Archiwum dla 'Na "TAK"'Kategoria

Niegrzeczne dziewczynki idą do…

wtorek, 24. luty 2009.

Z cyklu “Życie na Wyspach”, przedstawiam odcinek pod tytułem: “Beatka”.

Fetyszyści tatuaży i piercingów.

Beata, polska studentka, która do Dublina przyjechała jako au-pairka, ma na swym brzuchu wytatuowanego wielkiego czarnego penisa, nad którym widnieje napis: “Black cock – my hard rock!”. Z czarnoskórymi Beatka ma dobre stosunki, od kiedy dwa lata temu na wakacje pojechała na Kubę.

Beata mieszka z Benem i Eddiem w apartamentowcu na Clondalikin.

– Mam też  język przebity piercingiem – opowiada dziewczyna. – Ten drobny gadżet bardzo stymuluje członka podczas miłości francuskiej.

Beatka ma swój styl, to trzeba jej przyznać.

;]

Najlepsze 10 piosenek z 1996 r.

sobota, 24. styczeń 2009.

1996.

10.  Blackstreet & Dr. Dre – No Diggity

“Ummm hmmm…” i styl kompletnie niepasujący do boysbandu!

Czytaj resztę wpisu »

Najlepsze 10 piosenek z 1995 r.

niedziela, 18. styczeń 2009.

1995.

10.  Adina Howard – Freak Like Me

Kawałek odświeżony niedawno przez Szugabejbsy. Mercedes “Miami-Vice” SL jako recepta na udany teledysk :)

Czytaj resztę wpisu »

Nalepsze 10 piosenek z 1994 r.

sobota, 17. styczeń 2009.

1994.

10.  Boyz II Men – I’ll Make Love To You

Najszczersza piosenka o bzykaniu A.D. 1994!

Czytaj resztę wpisu »

Najlepsze 10 piosenek z 1993 r.

piątek, 16. styczeń 2009.

1993.

10.  The Proclaimers – 500 Miles

Okrzyknięci najseksowniejszym szkockim duetem lat ‘90, w najseksowniejszej szkockiej piosence lat ‘90. Która z was, drogie Panie, nie chciałaby mieć któregoś z Proclaimersów na wyłączność, by szeptał jej do uszka śliczne “Ta-Raa-TAA!”? ;]

I mały bonus… :)

Czytaj resztę wpisu »

Najlepsze 10 piosenek z 1991 r.

środa, 14. styczeń 2009.

1991.

10.  R.E.M. – Loosing My Religion

Nie każdy jest stworzony do tańca synchronicznego [2:50] :)

Czytaj resztę wpisu »

Najlepsze 10 piosenek z 1990 r.

wtorek, 13. styczeń 2009.

Rok 2000 miał przynieść zagładę komputerom, systemom zarządzania głowicami nuklearnymi i nam samym… A zdechła tylko muzyka.

Cóż zrobić? W natłoku cotygodniowych “hitów” od Beyonce, Rihanny, Britney, obwieszonych złotem hip-hopowych pozerów i innych landrynkowych “artystów”, których muzyka jest tak cudownie uniwersalna, mierna i finansowo wymierna postanowiłem wykonać mały skok w czasie.

Ale niedaleki! Do wspaniałych lat ‘90 :)

W jakim celu? W celu zestawienia ówczesnych hitów, z hitami współczesnymi.

Bądźcie gotowi na 10 dni ze  ślicznymi i subiektywnymi zestawieniami najlepszych popularnych kawałków minionej dekady.

Podepnijcie swój sprzęt pod najlepsze stereo jakie macie w domu, rozkręćcie wzmacniacze i oddajcie się rytmowi tamtych czasów! Satysfakcja, mnóstwo śmiechu i może jedna, czy dwie łezki gwarantowane! :)

1990.

10.  Roxette – It Must Have Been Love

Dziwne białe włosy, facet w prochowcu, zamglony wzrok, dużo ekspresywnego miotania się i… podbijamy sprzedaż walkmanów w krajach zrzucających żelazną kurtynę :)

Czytaj resztę wpisu »

Remedium dla polskiej polityki zagranicznej

sobota, 17. maj 2008.

Być jak John Rambo!

On się nie bawi… Coś jesteś agresywny? Kula w łeb. Masz inne zdanie? Kula w łeb parę minut później. Jesteś drażniącą przez cały film postacią? Kula pod koniec, na deser.

Człowiek z zasadami… Takich ludzi brakuje w dzisiejszym świecie. Ludzi z zasadami.

