśmy to szczęście urodzić się w bardzo zamożnej rodzinie, lub w jakiś szczęśliwy sposób owe pieniądze zdobyliśmy (patrz – loterie itp.). Praca daje nam zajęcie, daje nam możliwość przeżycia i zaspokajania podstawowych potrzeb, a jeżeli należymy do elity zawodowej, pozwala nam na samorealizację – czynnik równie istotny co pozostałe, chociaż zdaje się, że bardziej niedoceniany…

Podczas kilku najbliższych dni będę miał okazję do doświadczania zawodowego “rozwoju” w… supermarkecie.

Wiem co sobie myślicie, wcale się wam nie dziwię. Zresztą, prawdopodobnie jedynie podzielacie mój własny entuzjazm. Z racji zajęcia jakim się chwilowo param, od czasu do czasu moja firma wydelegowuje mnie do przeróżnych punktów handlowych, przez co mam okazję zapoznać się ze sposobem ich funkcjonowania od zaplecza.

“Sposobem ich funkcjonowania od zaplecza”…

Wysilam się na eufemizmy, zupełnie nie wiem po co.

A może i wiem… Z szacunku dla pracowników wszelkich Tesco, Real, Carrefour, czy innych, nie wypada mi powiedzieć wprost, co myślę o charakterze ich pracy…

Supermarket… Co tu dużo mówić – wszyscy tam bywamy, wszyscy to znamy… Depresyjne światło jarzeniówek, nieustający irytujący jazgot w połączeniu z monotonnym, usypiającym brzęczeniem licznych urządzeń elektrycznych. Dodajmy do tej mieszanki męczącą oczy feerię barw, znaków handlowych, bannerów, wszechobecny brud i kurz, klimatyzowane, suche powietrze, a otrzymamy… Piekło pracownika!

Do tego normowany, ośmiogodzinny czas pracy, niezależny od naszych starań, czy efektywności…

Z mojego punktu widzenia, to prawdziwy i kompletny dramat…

Nie wierzę, że praca w takich warunkach może w jakikolwiek sposób sprzyjać pracownikowi, a przede wszystkim istocie ludzkiej, którą on stanowi. Sam fakt, że osoby zatrudnione w dużych sieciach sprzedaży detalicznej stać na okazywanie jakichkolwiek wyrazów sympatii dla klientów, jest dla mnie niewyobrażalny i godny podziwu.

Ale tak naprawdę nie o tym chciałem pisać.

Otóż jakiś czas temu miałem okazję zapoznać się z najnowszą lekturą pióra Piotra Tymochowicza – polskiego speca od różnego rodzaju socjotechnik i Public Relations. Tymochowicz w książce “Biblia skuteczności” poruszył dosyć interesujący temat, który może tłumaczyć w pewnym sensie moją własną niechęć i niepokój związany z następnymi trzema dniami pracy.

Otóż jestem zupełnie nieprzyzwyczajony do pracy “od-do” [przykładowo: 8.00-16.00], w której jedyną miarą naszej efektywności jest zegar. Z mojego punktu widzenia jest to archaizm, deprymujący i męczący pracownika. Przy z góry zaplanowanych celach na dzień pracy, można osiągnąć o wiele lepsze rezultaty, często poświęcając na nie mniej czasu… A więcej czasu na relaks, oznacza szczęśliwszego pracownika. Szczęśliwszy pracownik to pracownik wydajniejszy…

Tymochowicz napisał kilka ciekawych zdań na temat tego, jak przygotowuje się nas, czy też raczej jak uczy się nas żyć w sposób “od-do”.

Otóż od małego dziecka podświadomie wbija się nam do głowy, że jest czas na pracę i jest czas na relaks. Życie pulsacyjne. Osiem godzin w bezpiecznych czterech ścianach przedszkola, potem powrót do bezpiecznych czterech ścian domu. Kilka godzin w bezpiecznych murach szkoły, potem powrót do domu. Osiem godzin w bezpiecznych murach pracy, potem powrót do bezpiecznego domu… Pięć dni pracy, dwa dni relaksu, 11 miesięcy pracy, miesiąc urlopu, itd. itp.

Cykle. Schematy. Szablony.

Według obserwacji Tymochowicza owy sposób funkcjonowania człowieka ogranicza go intelektualnie, ogranicza jego możliwości kreatywne, upośledza go życiowo. Nie uczy indywidualnego podchodzenia do różnych sytuacji życiowych, nie uczy nienormowanego kontaktu ze środowiskiem, nienormowanego życia. Iluzja czterech ścian, w połączeniu z iluzją statecznego klastra czasowego, wywołuje w człowieku złudne poczucie bezpieczeństwa, które zabija w nim odwagę konieczną do rozwoju. Człowiek nauczony, że kto inny zadba o jego byt, odgradza się od świata pełnego ryzyka, w zamian za wykonywaną posłusznie pracę.

Co gorsza, według obserwacji autora “Biblii skuteczności”, zdecydowana większość osób, które spędzi więcej niż pięć lat w koncernach lub zchierarchizowanych firmach, będzie stracona dla biznesu. Żadnej z tych osób nie będzie już stać na to, żeby podjąć własną, autonomiczną działalność zarobkową. Z owego procesu wykluczył jedynie wyższe kadry zarządzające, które z natury rozpatruje się w odrobinę innych kategoriach.

Tymochowicz powołuje się również na przykłady państw skandynawskich, które starają się wykorzeniać owe, iście socjalistyczne, nawyki społeczne. Powstają szkoły interaktywne, w których dzieci nie mają konieczności obowiązkowego uczestnictwa w szkolnych zajęciach grupowych, ponad określoną normę… Jak się okazuje, rezultaty owych prób wydają się być zdumiewające – młodzież przyswaja wiedzę znacznie szybciej, wykorzystuje ją w o wiele bardziej kreatywny sposób, jest lepiej przygotowana do funkcjonowania jako osoby dorosłe…

Świadomość istnienia owego schematu zdaje się demaskować niesamodzielność ogromnej rzeszy ludzi dorosłych. Często winią oni za swoje niepowodzenia zawodowe siebie samych, kiedy to wydawałoby się, że o wiele bardziej trafnym jest obwinianie całego świata! Zabawny paradoks, o jakże bolesnych skutkach…

Nauczeni tego, że ktoś inny podejmuje za nich ryzyko, godzą się, aby sprzedawać swoje umiejetności za poczucie bezpieczeństwa, jednocześnie czując, że stać ich na więcej. Ale więcej dać z siebie nie potrafią, nie chcą, bo to byłoby wykroczenie poza bezpieczny schemat.

Schemat złudnie bezpieczny, bo nie zapewniający niczego, poza socjalnym zniewoleniem.

Czym naprawdę różni się taki pracownik od więźnia zakładu karnego?

Pozorną wolnością wyboru…?

Królowa wszystkich gier

wtorek, 8. kwiecień 2008.

Wiele jest w życiu rzeczy, które pozwolą nam poczuć namiastkę wielkości. Pieniądze, sława, uwielbienie… Ale nawet najgłupszy z ludzi zda sobie w końcu sprawę, że to nudzi, a zwiększanie dawek już nie pomaga. A co wtedy pozostaje?

Zresztą, powyższe i wiele innych może osiągnąć każdy dobrze ukierunkowany debil. A to dyskredytuje takie sukcesy.

