W domu 12 st. C, olej dostarczą dopiero jutro, ale ja będę chory już dzisiaj. Wygram ten wyścig… ;]
W dodatku zostałem wyśmiany w supermarkecie przez, na oko 80-letnią, staruszkę. Bezczelnie się ze mnie nabijała. A pomyśleć, że kilka sekund wcześniej, cierpliwie (czyt. bez werbalnych komentarzy) za nią podążałem, czekając aż zdecyduje się, w którą stronę popchnie swój koszyk. Była podła.
Potknąłem się o jakiś kawałek drewna, najprawdopodobniej fragment palety transportowej. Ot, niby nic wielkiego. Żadna niezdarność, nie potknąłem się o własne nogi, o podłogę, czy ścianę (a tak też mi się zdarza). Nastąpiłem na kawałek drewienka. Nie było spektakularnego “bum!”, nie było poślizgu, ani wrzasku przerażenia. Nie wygrałbym za to pralki w “Śmiechu warte”. Nastąpiłem, lekko się zachwiałem, zatrzymałem, wkopałem pod najbliższą lodówkę, żeby nikt inny nie podzielił mojego losu. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie ten charczący odgłos, przypominający śmiech.
I te spojrzenie.
I te komentarze.
W jednym z nich, roześmiana oznajmiła mi, że całe szczęście to nie była ona. Zwykła podłość… ;]
Babcia mi pojechała…
Ech…
Niby później próbowała przepraszać, ale efekt takich przeprosin jest marny, jeżeli ktoś cały czas próbuje powstrzymywać parsknięcia śmiechu.
A niby taka biedna była, ubrana na szaro, chusta na głowie, polska babcia wypisz wymaluj…
No nic, kolejny kopniak dla mojego wybujałego ego. Ten na górze chyba próbuje mi coś powiedzieć.
Całe szczęście, babcia odbędzie tą rozmowę pierwsza… }:]
Inna sprawa, że postanowiłem skreślić dwa słowa na temat niepełnosprawnych w Irlandii. Przez setki lat mieszkańcy Zielonej Wyspy zmuszeni byli do reprodukcji we własnym, dosyć zamkniętym kręgu. Oprócz plagi rudzielstwa zaowocowało to również, o wiele bardziej poważnymi i mało zabawnymi następstwami – całą rzeszą różnego rodzaju chorób genetycznych, o których wszędzie tu słychać, defektów wrodzonych, oraz różnego rodzaju syndromów. Nie znam statystyk, ale podejrzewam, że Irlandia jest w ścisłej europejskiej czołówce, jeżeli chodzi o odsetek osób niepełnosprawnych i upośledzonych.
Ale jest też na pewno w czołówce krajów, które próbują w rozsądny sposób pomóc niepełnosprawnym, a co za tym idzie i ich opiekunom, prowadzić “normalne” życie.
Daruję sobie przemowę na temat zasiłków, programów pomocy, samego podejścia życia osób niepełnosprawnych w społeczeństwie. Irlandia robi dla nich jedną rzecz, do której Polska jeszcze nie dorosła. Traktuje ich jak ludzi, którzy są potrzebni.
Żeby nie być gołosłownym, przytoczę jeden bardzo obrazowy przykład. Irlandzki rząd postarał się o to, aby ludzie niepełnosprawni byli zatrudniani w dużych sieciach supermarketów. Nie wiem jak to działa z punktu prawnego, ekonomicznego, czy podatkowego, ale to rozwiązanie zdaje się funkcjonować w praktyce bez zarzutu. W każdym supermarkecie możemy zobaczyć kogoś cierpiącego na syndrom Down’a, upośledzonego umysłowo, czy lekko niepełnosprawnego fizycznie. Ci ludzie pomagają w prostych czynnościach – ostrzegają klientów, jeżeli ktoś wylał coś na podłogę, zbierają koszyki spod kas, przecierają półki…
Nikogo nie odstrasza widok szeroko uśmiechającego się do nas 40-latka, o charakterystycznych rysach twarzy. Nikogo nie dziwi, jeżeli zacznie on śpiewać głośno piosenki, czy tańczyć między regałami. Jedyne, co można wtedy zauważyć, to wszechobecny uśmiech na twarzy klientów. Nie politowania, ale szczerej sympatii.
Raz, że aktywizacja zawodowa podobnych osób niepełnosprawnych, daje im zajęcie, wyrywa ich z domu i pozwala w pewien sposób cieszyć się życiem. Dwa, że osoby zajmujące się nimi na codzień, mają więcej czasu, na zajęcie się sobą. Najważniejsze jest jednak to, że społeczeństwo będąc bliżej takich ludzi, przestaje postrzegać ich jako odrażające wybryki natury, a zaczyna dostrzegać w nich tych, którzy zwyczajnie mieli mniej szczęścia.
Nie wiem jak jest w innych krajach Europy Zachodniej. Chciałbym natomiast, aby tak było w Polsce.
Miałem okazję dorastać na podwórku, na którym równolegle do mnie dorastał chłopak z zespołem Down’a. I bardzo się z tego cieszę, bo kiedy minęły już dziecięce fazy głupich żartów, wybryków itp. kretynizmów, mogłem zrobić krok naprzód, stając się jego kolegą. I patrząc z perspektywy czasu, bardzo to sobie cenię. Prawdę mówiąc, nauczyłem się od niego więcej, niż on mógłby kiedykolwiek nauczyć się ode mnie. Gdyby tylko więcej osób miało szanse stykać się z podobnymi ludźmi na codzień, myślę, że każdy z nas miałby dzięki temu szansę, żeby inaczej spojrzeć na życie.
Pewna dojrzałość może przyjść z czasem, albo z doświadczeniem.
Tylko po co marnować czas…?