Herosów.

Ich całe życie przepełniały wydarzenia, które są marzeniem każdego. Kto w końcu nie chciałby umieć siłą samej dłoni zmiażdżyć w potrzebie czyjegoś gardła?

Albo rozwalić z ckm-u sto uzbrojonych osób?

Niestety… My, zwykli ludzie, nie możemy się mierzyć. Nie możemy się mierzyć z prawdziwą legendą.

No i te nazwisko! Genialne – jak najlepsza marka na świecie – jak BMW, Nokia, Coca-Cola. Wyobraźcie sobie, że macie na skrzynce pocztowej pordzewiałą tabliczkę z napisem “J. Rambo”. Szacunek na osiedlu… :)

Zresztą, to jedyna ikona filmu oprócz Rocky’ego [Rokiego], która doczekała się uwiecznienia jej imienia w psiej krwi. Ile to już Rokich i Ramb leży w polskiej ziemi, w kartonowych pudełkach…

Wyobrażacie sobie jakim trzeba być twardym, żeby pies mógł o sobie dumnie powiedzieć – “Jestem złym i groźnym psem. Jestem godzien, by nosić to imię.”?

John Rambo oprócz odpowiedniego nazwiska, ma też odpowiedni sposób rozwiązywania dylematów życiowych. Gadka ograniczona do minimum, tylko akcja. Lecz kiedy trzeba, potrafi też być głęboki: “Możesz żyć bez sensu, albo umrzeć z sensem”. Nareszcie przejrzałem na oczy… ;]

No ale wiadomo, “Rambo” to nie “Pianista”. Za grube ma palce i nie umie siedzieć cicho na strychu.

Mimo wszystko muszę powiedzieć, że cholera, co jak co, ale Rambo w części IV się już specjalnie nie namyślał – jednak rutyna robi już swoje.

Jedynka, wiadomo, film prawie filozoficzny. Dwójka, typowy film akcji. W trójce już zaczęły się te prawdziwe nadprzyrodzone moce, no i setki ofiar. A czwórka… Sylvester po prostu dał sobie spokój ze skromnością…

Być jak John Rambo – to musi być coś. Grecki kolos.

Niezapomniane przeżycia dla każdego mężczyzny. Wystarczy nie zwracać tylko uwagi na nic i podziwiać John’a w akcji. Tak grać może tylko zawodowiec. Każdy kadr to ikona. Nikt nie ma z nim szans i każdy to wie.

Chciałbym mieć takiego kumpla – w sumie można wtedy zadzierać z kim się chce – jest się nietykalnym. Takie nieformalne prawo międzynarodowe. Rambo cię lubi? Witamy w klubie nietykalnych.

Ile by mi to oszczędziło zdrowia w podstawówce…

;]

No i wiadomo… Wchodzicie do baru z kolesiem, który ma łapę wielkości przeciętnego motocykla, porwaną przepoconą zieloną podkoszulkę, czarną poszarpaną opaskę na głowie i nóż myśliwski za pasem.

I jest znany z telewizji…

Nie przepuścilibyście w kolejce dwa razy większego człowieka, który na życie zarabia polując na kobry królewskie w dalekiej azjatyckiej dżungli, w kraju wojny domowej? Wykonuje tajne misje dla rządu? Nie? A takiego co pilotuje śmigłowiec, jednocześnie stojąc przy jego bocznych drzwiach i rozwalając z ckm-u dziesiątki żołnierzy wroga?

Swoją drogą, chciałbym takiego ministra polityki zagranicznej.

Ruscy oddali by nam Obwód Kaliningradzki na zgodę… ;]

John Rambo – torrent

Drug’orzędna hipokryzja

czwartek, 15. maj 2008.

Od pojawienia się najnowszych Newsweekowych rewelacji dotyczących premiera Tuska w sieci zapanowała nowa prześmiewcza moda. Wiadomo – dzień bez internetowego błyśnięcia wtórnym dowcipem, dniem straconym. Żarty dotyczące PiS-u powoli dogorywają, komentarze dotyczące wykształcenia Kubicy znudziły się już chyba wszystkim, już tylko najwierniejsi kpią gdzie mogą z Małysza… Pora znaleźć nowego kozła ofiarnego.

Padło na Tuska.