Jest jednak jedna dziedzina, zarezerwowana wyłącznie dla najlepszych. I tylko najlepsi z nielicznych potrafią wytrwać w niej do końca. Tam nie ma miejsca dla słabych, głupich, leniwych, nieodpornych, czy tchórzliwych. Każda słabość jest tam drogą do porażki. Cholera, tam nie ma nawet miejsca dla silnych, inteligentnych, pracowitych i odważnych. Tylko “silnych, inteligentnych, pracowitych i odważnych”…

I dlatego to gra ponad wszystkie, zabawa dla najlepszych, najsprawniejszych, najsilniejszych, najbardziej bezwzględnych. Zajmująca, pełna poświęceń, ale gwarantująca miejsce w pierwszym rzędzie podczas spektaklu pt. “Życie”. Chociaż miejsce w pierwszym rzędzie, to tak naprawdę kłamstwo, bo uczestnicy otrzymują o wiele bardziej interesujący bilet. Tan za kulisy…

To gra, która nawet nazwę ma nieprecyzyjną, mylącą.

To gra w informację i działanie.

Wywiad, kontrwywiad…

Szara eminencja historii świata.

Wieczne balansowanie na ostrzu noża, nieustająca walka, nieustający euforia i nieustający smutek. Gra bez końca, która stanowi kręgosłup wydarzeń na świecie. A co w niej najpiękniejsze – nagradza tylko tych kilku najlepszych – tych, którzy trzymają w rękach więcej sznurków niż inni. Tych, którzy na tych sznurkach nie zawiśli.

Gra trzymająca w napięciu każdego, komu dane jest w niej uczestniczyć. Gra, w której nie ma zwycięzców, a gdyby byli, i tak nie czekały by na nich żadne nagrody. To gra, w której nagrodą jest samo uczestnictwo. Świadomość i wiedza, którą ona oferuje, w zamian za duszę. Prawda o świecie, w zamian za prawdę o nas. Możliwość kreowania historii własnymi rękami, wpływania na losy kontynentów, państw, jednostek. Ale bezimiennie.

Gra wymyślona przez diabła, któremu najwyraźniej znudził się świat pozostawiony na własnej łasce.

Nieustanna partia szachów, nie pomiędzy dobrym a złym, a pomiędzy złym i gorszym. Ale gra, której wygrać nie można. Można tylko zmieniać cele.

Zresztą, szachy to nienajlepszy przykład, bo tam przy stole jest miejsce tylko dla dwójki zawodników. A w zabawach wywiadowczych gra każdy z każdym. Naraz. To taki rodzaj polityki, w którym nie liczy się popularność, ani wyborca. Tam liczy się tylko to, komu uda się rozgrywać najdłużej. Bez klakierów, bez osądów, bez konieczności liczenia się z czymkolwiek.

Dodajmy do tego przepisu przebiegłość i poczucie humoru, a otrzymamy formułę wyjątkową.

Najbliższą boskości ze wszelkich możliwych.

W końcu Bóg też rozgrywa zza kulis…

Ciemna droga do zwycięstwa

sobota, 5. kwiecień 2008.

Z mrocznych zakamarków mojego sumienia oraz akt szkoleniowych SB, KGB, CIA, Mossadu, MI5&6.

Jak osiągnąć bezwzględną przewagę nad przeciwnikiem. Zniszczyć go.

Poradnik łączący przyjemne z pożytecznym.

Na każdą okazję.

Efekty gwarantowane…

“Sztuka Wojny wg. Frustrata – wybór niezawodnych sposobów na zwycięstwo”

- autor: Frustrat Srustrat.

1. Zyskaj przewagę fizyczną. Uderzaj mocno. Zadaj ból i okaż gotowość pognębiania tego cierpienia. Rób to raz po raz. Przełam jego opór. Jego cierpienie przynosi twój sukces.

2. Zdobądź przewagę intelektualną. Owiń wroga wokół palca. Niech pragnie cię słuchać. Uknuj intrygę pogrążającą go. Przekonaj go. Niech będzie marionetką w twoich rękach.

3. Zyskaj przewagę materialną. Kup go. Zaklej mu oczy i uszy pieniędzmi. Wepchnij do gardła zrolowane banknoty. Napchaj mu nimi jego dłonie. Przejmij nad nim kontrolę. Albo zniszcz. Poderżnij mu na odległość gardło, a banknoty niech stanowią siłę sprawczą.

4. Zyskaj nad nim przewagę ilościową. Osacz go. Otocz go swoją siłą, ludźmi, wpływami. I zaciskaj więzy…

5. Zyskaj nad nim przewagę informacyjną. Szantażuj go. Miej w ręce atut silniejszy od jego najlepszego atutu przeciwko tobie. Miej go w szachu. I nie bój się wykorzystać tej wiedzy kiedy trzeba, obserwując jego bolesny upadek.

6. Zyskaj nad nim przewagę Achillesową. Zobacz wroga jakim jest, czytając jego intencje, poprzez jego największe dokonania. Rozbierz go na drobne czynniki. Znajdź słaby punkt i uderz. Poznaj go, a będziesz miał jego los w garści.

7. Zyskaj nad nim przewagę psychologiczną. Złam go. Ośmiesz go. Poniż go. Zrealizuj jego największe lęki. Wstrząśnij filarami filozofii jego bytu. Niech poczuje smutek lub gniew. Niech straci siłę i ochotę. Niech zniszczy samego siebie. A ty obserwuj.

8. Zyskaj kontrolę nad jego pragnieniami. Przejmij władzę nad jego marzeniami czy potrzebami. Miej go na łasce. Wygraj z nim wyścig do jego nagród. A wtedy zobaczysz poniżenie.

9. Zyskaj kontrolę nad jego wytrzymałością. Zamęcz go. Nie ustawaj w ataku, nie dawaj mu czasu na regenerację, nie pozwalaj na najmniejsze wytchnienie wroga, aż do wyczerpania go. Padnie w końcu na kolana.

10. Nigdy nie daj się prześcignąć w żadnym z powyższych.

*Nota prawna: Niektóre metody mogą kolidować z podstawowymi prawami człowieka.

Wschód wschodu/zachód zachodu

wtorek, 25. marzec 2008.

Gdzie się podziała nasza duma?

Kiedyś (raptem lekko ponad 60 lat temu) bycie Polakiem kojarzyło się z odwagą, honorem, niezłomnością, wielkim sercem i duchem, pracowitością. Dzisiaj została pracowitość… Spuszczamy łby i uznajemy wyższość rasy Panów – tych lepszych, tych zza Odry.

Jak bardzo złości mnie to zginanie karku, przymilne wypowiedzi, pokorne spoglądanie na zachodniego rozmówcę i potakiwanie… Ten brak pewności siebie, świadomości własnej wartości, czy kulturowego i historycznego dziedzictwa. Relacja pana i niewolnika. Jednostronnie ukierunkowany szacunek. Psy wypracowały sobie lepszy układ, niż my…

W dodatku ciągle ubliżamy sami sobie, starając się wywyższyć na marnym tle, zamiast prezentować sobą pewną jakość, nie niską, a myślę, że wyższą niż zachodnia. Te wyzywanie się od Polaczków, gardzenie sobą nawzajem, dyskredytowanie wszelkich sukcesów. A z drugiej strony spijanie popłuczyn po zachodnich gwiazdkach, ukorzenianie ich marnych standardów we własnej ojczyźnie, lizanie tyłków każdemu, kto nie potrafi wymówić “y”, “ę”, “ą”, “ź”, “ś”,”ć”, “dź”, “ń”…

Zwróćmy na chwilę oczy na naszych przodków – ale tych, z którymi minęliśmy się o pokoleniowy włos – urodzonych po 1900.

To byli inni Polacy – władali językami, byli spójni w swojej tożsamości, głowy nosili wysoko, ale wiedzieli też, kiedy należy je pochylić. Potrafili pracować rękami tak samo mocno, jak głowami. Polscy mężczyźni wyróżniali się z tłumu, nie wąsem i przepoconą koszulką, ale siłą, inteligencją i sprytem. Kobiety rzucały na kolana świat- nie głębokimi dekoltami i łatwością nawiązywania “kontaktów” – ale klasą, wdziękiem i nietypową dla płci pięknej zaradnością.

Bycie Polakiem, wywoływało wtedy prawdziwe zainteresowanie na świecie – kojarzeni byliśmy z zupełnie inny sposób. Nikomu wtedy nie przyszłoby na myśl, żeby wspomnieć coś o alkoholu na hasło: Polak. To byłaby obelga. Dzisiaj, każdy matoł myśli, że dzięki takiemu skojarzeniu, ma powód do dumy i okazję do zaimponowania. Żadna to duma…

Z cyklu “Żywot autora”… Jednym z najgorszych uczuć, jakich doświadczyłem podczas zagranicznych eskapad, jest te cholerne wrażenie upokorzenia, łączone z gniewem i buntem, odczuwane w momencie, kiedy rozmówca poznawał moją narodowość. i co gorsza, uczucia te nie wynikały ze mnie, ale były mi perfidnie narzucane z zewnątrz. Wiecie, jakie to deprymujące, kiedy podchodząc do nieznajomej osoby, widzicie, jak ta chce zrobić na nas jak najlepsze wrażenie, stara się, pręży, prostuje, do czasu, kiedy nie usłyszy wschodniego sposobu artykulacji pewnych głosek. A wtedy następuje diametralne odwrócenie relacji, na które nie ma się już wpływu, bo jest głęboko zakorzenione w świadomości rozmówcy. Zaczyna on patrzeć na ciebie z góry, z pewnym pobłażaniem, politowaniem. Wyższością.
Nie wiem, zastanawiam się czasem, czy nie wyciągam pochopnych wniosków… Może zwyczajnie większość”Europejczyków” (my jesteśmy “europejczykami” ze wschodu – podrzędnymi) są najzwyczajniej w świecie zadufanymi debilami, i człowiek nie ma się okazji o tym przekonać, dopóki nie otworzą pyska… Tak.

Chciałbym w to wierzyć, ale nie mogę. To my sami zapracowaliśmy sobie na takie traktowanie, po bardzo konkretnej pomocy wojsk niemieckich i radzieckich. W pewnym momencie poddaliśmy się, bo sam fakt II Wojny Światowej i późniejszej okupacji nie może być jedynym, chociaż wygodnym, wytłumaczeniem obecnego stanu rzeczy. To my, brakiem wiary i siły oddaliśmy te starcie z rzeczywistością walkowerem. Przykro mi to mówić, ale tę walkę przegraliśmy jako naród, i długo jeszcze nam przyjdzie za to pokutować.

No więc, gdzie jest nasza duma? Czy zapomnieliśmy już, jak to jest trzymać wysoko głowę i wierzyć w trafność i sensowność wypowiadanych przez nas słów? Czy wartość naszych charakterów poddała się dewaluacji? Deprecjacji? Jak samochody z salonu 1. stycznia każdego roku?

Dlaczego pozwalamy sobie narzucać to jarzmo. Czy łatwo żyć, będąc przykutym łańcuchem do budy stereotypowego osądu?

Na to ostatnie pytanie mogę odpowiedzieć na głos. Nie jest łatwo. Nie warto.

Nie pozwólmy na to.

Nie pozwólmy traktować się jak upośledzone dzieci, ale i też nie dawajmy powodów do takiego traktowania. Znajmy swoją wartość i nie zgadzajmy się na mniej, niż powinniśmy. Ale też i nie żądajmy zbyt wiele – przesada to jedna z podstaw śmieszności. Nie pozwalajmy się dyskredytować na świecie, tylko dlatego, że nasze portfele nie są tak zasobne, jak portfele wypychane euro, czy dolarami, zamiast złotówkami. To nie jest nasze brzemię – to nasz powód do dumy. Bo dzięki temu m.in. nie zatraciliśmy tyle dziedzictwa kulturowego, ile mieniący się kolorem złota zachód. Na wiele rzeczy my sami możemy spojrzeć z politowaniem, którym karmi się nas od dekad. Chociażby przy okazji Wielkanocy. Wolicie pisanki, czy czekoladowe jaja Cadbury i Nestle za €5 sztuka? A dzień po Wielkanocy, wielka promocja, -50% off the marked price. “Wow”, kurwa, “wow”… Już widzę tą radość, na twarzach przyszłych pokoleń. Cieszę się, że nikt nie może mi zabrać moich wspomnień. Wielkanocne śniadanie, zamiast wielkanocnych zakupów. Śmigus z wiadra, zamiast zwykłego wolnego poniedziałka…

Jesteśmy tą generacją, której niczego już nie brakuje. Niczego. Wykorzystajmy to wreszcie, nie bierzmy przykładu z rodziców, bo oni, mimo wielkiego szacunku, jakim darzę tą generację, wiele już nie zdziałają, bo to nie działania ich nauczono.

Udowodnijmy światu własną wartość.

Bądźmy wreszcie dumni.

Od niezdarności do niepełnosprawności

poniedziałek, 3. marzec 2008.

W domu 12 st. C, olej dostarczą dopiero jutro, ale ja będę chory już dzisiaj. Wygram ten wyścig… ;]

W dodatku zostałem wyśmiany w supermarkecie przez, na oko 80-letnią, staruszkę. Bezczelnie się ze mnie nabijała. A pomyśleć, że kilka sekund wcześniej, cierpliwie (czyt. bez werbalnych komentarzy) za nią podążałem, czekając aż zdecyduje się, w którą stronę popchnie swój koszyk. Była podła.

Potknąłem się o jakiś kawałek drewna, najprawdopodobniej fragment palety transportowej. Ot, niby nic wielkiego. Żadna niezdarność, nie potknąłem się o własne nogi, o podłogę, czy ścianę (a tak też mi się zdarza). Nastąpiłem na kawałek drewienka. Nie było spektakularnego “bum!”, nie było poślizgu, ani wrzasku przerażenia. Nie wygrałbym za to pralki w “Śmiechu warte”. Nastąpiłem, lekko się zachwiałem, zatrzymałem, wkopałem pod najbliższą lodówkę, żeby nikt inny nie podzielił mojego losu. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie ten charczący odgłos, przypominający śmiech.

I te spojrzenie.

I te komentarze.

W jednym z nich, roześmiana oznajmiła mi, że całe szczęście to nie była ona. Zwykła podłość… ;]

Babcia mi pojechała…

Ech…

Niby później próbowała przepraszać, ale efekt takich przeprosin jest marny, jeżeli ktoś cały czas próbuje powstrzymywać parsknięcia śmiechu.

A niby taka biedna była, ubrana na szaro, chusta na głowie, polska babcia wypisz wymaluj…

No nic, kolejny kopniak dla mojego wybujałego ego. Ten na górze chyba próbuje mi coś powiedzieć.