Kandydat idealny – wysoko postawiony polityk, więc dowcipy z niego zaspokoją potrzeby tej “intelektualnie elitarnej” części społeczeństwa, która lubi być trendy i mieć o czym porozmawiać głośno w autobusie [albo forum Onetu]. Do tego facet umiejscowił się centralnie na scenie politycznej, przez co może zebrać po solidnym razie od każdej opcji politycznej [od lewaków po ultranacjonalistów]. Drobna wada wymowy zaspokoi zwierzęce instynkty tych, którzy sami co prawda mówić potrafią, ale byli jednymi z ostatnich w przedszkolu, którzy tę trudną sztukę [wraz z sikaniem do kibelka i wiązaniem sznurówek] opanowali.

No i do tego naiwniak… Zbyt dosłownie traktuje porady swoich PR-owców, dotyczące szczerości i zjednywania sobie ludzi, poprzez zmniejszanie politycznego dystansu do społeczeństwa.

I z tego wynikła pewnie ta głupia szczerość, którą wykazał się w wywiadzie dla Newsweeka. Ot, chciał pokazać, że równy z niego chłop, że nie jest tylko jakimś wymuskanym chłopcem, który boi się głośniej odezwać, bo komuś się może nie spodobać i słupki spadną.

Tusk palił trawkę.

Sensacja. Monar pościelił nowe łózko, grabarze wykopali dołek.

Rozpoczęła się nowa era internetowego szyderstwa, którą wzmaga jeszcze bardziej podróż Tuska do Ameryki Pd. – a z czego słynie ten rajski kontynent chyba wszyscy wiemy… ;]

Tylko dzisiaj natknąłem się na dwa szydercze obrazki na jednym z popularnych serwisów społecznościowych. Pierwszy [źródło Onet.pl]:

Drugi był próbą prześmiewczą, ale już bardziej amatorską w swoim charakterze. Poniżej niefortunne zestawienie jednego z Internautów, pochodzące z bety Onetu…

Zastanawia mnie tylko ile z Tych osób, które nabijają się z głupiego, jak się okazuje, w swojej prawdomówności premiera, samo wcześniej raczyło swoje niewybredne podniebienia bykami czy paliło skręty? Znaleźliby się tacy? Jak myślicie…?

Ale oczywiście prawo “Kalego” nie przeszkadza nikomu, w nabijaniu się z nowego kozła ofiarnego. Obiektywizm obiektywizmem, ale pośmiać się z kogoś trzeba, kiedy tylko nadarza się okazja. Można przecież nazywać Tuska ćpunem… Można… Przecież trawka to narkotyk! Zło! Zatruwa umysły naszej nieskażonej niedozwoloną substancją młodzieży! Sam fakt, że z pokolenia na pokolenie przekazuje się w Polsce już najmłodszym miłość do powodującego zdebilowacenie narodu alkoholu pozostaje bez znaczenia. Ale trawka to zło, a Tusk to ćpun!

I nic nie pomagają takie zestawienia, jak to z prestiżowego brytyjskiego czasopisma Lancet, w którym naukowcy opiniują, że marihuana [cannabis] jest mniej szkodliwa i uzależniająca, niż powszechnie dostępne alkohol i papierosy. Już pojawiają się dowcipy o tym, dlaczego Tusk niczego nie dokonał i spoczął na laurach, odkąd został premierem – oczywiście wszystkiemu winne jointy.

I wszystko byłoby w porządku – w końcu o polskich forach internetowych, szczególnie tych podpiętych pod największe portale informacyjne, można by napisać niejedną pracę doktorancką z socjologii czy psychologii społecznej. Nic tak nie odzwierciedla naszego szyderczego charakteru narodowego [przy czym szyderstwa na wysokim poziomie są o dziwo całkiem powszechne], jak właśnie wspomniane wyżej twory społecznościowe…

Tylko dlaczego owe szyderstwa tak lekko ocierają się o hipokryzję? Czy czasami nie lepiej uderzyć się w pierś i przyznać otwarcie do własnych poglądów? W końcu internet nie musi nas zachęcać tylko do anonimowego tchórzostwa [obrażanie nieznajomych], dlaczego nie być od czasu do czasu “anonimowym sobą”?

No bo kto tak naprawdę zrobił z siebie publicznie większego idiotę?

Tusk, czy ten, który palił, ale się nie zaciągał? ;]

Rajd Irlandii

niedziela, 20. kwiecień 2008.