Całe szczęście, babcia odbędzie tą rozmowę pierwsza… }:]

Inna sprawa, że postanowiłem skreślić dwa słowa na temat niepełnosprawnych w Irlandii. Przez setki lat mieszkańcy Zielonej Wyspy zmuszeni byli do reprodukcji we własnym, dosyć zamkniętym kręgu. Oprócz plagi rudzielstwa zaowocowało to również, o wiele bardziej poważnymi i mało zabawnymi następstwami – całą rzeszą różnego rodzaju chorób genetycznych, o których wszędzie tu słychać, defektów wrodzonych, oraz różnego rodzaju syndromów. Nie znam statystyk, ale podejrzewam, że Irlandia jest w ścisłej europejskiej czołówce, jeżeli chodzi o odsetek osób niepełnosprawnych i upośledzonych.

Ale jest też na pewno w czołówce krajów, które próbują w rozsądny sposób pomóc niepełnosprawnym, a co za tym idzie i ich opiekunom, prowadzić “normalne” życie.

Daruję sobie przemowę na temat zasiłków, programów pomocy, samego podejścia życia osób niepełnosprawnych w społeczeństwie. Irlandia robi dla nich jedną rzecz, do której Polska jeszcze nie dorosła. Traktuje ich jak ludzi, którzy są potrzebni.

Żeby nie być gołosłownym, przytoczę jeden bardzo obrazowy przykład. Irlandzki rząd postarał się o to, aby ludzie niepełnosprawni byli zatrudniani w dużych sieciach supermarketów. Nie wiem jak to działa z punktu prawnego, ekonomicznego, czy podatkowego, ale to rozwiązanie zdaje się funkcjonować w praktyce bez zarzutu. W każdym supermarkecie możemy zobaczyć kogoś cierpiącego na syndrom Down’a, upośledzonego umysłowo, czy lekko niepełnosprawnego fizycznie. Ci ludzie pomagają w prostych czynnościach – ostrzegają klientów, jeżeli ktoś wylał coś na podłogę, zbierają koszyki spod kas, przecierają półki…

Nikogo nie odstrasza widok szeroko uśmiechającego się do nas 40-latka, o charakterystycznych rysach twarzy. Nikogo nie dziwi, jeżeli zacznie on śpiewać głośno piosenki, czy tańczyć między regałami. Jedyne, co można wtedy zauważyć, to wszechobecny uśmiech na twarzy klientów. Nie politowania, ale szczerej sympatii.

Raz, że aktywizacja zawodowa podobnych osób niepełnosprawnych, daje im zajęcie, wyrywa ich z domu i pozwala w pewien sposób cieszyć się życiem. Dwa, że osoby zajmujące się nimi na codzień, mają więcej czasu, na zajęcie się sobą. Najważniejsze jest jednak to, że społeczeństwo będąc bliżej takich ludzi, przestaje postrzegać ich jako odrażające wybryki natury, a zaczyna dostrzegać w nich tych, którzy zwyczajnie mieli mniej szczęścia.

Nie wiem jak jest w innych krajach Europy Zachodniej. Chciałbym natomiast, aby tak było w Polsce.

Miałem okazję dorastać na podwórku, na którym równolegle do mnie dorastał chłopak z zespołem Down’a. I bardzo się z tego cieszę, bo kiedy minęły już dziecięce fazy głupich żartów, wybryków itp. kretynizmów, mogłem zrobić krok naprzód, stając się jego kolegą. I patrząc z perspektywy czasu, bardzo to sobie cenię. Prawdę mówiąc, nauczyłem się od niego więcej, niż on mógłby kiedykolwiek nauczyć się ode mnie. Gdyby tylko więcej osób miało szanse stykać się z podobnymi ludźmi na codzień, myślę, że każdy z nas miałby dzięki temu szansę, żeby inaczej spojrzeć na życie.

Pewna dojrzałość może przyjść z czasem, albo z doświadczeniem.

Tylko po co marnować czas…?

Szybki samochód i wolne życie.

niedziela, 17. luty 2008.
Przymierzałem się do tego, aby skreślić parę słów dotyczących secesji serbskiego Kosowa. O tym jak banda albańskich mafiozów i terrorystów, zacznie realizować sen o potędze i utworzeniu Wielkiej Albanii (nikt chyba nie łudzi się, że Albańczycy z Kosowa, po uzyskaniu “niepodległości”, nie połączą się w końcu z Albanią, z którą będą graniczyć).
Miałem napisać parę brzydkich słów na temat USA, Niemiec i kilku państw UE, które taką secesję wspierają, odrywając od Serbii ziemię dla nich tak rdzenną, jak dla Polaków Kraków, czy Gniezno.
Miałem wspomnieć o medialnej dezinformacji, która z Serbów zrobiła zbrodniarzy (chociaż oczyszczono ich sądownie z zarzutów ludobójstwa), a z Albańczyków kosowskich – męczenników i bohaterów. Ale po co zawracać sobie tym głowę, prawda? Przecież te nieliczne głosy rozsądku, w dobie debilizmu światopoglądowego, nic nie zmienią. Serbia tak, czy siak, będzie musiała zapłacić straszną cenę, historii lub krwi, bo już zapowiada się wkroczenie nowych wojsk na teren Kosowa, by strzec jego “niepodległości”.
Zwykłe skurwysyństwo, za które przyjdzie mi się wstydzić, jako obywatelowi kraju członkowskiego UE, która wysyła tam siły “pokojowe”. Ale o tym wszystkim nie napiszę, o nie…

Napiszę o czymś o wiele bardziej przyjemnym, a i zarazem przyziemnym. O bogaczach i ich snobizmie.

Otóż podczas moich licznych służbowych wojaży po Irlandii – “Celtyckim Tygrysie”, najprężniejszym ekonomicznie kraju Europy, najszybciej bogacącym się społeczeństwie, mam niejedną okazję zetknąć się z różnymi formami nowobogacenia się i czystego snobizmu związanego z posiadaniem pieniędzy…
Często pochodzących z kredytu, ale póki spłacanych regularnie, to ciągle dających wrażenie zamożności.

Tak czy siak, dużych pieniędzy!

Podczas moich wyjazdów do centrum Dublina, zawszę borykam się z dylematem tego, gdzie zostawić auto. Poruszać się autem po centrum nie sposób, bo kto widział systemy dróg owej stolicy i miał okazję spróbować dostać się gdzieś labiryntem jednokierunkowych traktów, ten wie, że mija się to z celem. Szczególnie, że są one zapchane jak miejskie szalety, a skrzyżowanie i światła to reguła (widzieliście kiedyś Irlandczyka, który próbowałby pokonać skrzyżowanie bez sygnalizacji? – to byłoby ponad jego siły!). Do tego piesi wpychają się pod koła jak testowe manekiny zderzeniowe. Powinni naklejać sobie obowiązkowo oznaczenia stref zgniotu na nogach, plecach i czaszkach.