Zdjęcia zrobione telefonem komórkowym kilka tygodni temu… Droga z Rathdrum, położonego na górskim zboczu, wiodąca do Dublina. Długość trasy – około 45 km. Czas trasy – około 30 minut. I niech wam się nie wydaje, że to wolno… ;]

Oczywiście zdjęcia zrobione na lekkiej trasie po zjeździe z samej góry – tam zabawa telefonem skończyła by się parędziesiąt metrów niżej. Kiedy na nie patrzę, ogarnia mnie straszna ochota, żeby wrócić na tę drogę i przycisnąć pedał do podłogi.

Jeżdżąc po takiej międzymiasteczkowej nitce, człowiek wraca do życia. W tle obowiązkowo głośna muzyka rockowa [proponuję "Listopad" Comy].

Coma – Listopad

Do złudzenia przypomina screeny z gry rajdowej [np. Colin McRae Rally]. Uczucie naprawdę niesamowite. Muszę jak najszybciej naprawić układ kierowniczy w aucie… ;]

Daj się ponieść!

czwartek, 10. kwiecień 2008.

Bóg musiał mieć dobry dzień w pracy tworząc ludzi. Nic nie dostarcza tyle rozrywki, ile inteligentna istota obdarzona jednocześnie zdolnością odczuwania. Piękny paradoks. Emocje – naturalne przeciwieństwo logiki. Wszystko co można poczuć, a niekoniecznie zrozumieć… Niczym nie wyjaśni się, dlaczego czujemy to, co czujemy i jaki to ma sens. Chyba, że poczuciem humoru tego na górze…

I to jest takie cholernie irytujące!

Właśnie w tym cała zabawa i kpina, że nie potrafimy się od emocji odciąć. Ale to dobrze – czysta logika, rozsądek, mądrość – wszystko to nieokraszone odrobiną szaleństwa, staje się monotonne.

Jak to się dzieje, że wiedząc, rozumiejąc, przerabiając coś tysiące razy, tysiące razy wyciągając z tego wnioski, tysiące razy obiecując sobie, że następnym razem nie damy się złapać w tą samą pułapkę zdarzeń i naszych reakcji, pułapkę błędu, robimy to!

Jak psychicznie chorzy!

Dajcie nam iskierkę zapalna jakiejś emocji i to wystarczy, abyśmy stracili rozum, odrzucili na bok wszelką logikę (innymi słowy – mieli ją głęboko w dupie!) i dali się ponieść tej chwili. I nieważne jaka emocja jej towarzyszy – złość, radość, miłość, nienawiść – płyniemy z prądem, często świadomi tego w pełni. Chyba jedyna emocja, której nigdy nie dajemy się ponieść, chociaż zawsze bardzo chcemy, to… spokój.

;]

I to jest takie cholernie piękne!

Siedzisz w aucie. Kierowca przed tobą w wielkim sportowym aucie z 5 litrowym silnikiem i lśniącym lakierem, takim, które wręcz błaga, by dopieścić je pedałem gazu, jedzie 50 km/h w strefie do 80 km/h. W dodatku po pasie szybkiego ruchu, którym wszyscy jeżdżą setką! I choćbyś nie wiem jak bardzo pragnął tego nie zrobić, robisz to… Złościsz się i zaczynasz mamrotać pod nosem, lub nawet lekko pokrzykiwać… Po co? Przeciesz wiesz, że to nie ma sensu, że to nic nie da, niczego nie zmieni… Ale robisz to. Bo jest w tym jakiś rodzaj zaspokojenia prymitywnej żądzy. A zaspakajanie ich jest takie… energetyzujące…

Śliczna i interesująca dziewczyna [chłopak?] siada obok ciebie w samolocie, łącząc swój los z twoim na kolejne N godzin. Uśmiecha się do ciebie, zapinając pasy. Co zrobisz? Za kilka godzin wysiądziecie z tego samolotu i więcej się nie zobaczycie, ale czy powstrzyma cię to, przed nawiązaniem sympatycznej rozmowy, może drobnego flirtu? Jeżeli tak… No cóż… Lepiej dla niej! ;]

Jest tak samo niezależnie, czy z pozytywnymi, czy negatywnymi emocjami. Z drobnymi zauroczeniami, z chwilowymi głupawkami, z żądzami nasycania się, wyładowywania się, odreagowywania, szaleństwami. Zawsze wtedy rozum idzie na bok…

A jeżeli nie idzie, powinniśmy zastanawiać się czy naprawdę warto? Czasem nasz uśmiech, czy grymas może być powstrzymywany przez nasz wzgląd na innych, czy raczej nasz wzgląd na nasz własny image w oczach innych. Tylko po co się hamować? Warto zabraniać sobie być przez chwilę człowiekiem, ze wszelkimi ułomnościami, przywarami, małostkami, udając idealny fikcyjny twór?

Pieprzyć to wszystko! Bóg wiedział co robi… ;]

Ciemna droga do zwycięstwa

sobota, 5. kwiecień 2008.

Z mrocznych zakamarków mojego sumienia oraz akt szkoleniowych SB, KGB, CIA, Mossadu, MI5&6.

Jak osiągnąć bezwzględną przewagę nad przeciwnikiem. Zniszczyć go.

Poradnik łączący przyjemne z pożytecznym.

Na każdą okazję.

Efekty gwarantowane…

“Sztuka Wojny wg. Frustrata – wybór niezawodnych sposobów na zwycięstwo”

- autor: Frustrat Srustrat.

1. Zyskaj przewagę fizyczną. Uderzaj mocno. Zadaj ból i okaż gotowość pognębiania tego cierpienia. Rób to raz po raz. Przełam jego opór. Jego cierpienie przynosi twój sukces.

2. Zdobądź przewagę intelektualną. Owiń wroga wokół palca. Niech pragnie cię słuchać. Uknuj intrygę pogrążającą go. Przekonaj go. Niech będzie marionetką w twoich rękach.

3. Zyskaj przewagę materialną. Kup go. Zaklej mu oczy i uszy pieniędzmi. Wepchnij do gardła zrolowane banknoty. Napchaj mu nimi jego dłonie. Przejmij nad nim kontrolę. Albo zniszcz. Poderżnij mu na odległość gardło, a banknoty niech stanowią siłę sprawczą.

4. Zyskaj nad nim przewagę ilościową. Osacz go. Otocz go swoją siłą, ludźmi, wpływami. I zaciskaj więzy…

5. Zyskaj nad nim przewagę informacyjną. Szantażuj go. Miej w ręce atut silniejszy od jego najlepszego atutu przeciwko tobie. Miej go w szachu. I nie bój się wykorzystać tej wiedzy kiedy trzeba, obserwując jego bolesny upadek.

6. Zyskaj nad nim przewagę Achillesową. Zobacz wroga jakim jest, czytając jego intencje, poprzez jego największe dokonania. Rozbierz go na drobne czynniki. Znajdź słaby punkt i uderz. Poznaj go, a będziesz miał jego los w garści.

7. Zyskaj nad nim przewagę psychologiczną. Złam go. Ośmiesz go. Poniż go. Zrealizuj jego największe lęki. Wstrząśnij filarami filozofii jego bytu. Niech poczuje smutek lub gniew. Niech straci siłę i ochotę. Niech zniszczy samego siebie. A ty obserwuj.

8. Zyskaj kontrolę nad jego pragnieniami. Przejmij władzę nad jego marzeniami czy potrzebami. Miej go na łasce. Wygraj z nim wyścig do jego nagród. A wtedy zobaczysz poniżenie.

9. Zyskaj kontrolę nad jego wytrzymałością. Zamęcz go. Nie ustawaj w ataku, nie dawaj mu czasu na regenerację, nie pozwalaj na najmniejsze wytchnienie wroga, aż do wyczerpania go. Padnie w końcu na kolana.

10. Nigdy nie daj się prześcignąć w żadnym z powyższych.

*Nota prawna: Niektóre metody mogą kolidować z podstawowymi prawami człowieka.

Od niezdarności do niepełnosprawności

poniedziałek, 3. marzec 2008.

W domu 12 st. C, olej dostarczą dopiero jutro, ale ja będę chory już dzisiaj. Wygram ten wyścig… ;]

W dodatku zostałem wyśmiany w supermarkecie przez, na oko 80-letnią, staruszkę. Bezczelnie się ze mnie nabijała. A pomyśleć, że kilka sekund wcześniej, cierpliwie (czyt. bez werbalnych komentarzy) za nią podążałem, czekając aż zdecyduje się, w którą stronę popchnie swój koszyk. Była podła.

Potknąłem się o jakiś kawałek drewna, najprawdopodobniej fragment palety transportowej. Ot, niby nic wielkiego. Żadna niezdarność, nie potknąłem się o własne nogi, o podłogę, czy ścianę (a tak też mi się zdarza). Nastąpiłem na kawałek drewienka. Nie było spektakularnego “bum!”, nie było poślizgu, ani wrzasku przerażenia. Nie wygrałbym za to pralki w “Śmiechu warte”. Nastąpiłem, lekko się zachwiałem, zatrzymałem, wkopałem pod najbliższą lodówkę, żeby nikt inny nie podzielił mojego losu. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie ten charczący odgłos, przypominający śmiech.