Otóż parkując w centrum, auto zostawiam przeważnie na parkingu hotelu Mercer, przy Stephen’s Green Shopping Center. Zakrawa to trochę na kpinę z mojej strony… Dlaczego?
Otóż parking hotelu Mercer, nie różni się specjalnie ceną (€2,80/h) od innych w centrum, różni się natomiast ekskluzywnością (€440 za nocleg w hotelu, bez śniadania!). Niewielu zna tą tajemnicę rozbieżności cen parkingu i noclegu, przez co nie dość, że łatwiej tam zaparkować, to jeszcze parkuje się w znacznie bardziej doborowym towarzystwie. Średnia wartość aut pozostawionych w owym betonowym garażu musi oscylować w granicach €100,000 na auto. A ja zawsze, z szerokim uśmiechem na ustach, wjeżdżam tam swoim poobijanym 19-letnim VW Golfem MK2, na polskich tablicach, co w dodatku w moim przypadku jest tu przestępstwem podatkowym. Oczywiście staram się zaparkować pomiędzy autami najdroższymi z najdroższych. Lubię oglądać te zdegustowane miny właścicieli, którzy na widok mojego wiernego towarzysza podróży zaczynają nerwowo polerować rękawami swoje supersamochody.
Dzisiaj ta sztuka nie udała się do końca, bo postawiłem swój wehikuł przy nędznym BMW 5, ale tuż obok stały Porsche Cayman i Ferrari F430, przez co uznałem to za godny kompromis parkingowy.

Bogactwo ma to do siebie, że często łączy się ze skrajnym pozerstwem. Czarne Ferrari powinno kojarzyć nam się raczej z wystylizowanym playboyem w okolicach trzydziestki, w Porsche lubię oglądać piękne blondwłose utrzymanki bogaczy, a w luksusowych autach terenowych umięśnionych wielkoludów. Wszyscy oni powinni katować owe auta bez litości, nie zważając na ograniczenia prędkości, warunki terenowe, czy widmo własnej, jakże widowiskowej, śmierci.

Niestety, życie pisze własne scenariusze, o wiele mniej przebojowe, przez co w autach sportowych lądują przeważnie 50-letni korporacyjni nudziarze z brzuszkami i zwierzęcymi mordami, a wielkie auta terenowe prowadzą zabiegane mamusie, które uważają, że w ten sposób bezpieczniej rozwiozą dzieci do szkoły. Wszystkich ich łączy jedno – żadne z nich prowadzić nie potrafi (zawsze, ale to zawsze się wleką – wiadomo, im wolniej jadą, tym więcej osób ich zobaczy, przez co będą mogli pofantazjować sobie o swojej wielkości, w drodze swojej pracy w banku, czy firmy handlującej śrubkami), oraz nigdy nie potrafią zaparkować. Nigdy!

O ile w przypadku mamuś parkujących 5-metrowe giganty drogowe na 3 miejscach jest to zrozumiałe, w końcu nikt nie będzie wymagał od nich, że będą potrafiły prowadzić auta, które same sobie wybrały do jazdy, o tyle w przypadku bankowych dorobkiewiczy zakrawa to na komedię. Póki co opiszę, ale kiedyś może pofatyguję się o sfilmowanie dla tych, którzy jeszcze nie widzieli… Otóż nic nie potrafi tak rozbawić, jak widok twardziela, parkującego swoje Porsche tyłem w zatoczce. Najpierw parkowanie na tzw. 16-razy, zanim w końcu trafi tym maleństwem pomiędzy linie, potem sześć poprawek, aby na końcu zostawić je tylnym zderzakiem w ścianie. A potem rytualne wyjście z auta, żeby obejrzeć szkody, mina smutnego dziecka, i kolejne 6 poprawek.

Porsche 911 Carrera – €200,000. Okulary przeciwsłoneczne Gucci – €400. Widok rozbawionego do łez młodego Polaka – bezcenny!

Co tam, możecie powiedzieć, że wyłażą ze mnie kompleksy – że sam chciałbym mieć, ale mnie nie stać, więc narzekam! Hah! Owszem, chciałbym mieć, ale nie za cenę, jaką płacą za owe superauta ci, którzy je nabywają. Całe dnie w biurach, zero kontaktu z realnym światem, piętnaście kredytów i milion zmartwień. Kiedy je w końcu nabędą, okazuje się, że nie potrafią ich okiełznać, bo do tej pory jedyne trasy, które robili, to te z domu do biura i po zakupy. A autami się zbytnio nie interesowali, bo nie było kiedy. W końcu księgowość – to jest dopiero pasja!

Nie wspomnę nawet słowem o ich znajomości przepisów drogowych, czy kulturze jazdy. Wiadomo – buc to buc.

Życie w Irlandii wydaje mi się czasem przyśpieszonym kursem niechęci do pieniędzy. Co jak co, ale my, Polacy, pieniądze kochamy, bo nigdy ich nie mieliśmy. Od małego nasyca się nas doktryną “zarabiaj – miej – pokaż innym”. Im dłużej tu jestem, tym mniej imponują mi te wszystkie gadżety i bardziej zauważam, jak to wszystko jest w życiu niepotrzebne. Plastikowe auta z dużymi silnikami, ubrania z rozpoznawalnym logo, 100-calowe plazmy w sypialniach (O tak! Cena €7,000 – popyt przewyższający podaż! Chcesz? Ustaw się w kolejce!). Tylko kiedy potem spojrzy się na takich ludzi, trudno się nad nimi nie litować. I nie chodzi mi o to, że są nieszczęśliwi – oni nawet mogą być szczęśliwi w swojej głupocie. Ale potrafią być tacy biedni i śmieszni, udając ludzi, którymi chcieliby być.

Myślą, że szybkie auto sprawi, że wreszcie będą postrzegani jako mężczyźni. Postawcie ich obok umorusanego 20-latka, który dłubie przed blokiem całe weekendy przy swoim Civicu, popijając z kolegami puszkowane napoje chłodzące, dobrze się bawiąc i przeprowadzając tysiące męskich rozmów.

Myślą, że markowe ubrania po kilkaset euro sztuka, sprawią, że wreszcie będą uważani za stylowych i atrakcyjnych. Niech staną sobie obok chłopaka, który co prawda na ubrania nie wydaje miesięcznie więcej, niż jego dniówka, ale nie musi, bo potrafi przyciągać spojrzenia innych swoim charakterem i niepowtarzalnym stylem bycia.

Myślą, że warty miliony penthouse na dachu jakiegoś bloku w zamożnej dzielnicy, albo super-luxury apartment kilka pięter niżej (2 pokoje – €600,000) sprawi, że będą popularni wśród znajomych, a kobiety będą chciały zostawać na noc… Hah! Nawet nie będę tego komentował, takie to absurdalne.

Wspinać się po szczeblach jakiejś korporacji przez kilkadziesiąt lat, poświęcać jej młodość, zdrowie, wolny czas, upadlać się z roku na rok… A może założyć własną firmę, zasuwać dniami i nocami, nie mieć czasu na nic, wyrywać sobie włosy z głowy w trudnych chwilach i zamartwiać się na zapas…

Ale na końcu tej drogi czeka na nas przecież lśniące Ferrari, w którym będziemy mogli wozić swoją samotną dupę…

Prawdę mówiąc, mój Golf’89 wydaje mi się coraz bardziej atrakcyjny…

Trudna miłość

czwartek, 14. luty 2008.

Z okazji kolejnego święta handlowców prezydent Wielkiego Imperium Euroazji Rosyjskiej postanowił przekazać nam prezent o wiele bardziej wartościowy niż grająca kartka, bo szczerszy i zapadający w pamięć. Otóż były szpieg KGB, zdolny dyplomata i znawca narodu polskiego uraczył nas kolejną “sympatyczną” groźbą. Niestety dla niego, tych gróźb nie sposób już traktować poważnie, bo są zbyt częste i zbyt mało wyrafinowane, więc każdą kolejną powinniśmy odbierać jako akt pamięci o dzielnym narodzie polskim. A Rosjanie pamiętają, pamiętają mocno!

Niestety, nawet gdybyśmy chcieli puszczać owe pogróżki koło uszu, nie możemy… Media w poszukiwaniu sensacji, nie odpuszczą żadnej okazji, by naród walecznych kawalerzystów, którzy konno w stanie są atakować czołgi, a pieszo, w odpowiedniej przewadze, dewastować przystanki, zastraszyć.

Putin jak zwykle – po raz kolejny burknął coś o tarczy antyrakietowej i o tym, czego to oni nie zrobią, żeby nie powstała. Tym razem niestety był najwyraźniej po dłuższej degustacji wody kartoflanej, bo z kreatywnością było u niego na bakier. Nie postarał się i postanowił powtórzyć po swoim generale siejącą popłoch wśród polskiego pospólstwa wiadomość o tym, że w przypadku wybudowania w kraju nad Wisłą sławetnej tarczy, rakiety Imperium zostaną wycelowane w nasze terytorium.

Niby nic, ale dla najważniejszych portali, telewizji, rozgłośni i z pewnością jutrzejszych gazet, temat nie do przemilczenia.

Ale zastanówmy się, jaki sens ma nagłaśnianie takich pogróżek?

Rakiety którymi Rosja chce nas zastraszyć, to systemy mimo tego, że niekoniecznie najnowocześniejsze, ale jednak zapewniające bezpieczeństwo naszemu odwiecznemu sąsiadowi. W razie konieczności muszą i mogą być one wycelowane w dowolny punkt na świecie w kilkanaście minut. Więc w czym rzecz i o co całe zamieszanie? Przecież mogą to zrobić, niezależnie od powodu i bez informowania nas o tym fakcie. Rosyjscy “tawariszcze” to wiedzą, polscy specjaliści od obronności również… Dlaczego więc Putin zawraca sobie głowę i grozi nam takimi banałami? Przecież nie będą one miały wpływu na jakiekolwiek decyzje związane z tarczą, a podejmowane w Polsce. Dla MON taka pogróżka to tak, jakby zagrozić nam, że w przypadku wyposażenia każdego polskiego żołnierz w kamizelkę kuloodporną, każdy rosyjski żołnierz otrzyma dodatkowy przydział ostrej amunicji do swojego Kałasznikowa.

No i co z tego? Czy w takiej sytuacji powinniśmy zrezygnować z kamizelek?

Tak samo jest z tarczą.

No, ale Polska to Polska, my rządzimy się nie tylko prawami rozumu, ale i prawami motłochu. Wystarczy, że kilka większych instytucji medialnych nagłośni sprawę i w Polsce panika murowana. A do spanikowanych trudno przemawiać racjonalnymi argumentami. I już opinia publiczna ma wpływ na to, czy systemy tarczy rakietowej zostaną u nas rozlokowane, czy nie. A Rosjanom przecież tylko o to chodzi! Jak nie drzwiam, to oknem! Swój cel muszą osiągnąć.

Dwa, że zamiast rozmów w mediach o tym, dlaczego Rosjanie nam grożą, prowadzonych w atmosferze wielkich sensacji (Rosjanie nam grożą – też mi sensacja!) , powinniśmy prowadzić rozmowy informujące nas dlaczego nasi sąsiedzi tak bardzo tarczy u nas nie chcą i jaki mają w tym interes. Powinniśmy też zapytać, dlaczego Rosjanie nie przedstawią żadnego poważnego argumentu w tej sprawie, posługując się ciągle typową dla siebie demagogią.

Jeżeli tak miłują pokój, coż im ta tarcza przeszkadza? Owszem, mogą podpierać się argumentem, że globalny system obrony USA, to system ograniczający potencjał militarny Rosji. Z tym że, dlaczego Polsce akurat ograniczenie potencjału Rosji, która od zawsze jest nam wroga, miałoby zaszkodzić?

Ale oni wiedzą co robią – zaszczepili już w nas błędną świadomość, że tarcza może realnie zagrażać Caratowi Putinowskiemu, przez co, znając historię, oczywiście, boimy się!

A jak działa tarcza? Przecież to nic więcej, niż system rakiet przechwytujących. Żadnego ataku tym przeprowadzić nie można, chyba, że jedna z takich rakiet spadnie Putinowi na łeb i nabije mu guza. Rakiety tarczy nie przenoszą ŻADNYCH ładunków – ich działanie polega na strącaniu rakiet wrogich za pomocą pędu i siły uderzenia. Nie różnią się techniką ataku od porządnie rzuconego kamienia.

Do tego typowy Polak myśli, że takie strącenie rakiety zakończy się wielkim wybuchem w powietrzu, który w przypadku głowic atomowych zafunduje nam solidny promieniotwórczy deszczyk, lub siłą wybuchu zmiecie Bóg wie jeden co. Prawda jest taka, że współczesne rakiety wyposażone są w skomplikowane zapalniki, które powodują wybuch przenoszonego materiału tylko w określonych warunkach, a i przeważnie miejscu i czasie. Do tego, zanim cokolwiek na nas spadnie, prawdopodobnie spłonie w atmosferze. Ale nie! My się boimy!

A dlaczego się boimy? Przez doświadczenia empiryczne! W końcu kiedy typowy rodak na jakiejś wsi znajdzie dużo łatwiejszy do zdetonowania niewybuch z minionej wojny, to co mu tam, piłka w ruch, trzeba zobaczyć co jest w środku. A potem tragedia. I boimy się!

Do tego zastanówmy się, czy taka tarcza nie zagwarantuje nam bezpieczeństwa w o wiele praktyczniejszy sposób niż niejeden traktat, czy papierkowy sojusz. Co jak co, ale dzięki Francuzom i Anglikom, powinniśmy już doskonale wiedzieć, ile takie papierki znaczą…

NATO przeżywa kryzys, na siły UN nie ma co liczyć, bo te nie angażują się w konflikty zbrojne, chyba, że po złej stronie (patrz wsparcie dla Kosova przeciwko broniącej niepodległości Serbii), a nasza armia jaka jest, wszyscy wiemy…

Tarcza to dla nas realny punkt zaczepienia w świecie obronności, i to gwarantowany przez militarne mocarstwo! Każdy atak na Polskie terytorium, czy na element tarczy, Amerykanie będą musieli odbierać jako atak na ich systemy obronne! Tu nie będzie dużo do gadania, myślenia – atakujesz Polskę, atakujesz USA. Żaden papierek świata nie zapewni nam tego, co może zapewnić tarcza. I tak naprawdę bez znaczenia są wszelkie dyskusje na temat tego, co USA da nam za rozmieszczenie elementów tarczy w Polsce, ile na tym zarobimy, dlaczego mamy znowu iść na rękę Stanom Zjednoczonym itd. Tu chodzi o nasze przyszłe bezpieczeństwo.

A Rosjanie o tym wiedzą i dlatego tak głośno lamentują. Wiedzą, że budowa tarczy przenosi stosunki militarne pomiędzy USA a Polską o szczebel wyżej, co najwyraźniej z jakiegoś powodu nie jest im na rękę. I boję się myśleć dlaczego…

Niestety, czasem trzeba podejmować niewygodne decyzje, czasem trzeba się komuś narazić, żeby zadbać o własny interes. Nawet, jeżeli tym kimś ma być grzmiąca Rosja.

Szkoda tylko, że polskie media, kiedy naprawdę powinny, nie potrafią opowiedzieć się po właściwej stronie.