I te spojrzenie.

I te komentarze.

W jednym z nich, roześmiana oznajmiła mi, że całe szczęście to nie była ona. Zwykła podłość… ;]

Babcia mi pojechała…

Ech…

Niby później próbowała przepraszać, ale efekt takich przeprosin jest marny, jeżeli ktoś cały czas próbuje powstrzymywać parsknięcia śmiechu.

A niby taka biedna była, ubrana na szaro, chusta na głowie, polska babcia wypisz wymaluj…

No nic, kolejny kopniak dla mojego wybujałego ego. Ten na górze chyba próbuje mi coś powiedzieć.

Całe szczęście, babcia odbędzie tą rozmowę pierwsza… }:]

Inna sprawa, że postanowiłem skreślić dwa słowa na temat niepełnosprawnych w Irlandii. Przez setki lat mieszkańcy Zielonej Wyspy zmuszeni byli do reprodukcji we własnym, dosyć zamkniętym kręgu. Oprócz plagi rudzielstwa zaowocowało to również, o wiele bardziej poważnymi i mało zabawnymi następstwami – całą rzeszą różnego rodzaju chorób genetycznych, o których wszędzie tu słychać, defektów wrodzonych, oraz różnego rodzaju syndromów. Nie znam statystyk, ale podejrzewam, że Irlandia jest w ścisłej europejskiej czołówce, jeżeli chodzi o odsetek osób niepełnosprawnych i upośledzonych.

Ale jest też na pewno w czołówce krajów, które próbują w rozsądny sposób pomóc niepełnosprawnym, a co za tym idzie i ich opiekunom, prowadzić “normalne” życie.

Daruję sobie przemowę na temat zasiłków, programów pomocy, samego podejścia życia osób niepełnosprawnych w społeczeństwie. Irlandia robi dla nich jedną rzecz, do której Polska jeszcze nie dorosła. Traktuje ich jak ludzi, którzy są potrzebni.

Żeby nie być gołosłownym, przytoczę jeden bardzo obrazowy przykład. Irlandzki rząd postarał się o to, aby ludzie niepełnosprawni byli zatrudniani w dużych sieciach supermarketów. Nie wiem jak to działa z punktu prawnego, ekonomicznego, czy podatkowego, ale to rozwiązanie zdaje się funkcjonować w praktyce bez zarzutu. W każdym supermarkecie możemy zobaczyć kogoś cierpiącego na syndrom Down’a, upośledzonego umysłowo, czy lekko niepełnosprawnego fizycznie. Ci ludzie pomagają w prostych czynnościach – ostrzegają klientów, jeżeli ktoś wylał coś na podłogę, zbierają koszyki spod kas, przecierają półki…

Nikogo nie odstrasza widok szeroko uśmiechającego się do nas 40-latka, o charakterystycznych rysach twarzy. Nikogo nie dziwi, jeżeli zacznie on śpiewać głośno piosenki, czy tańczyć między regałami. Jedyne, co można wtedy zauważyć, to wszechobecny uśmiech na twarzy klientów. Nie politowania, ale szczerej sympatii.

Raz, że aktywizacja zawodowa podobnych osób niepełnosprawnych, daje im zajęcie, wyrywa ich z domu i pozwala w pewien sposób cieszyć się życiem. Dwa, że osoby zajmujące się nimi na codzień, mają więcej czasu, na zajęcie się sobą. Najważniejsze jest jednak to, że społeczeństwo będąc bliżej takich ludzi, przestaje postrzegać ich jako odrażające wybryki natury, a zaczyna dostrzegać w nich tych, którzy zwyczajnie mieli mniej szczęścia.

Nie wiem jak jest w innych krajach Europy Zachodniej. Chciałbym natomiast, aby tak było w Polsce.

Miałem okazję dorastać na podwórku, na którym równolegle do mnie dorastał chłopak z zespołem Down’a. I bardzo się z tego cieszę, bo kiedy minęły już dziecięce fazy głupich żartów, wybryków itp. kretynizmów, mogłem zrobić krok naprzód, stając się jego kolegą. I patrząc z perspektywy czasu, bardzo to sobie cenię. Prawdę mówiąc, nauczyłem się od niego więcej, niż on mógłby kiedykolwiek nauczyć się ode mnie. Gdyby tylko więcej osób miało szanse stykać się z podobnymi ludźmi na codzień, myślę, że każdy z nas miałby dzięki temu szansę, żeby inaczej spojrzeć na życie.