Obyśmy nie zapłacili za to wysokiej ceny.

Poli-media

wtorek, 12. luty 2008.

Media i polityka stały się we współczesnej Polsce dziwnym pasożytniczym symbiontem – nienawidzą się nawzajem, a jednak zdają się stanowić dla siebie wzajemną pożywkę. Wzajemnie przenikające się strefy wpływu sprawiają, że popularne dziś dla mediów określenie IV-władzy (po ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, dla mniej rozgarniętych) nabiera dosłownego, politycznego znaczenia.

Naturalną karmą dla mediów są negatywne informacje i sensacja (bad news is a good news – zła wiadomość to dobra wiadomość, jak to mówią) , natomiast naturą istnienia polityka w przestrzeni społecznej, jest jego aktywność medialna (czy ktoś łudzi się jeszcze, że popularność danego posła czy ministra zależy od jego nakładów pracy zmierzających do poprawy stanu państwa?). Tak toksyczny związek ma bardzo negatywny wpływ nie tylko na rozwój, w tym przypadku, Polski, ale również na nastroje społeczne, czego niejednokrotnie doświadczamy. Jednakże jest to tylko tajemnicą poliszynela, żadna to nowość dla świadomej społecznie jednostki.

Problem polega na tym, że trujące opary takiej działalność polityczno-medialnej, odczuwane przez nas bez ustanku, zamiast rozpływać się w atmosferze, zaczynają w wyniku ich wzrastającej gęstości tworzyć nowe, równie szkodliwe (a może nawet i bardziej) związki. Wiele z nich uznaliśmy już za normalność, będącą niekwestionowanym gruntem dla innych ocen i osądów wpływających na opinię Polaków.

Ale żeby nie teoretyzować za bardzo, bo moje myśli krążą ostatnio niebezpiecznie w okolicach filozofii, parę przykładów.

Otóż przyjęliśmy już za absolutną normę (podstawowe wyziewy poli-medialne), że parlamentarzyści nie są naszymi reprezentantami (mimo pośredniego wpływu na ich wybór) i nie działają na naszą korzyść, dbając jedynie o własne interesy. Tutaj nie bez znaczenia jest fakt, że media koncentrują się tylko na błędach, potknięciach, przestępstwach, lekko traktując (lub nie traktując o nich wcale) tematy pozytywne, sukcesy, drobne osiągnięcia, wszystko to, co drobnymi kroczkami zmienia Polskę na lepsze. W najlepszym wypadku, wszelkie sukcesy odnoszone są do porażek, co w powszechnym rumorze pozwala zabłysnąć byle dziennikarzowi elokwencją i dowcipem (stąd te wszystkie uszczypliwe komentarze, na koniec materiałów w mediach elektronicznych).

Normą jest też to, że w polityce przestała liczyć się efektywność działania, zdecydowanie ustępująca pola efektowności działania. Im głośniej, im bardziej kolorowo, im więcej migających fleszy towarzyszących politykom o zdrowej opaleniźnie (niekoniecznie Samoobrony), tym lepiej. Przecież nie możemy pozwolić, aby widz, słuchacz, czy czytelnik się nudził. Przecież żmudne analizy projektów z ław sejmowych są takie nudne. Za to zdjęcia “wielkich skandali” lub “wielkich porażek” (to akurat bez znaczenia, byle były “wielkie”) sprzedadzą się o wiele lepiej.

Symbioza zacieśnia się – media bez polityków w Polsce żyć nie mogą (bo “polityk” w mediach jest dzisiaj bezsprzecznie synonimem, czy desygnatem “polityki” – nie, jak to powinno być w kraju bardziej doświadczonym medialnie i demokratycznie, gdzie desygnatem “polityki” są namacalne osiągnięcia). Trudno dzisiaj znaleźć duży portal informacyjny, w którym większość zakładki poświęconej krajowi nie zajmowałyby informacje polityczne. Jakby innych wydarzeń w Polsce nie było… Trudno obejrzeć lub wysłuchać serwisu informacyjnego, w którym informacje ze świata nie byłyby informacjami złożonymi w większości ze świata polityki. Wydawcy robią swoje i tak symbiont karmi się nawzajem…

Natomiast wspomniane toksyczne wyziewy świata polityczno-medialnego, do których już przywykliśmy, zaczynają generować inne, do których na zasadzie kontynuacji przywykamy równie łatwo. Przykładowo, w Polsce bycie parlamentarzystą jest grzechem, wadą, przywarą, a nie jak to powinno być – powodem do dumy, wielkim honorem i namaszczeniem społecznym. U nas reprezentant polityczny kraju nie zasługuje na szacunek. W krajach bardziej doświadczonych i zaawansowanych, stosunek podobnych poglądów per capita jest o wiele mniejszy. Zdarza się nawet (o dziwo!) usłyszeć słowa pochwały, czy aprobaty dla działań polityków, nawet w kontrowersyjnych, czy niepopularnych kwestiach. Ale tam ludziom media pozwalają myśleć samodzielnie, a i politycy nie narzucają nachalnie swoich opinii. W odniesieniu do niedawnych sytuacji, naprawdę, niewiele jest krajów na świecie, które aprobowałyby społecznie wyciąganie na jaw tajemnic służb specjalnych (nawet tych gorszących), uważając takie działania, za sabotaż pracy wewnętrznej państwa. Ale tam słowo “państwo” potrafi wywoływać pozytywne konotacje, co u nas jest nie do pomyślenia!

Powszechnym staje się u nas również wypieranie się Polskości (w imię czego? chwilowego przyklasku co głupszych?), które jest niczym innym, jak tylko reakcją na przesycanie nas negatywnymi informacjami przez niepotrafiące zbliżyć się do obiektywizmu, a muszące wyżyć w komercyjnym świecie media. To niestety jest nasza wina, bo serwuje się nam to, czego sobie życzymy. A że nie znamy pozytywnych wzorców informacyjnych, staramy się nie eksperymentować z “nieznanym”. Zresztą, dzisiaj popularnym jest bycie “anty”, ale to inny temat.

Od tego wyziewu tworzy się inny toksyczny, chemiczny związek poli-medialny – wsparcie dla wszelkich działań ośmieszających Polskę. Gdziekolwiek w zachodnich mediach pojawi się wzmianka ukazująca nas w negatywnym świetle – niekoniecznie prawdziwie, bo tylko co do takich mam obiekcje, a niestety jest ich wiele – lub wręcz szydząca z nas, zaraz pojawia się tłum polskich klakierów półgłówków, którzy mając zakorzenioną w sobie głęboką potrzebę akceptacji, są gotowi pluć na własną flagę, byleby być “cool” w oczach zachodniej braci. Nie posuwajmy się w skrajności – można być krytycznym w wielu kwestiach dotyczących nas samych, jednakże bądźmy choć na tyle rozsądni, ze jeżeli nie znamy sprawy, to nie wypowiadajmy się. Czasami łatwo jest kiwnąć głową, tylko zwróćmy uwagę, czy nie kiwamy własnemu katu.

Wiele podobnych wytworów poli-medialnych obserwujecie każdego dnia sami, i pewnie niejeden już zagrał wam na nerwach i zdrowym rozsądku. Takich tworów są tysiące, jednakże nie da się ich zauważyć, jeżeli podchodzi się z ufnością do wszystkiego co do nas dociera, lub nie spojrzy na te sprawy z dalekiej perspektywy, pozwalającej uciec od dogmatycznej wszechobecnej opinii publicznej (tu akurat pozytywną rolę może odegrać chwilowa emigracja). Ile jest takich paradoksów, które drażnią was na co dzień, ale uznajecie je za normalne i tak twardo osadzone w świadomości publicznej, że nawet nie próbujecie z nimi walczyć w najbliższym otoczeniu?