Pewna dojrzałość może przyjść z czasem, albo z doświadczeniem.

Tylko po co marnować czas…?

Grrr…

sobota, 1. marzec 2008.

Bycie dobrym jest nudne. Bycie złym… No cóż… Co najmniej otwiera przed nami nowe horyzonty…

Jak to jest, że na codzień staramy się uciekać od własnej natury. Nie potrafimy zaakceptować w sobie tego co ludzkie? Wpędzamy się co i rusz w nowe kompleksy, tylko i wyłącznie z powodu prób dążenia do ideału?

W telewizji uśmiechają się do nas piękni, sympatyczni, uśmiechnięci ludzie. Tacy mili dla wszystkich dookoła, tacy maślani… A nam jest tak miło i słodko to oglądać. Haha! Jasne… Czekamy tylko,aż komuś powinie się noga, albo wykaże się odrobiną, jakże pożądanej złośliwości. To są te momenty, wyzwalają w nas naprawdę czyste, niefiltrowane uczucia!

Swoją drogą, nie bez przyczyny mówi się, że złośliwość jest cechą ludzi inteligentnych. Być miłym może każdy.

Ludzki rodzaj natura zaprogramowała tak, by dążył do samodoskonalenia. Do przetrwania i wszechstronnego rozwoju. Co gorsza, niestety, sami narzucamy sobie kulturowe jarzmo, które powstrzymuje nas od osiągnięcia tego celu. Żadna ciepła klucha nie posunie świata naprzód – tego mogą dokonać tylko ci, którzy nie boją się tego elementu zła, siedzącego gdzieś wewnątrz. Tej odrobiny zwierzęcej agresji, tej zaprogramowanej chęci dominacji. Tej iskierki zła.

Uśmiechem i serdecznością można dokonać rzeczy wielkich, ale nie wiekopomnych. Do tego trzeba odrobiny testosteronu i negatywnych emocji. Nic innego tak nie napędza.

Swoją drogą, ugrzecznione charaktery, sympatyczne osobowości, pozbawione są pewnej głębi. Tej odrobiny tajemniczości i zwierzęcego magnetyzmu, który potrafi być taki hipnotyzujący. I kuszący… Można im wejść na głowę, jeżeli się chce, tylko po co? Rzeczy łatwe nie są wyzywające. I to chyba uwłacza im najbardziej…

Dlaczego zabraniamy sobie prawa, do reagowania instynktownego. Dlaczego na wszytko musimy nakładać maskę cywilizacji, wychowania? Dlaczego boimy się wyrażać własne myśli, mówić wprost, pokazywać, co naprawdę czujemy?

I dlaczego za każdym razem kiedy sobie na to pozwolimy, ktoś inny, lub my sami (kwestia zaprogramowania), zacznie wywoływać w nas poczucie winy. O ile przyjemniej jest dawać sobie prawo do przepraszania tylko wtedy, kiedy my mamy na to ochotę. Nie kiedy chcą tego inni?

Irlandczycy mają pewien nawyk językowy. Ciągle powtarzają “Oh! Sorry!”. Jak mantrę. Zajdziesz im drogę, usłyszysz “Oh! Sorry!”. Nadepniesz im na stopę – “Oh! Sorry!”. Będą zagradzali jedyne przejście w budynku, a ty w lekkim poirytowaniu przepchniesz się przez nich brutalnie – “Oh! Sorry!”. Wszystko “Oh! Sorry!”.

A gdyby choć raz przestali się o wszystko obwiniać, i przyznali sobie rację do postępowania tak, jak oni chcą, i nie liczenia się z innymi. Nie mówię tu o powrocie do wszechobecnego chamstwa (tu akurat Polska mogłaby być przykładem lustrzanym), ale do drobnego upustu emocjonalnego. Wymownego spojrzenia mówiącego “Spieprzaj gnojku!”, zamiast ciągłego poniżania siebie i swojego wizerunku, poprzez branie pełnej odpowiedzialności za najmniejsze głupstwo. Ciągłego bicia się w piersi. Dlaczego ludzie tak bardzo dążą do tego, żeby się poniżyć i zanegować swoje człowieczeństwo – swoją omylność, emocjonalność, zwierzęce instynkty?

Zrób coś złego, pomóż sobie!