Widzę ich całe mnóstwo. Nie potrafię zetknąć się z żadnym serwisem informacyjnym, czy publicystyką, skierowanymi do szerokiej publiczności, by nie natknąć się na tendencyjne zachowania. Tendencje tak boleśnie, że aż prowokujące do myślenia. Często chowają się pod postacią skrzętnie przemyconych pod osłoną inteligencji sarkazmów. Często pojawiają się w rzekomo obiektywnych, bezstronnych komentarzach. Często wynikają z prostych dziennikarskich zabiegów zestawiania ze sobą wybranych faktów. “Często” to słowo decydujące o ich sile.

Często, mnogo, poli…

Historia spiskowa

poniedziałek, 4. luty 2008.

Teorie spiskowe są stare jak ludzkość. Kojarzą nam się z frustratami, którzy szukając w życiu jakiegoś celu zaczęli posuwać się niebezpiecznie w stronę obłędu. I niestety często tak właśnie było, przez co wyrobili profesji tropicieli spisków złą renomę.

Problem polega jednak na tym, że typowi wielbiciele teorii spiskowych są osobami, wobec których nie można przejść obojętnie. W stosunku do przeciętnego obywatela, wyróżniają się jakąś pasją, która kultywują z chorym wręcz zapałem. Są aktywni, ich umysły pracują nieustannie… Czasem sie przegrzewają, tworzą jakieś fanatyczne wizje, ale czasem rzucają światło na sprawy, które, wydawałoby się, są już zamknięte. W najgorszym przypadku przyspieszają okres karencji historycznej, po której różne brudne sprawki (bo te głównie zaprzątają ich czas) wychodzą na jaw.

Dawniej o solidną teorię spiskową było trudniej, a zarazem łatwiej. Dlaczego?

Dlatego, że w dzisiejszym czasie, obieg informacji mainstreamowych mediów jęst tak obszerny, że obejmuje prawie każdą, najdrobniejszą dziedzinę życia, nauki, polityki, czy religii. Tym samym więcej jest możliwości manipulacji, a jednocześnie wrzawa fałszywych alarmów teoretyków spiskowych jest częstsza. Dawniej, kiedy obieg informacji był mniejszy, mniej było tematów, które wzbudzały kontrowersje. Ale jednocześnie ranga mediów była wyższa, słowo prasy było jak wyryte w kamieniu, przez co ludzie wyrabiali w sobie nowy, nieznany im dotąd odruch bezwarunkowy – ufność medialna. I tak kultywowane przez dziesiątki lat nawyki zaczynały być wpajane nawet najmłodszym, zwalniając ich z obowiązku samodzielnego myślenia i poszukiwania prawdy.

Ale jak ze wszystkim w naturze, w pewnym momencie musi nastąpić przesilenie, które zacznie odwracać ten proces. A potem znowu… I znowu… Historia, ze względu na swą ciągłość, nie lubi o tyle się powtarzać, co płynąć rytmem sinusoidy. Od ufności do nieufności, w tym przypadku.

Kto z nas podważa dzisiaj wiarygodność podawanych nam informacji? Nieliczny ułamek społeczeństwa. Reszta, lubi w poczuciu wyższości (wiadomo, w grupie raźniej, w mnogości siła) wyszydzać tych, którzy nie są tak ufni, i chcą myśleć samodzielnie. Wiadomo, nie każdemu takie myślenie wychodzi, ale każda próba czegoś nas uczy. Niektórzy, co słabsi psychicznie, po jakimś czasie dają sobie spokój, opatrując w medialnej papce spokoju ducha. Inni, zamieniają się w tych, o których mówi się, że są oszołomami. W najlepszym przypadku, ich poglądy określa się jako “kontrowersyjne”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza “debilne”.

Jednak, czy możemy skazywać na izolację społeczną tych, którzy nie zgadzają się z ogółem? Historia wiele razy udowodniła, że to, co w jednej chwili było uważane za prawdę, po kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu latach było godną politowania mistyfikacją, mającą na celu krycie czyichś interesów (przykładem może być demonizowana inkwizycja, zbrodnia katyńska, przyczyny wojny w Wietnamie, czy Iraku, ataku UN na Serbię, a nawet absurdy tak daleko posunięte jak w sławetnym Iranie, gdzie do dziś negują Holocaust) . Nie zmienia to jednak faktu, że w owych czasach ludzie znający prawdę, byli uważani za oszołomów i robiono wszystko, by utrudnić im życie.

Niezmiennie, dziś wciąż dzieje się to samo – nie trzeba zagłębiać się w wielkie teorie spiskowe, aby móc stwierdzić, że media kłamią. Tylko co to znaczy? Że istnieje jakaś loża zakapturzonych postaci, które sterują światem (kto wie, może istnieje…)? Czy może przyczyny posądzania media o kłamstwo są inne?

Jedną prawdę przemilczy się, bo jest ona niekorzystna dla ludzi związanych z danym medium, inne fakty zostaną wyolbrzymione, tak by stworzyć iluzję, która pozwoli wypracować jakieś konkretne, popularne wśród odbiorców, zdanie w danej dziedzinie. Gdzie indziej pewne tematy będą poruszane, inne marginalizowane. Jakiś dziennikarz, zmęczony 12-godzinną pracą dzień w dzień przeoczy, lub pominie fakt, który może mieć istotny wpływ na obraz sytuacji, byleby tylko zdążyć odebrać dziecko z przedszkola… Inny lekko nagnie materiał do własnych poglądów.

Przyczyny mogą być rożne, mniej lub bardziej ludzkie, mniej lub bardziej interesowne.

Ale tak rodzą się przekłamania, które mogą mieć dramatyczne skutki.

Ile dzisiaj kontrowersji wokół ataków na WTC? Ile niewyjaśnionych zjawisk, faktów tak logicznych, jak to, że słońce wstaje rano, a tak niepopularnych, bo odmiennych od podanej raz, parę lat temu wersji, do której społeczeństwo zdążyło się przyzwyczaić.

Ile jest takich tematów, których obraz na dzień dzisiejszy wydaje sie ukształtowany, a za lat 20. może być zupełnie inny?

Cala nadzieja w tych, którzy zanim uwierzą na słowo, pomyślą.

Myślenie jest trudne, bo jesteśmy przyzwyczajani do lenistwa umysłowego. Łatwiej obejrzeć w TV program rozrywkowy, telenowelę, film, niż cykl dokumentalny, czy publicystykę (jeżeli już w ogóle musimy coś w TV oglądać). Lubimy, kiedy odpowiedzi podane są na talerzu, a najlepiej, kiedy pytania nie są zadawane wcale. Nie musimy wtedy takich odpowiedzi szukać, ale rzadko kiedy zastanawiamy się, kto nam ten talerz podaje i dlaczego. I co najważniejsze, jaki może mieć w tym interes. Messenger is the message – stara dziennikarska prawda.

Dlatego warto czasem wytężyć główkę i postarać się zrozumieć świat, który nas otacza. Bo może okazać się, że wbrew wielu, to my mamy racje.

A wtedy spiskowa teoria przekuta zostanie spiskową historię.