Przeklnij otwarcie babcię wpychającą się na siłę do autobusu.

Podrażnij psa sąsiada.

Bądź niemiły dla zatrzymującego cię policjanta.

Nie daj się zdominować szefowi w biurze.

Zacznij wypowiadać głośno i dobitnie co myślisz, kiedy człowiek w kolejce przed tobą płaci pięć minut kartą za paczkę gum do żucia.

Wykop dzieciom piłkę z boiska.

Kopnij kogoś w tyłek.

Zrób coś, co zostanie uznane za niesympatyczne, nieprzyjemne, niedobre. Tylko nie szukaj półśrodków. Wszystko, co może zostać odebrane przez kogoś, jako fajne, czy być usprawiedliwione się nie liczy. Liczy się tylko to, co sprawi, że poczujesz się dobrze. A ktoś inny na myśl o tym poczuje się gorzej, przestraszy się, zniesmaczy…

Nie przepraszaj. Śmiej się w twarz. Poczuj słodycz bycia złym.

Przejdź na ciemną stronę mocy.

Nakaz zewnętrzny

piątek, 22. luty 2008.

Jak trudno jest żyć nie mając pasji.

Nawet głupiego hobby.

Nic.

Człowiek czuje się taki pusty, bezwartościowy, kiedy nie jest w czymś mistrzem (nawet w mikroskali).

Budzisz się rano, praca, powrót do domu… i co wtedy? Przecież nie można spotykać się ze znajomymi dzień w dzień, bo albo zacznie się wymiotować na ich widok, albo oni na nasz…

Trzeba więc znależć jakąś alternatywę dla samotnego spędzania czasu.

Ale zabijanie nudy, to tylko jedna z zalet posiadania pasji. Inną, trochę chyba ważniejszą, jest samodefiniowanie. Człowiek, który jest lekko kopnięty na jakimś punkcie, bardzo szybko zaczyna owijać sobie życie wokół niego. A jeżeli jest dzięki temu szczęśliwy, być może odkrywa właśnie swoją prawdziwą tożsamość? Swoje Id?

Przykładów może być wiele – muzycy, artyści, sportowcy… Ale mogą być i te bardziej przyziemne, nie uzależnione od wrodzonych zdolności i talentu… Można np. odnaleźć się w jakimś zawodzie, albo pielęgnować jakieś proste hobby, które w pewnym czasie wzniesie nas na piedestał “wyższej szkoły jazdy”, podnosząc naszą samoocenę. Wszystko, co uczyni nas szczęśliwszymi, będzie właściwym rozwiązaniem. Pasjonaci rozwijają się szybciej, pełniej, są bardziej aktywni, pewniejsi siebie, no i mają ten błysk w oku… Nie mówiąc już o setkach grouppies u stóp ;]

Śmieszne? Może jednak z tymi grouppies to nie taka przesada – przecież facetowi, który jest w czymś dobry, stosunki z kobietami układają się o wiele lepiej, niż takiemu “Panowi Nikt” z pasemkami i zasłyszanymi gdzieś tekstami…

Ale mogę się mylić, nie wiem, nie ani jestem kobietą, ani specjalistą od stosunków damsko-męskich. ;]

Swoją drogą różnego rodzaju pasje, potrafią całkiem ciekawie ukierunkować nasze życia. Wystarczy spojrzeć na dzieci – te, które niczym się nie zajmują, niczym nie interesują, szybko pakują się w kłopoty, wynikające ze zwykłej nudy. Te drugie, które potrafią aktywnie spędzać swój czas, szybciej się rozwijają, dojrzewają towarzysko, są bardziej odporne na stres. I nie chodzi mi tutaj o te dzieci, których rodzice zmuszają do gry na skrzypcach, czy nauki angielskiego na dodatkowych kursach. Bardziej o te, które same pielęgnują to, co je w danej chwili stymuluje.

Nie wolno lekceważyć jednak magicznej siły “równowagi” – pasja to jedno, obesesja to coś zupełnie innego.

Kiedy po przeczytaniu tego tekstu dostrzeżecie jakie wasze życia są puste i postanowicie znaleźć sobie jakieś kreatywne zajęcie, aby czerpać z tych wszystkich wymienionych powyżej zalet, pamiętajcie, żeby robić to z głową.

Zadanie na wieczór – zainteresować się czymś.

Dziękuję.

Rozważania inspirowane nowym albumem jednego z niewielu polskich artystów, których szanuję ;]