Zapowiada się osobisty post.
Tytułem wprowadzenia – do domu w którym mieszkam, w odwiedziny do jednej z sióstr, które go również zamieszkują, przyjechał pewien Amerykanin. Amerykanin pełną gębą, bo zapatrzony w jedyne mocarstwo świata (jego słowa) białoruski neofita. Spędził on w USA całe swoje dorosłe życie, tj. ostatnie 12 lat.
Wie o USA wszystko – nie widzi poza nimi niczego. Potrafi narzekać na takie słodkie “intelektualnie zaawansowane” tematy jak G.W. Bush, wojna w Iraku, słabnący dolar… Ale Stany ceni ponad życie, a jak narzeka, to tylko po to, żeby całość brzmiała wiarygodnie. Białorusi nigdy na oczy oglądać już nie chce, mimo tego, że żyje tam jego siostra, która podobno radzi sobie “very well”, ale on nie wie, bo tego nie sprawdzi. Białoruś “makes him sick”. Ma “niesamowitą intuicję” – odkąd skończył 12 lat, wiedział, że będzie żyć w Stanach, nie na Białorusi. Wiedział też, że rozwiedzie się ze swoją pierwszą żoną, Białorusinką, zanim jeszcze ją poznał. Medium.
Ceni sobie za to “honesty” Amerykanów, a nie może patrzeć na Białorusinów z dokładnie odwrotnego powodu. Zapytany ironicznie, czy według niego Amerykanie są “honest”, wymamrotał coś o różnicy pomiędzy “honesty”, a “being honest”, bo wszystko zależy od tego jak postrzega “eye of beholder”. “Honesty” polega według niego najwyraźniej na nieustannym uśmiechaniu się jak wiejski głupek… Dlaczego białoruskie wyrażanie w swoich emocjach niezadowolenia ze stanu rzeczy (brak ciągłego uśmiechania się), nie zalicza się do “honesty”? Bo klucz leży w “eye of the beholder”. Ciekawe jak do jego amerykańskiego “honesty” pasuje zdobycie upragnionego, nobilitującego obywatelstwa poprzez ustawiony ślub…
Błagam…
Do tego typowe zagrywki erystyczne – nasycanie wypowiedzi sofizmatami, każdą próbę udowodnienia ciągiem logicznym, że pieprzy bzdury, przerywa bezustannie idiotycznymi wtrąceniami, nie pozwalając skończyć…
A te jego ciągłe przechwałki, powtarzanie po pięć razy, jak to “nearly missed the plane”, bo “boss rang him” i musiał “go to the office to run some checks”, przez co na lotnisku zjawił się na dwie minuty przed zamknięciem check-in’ów. Ale oczywiście mimo tego, że był nieogolony, niespakowany, zdążył kupić odwiedzanej fajki, bez tego by nie przyleciał, taki jest cool.
Oczywiście opowieści ma bez liku.
Jak to prawie wstąpił do US Army w 2005 roku [gorący okres w Iraku], i jak to oczywiście przyjęliby go do Airforce, żeby mógł prowadzić z bazy w Stanach, przy pomocy dżojstika, bezzałogowe samoloty szturmowe… Oczywiście 15 minut wcześniej przeklinał śmierć amerykańskich żołnierzy na tej niepotrzebnej wojnie.
Na Białorusi za to chcieli wcielić go do elitarnej jednostki spadochronowej, ale jego teściowa interferowała, żeby był bliżej domu, przez co trafił do najgorszej jednostki, batalionu kolejowego, gdzie trafiają sami kryminaliści, którzy nauczyli go, by “don’t take shit from anyone”. Ale on w Ameryce nie może tego stosować, bo tam wszyscy nauczeni są, żeby “take shit”, a jeżeli się stawiasz, to cię zgnoją, bo mają większe od jego doświadczenie w robieniu ludziom problemów.
A Polska? Polska zawsze starała się gnoić Białoruś, robiąc Białorusinom problemy kiedy tylko mogła…
Irlandia jest cudowna, bo jest neutralna – pozwala za darmo i bez problemów międzylądować amerykańskim wojskom w Shannon [miasto na wschodzie Irlandii], a Polacy chcą za tarczę 50 mld USD. Jak oni mogą…? Ale sam fakt, że Polacy jako pierwszy kraj, bez żadnych negocjacji zgodził się wspomóc USA w Iraku, biorąc na siebie zarządzanie najtrudniejszą ze wszystkich strefą stabilizacyjną, za którą oddał życie niejeden polski żołnierz oczywiście przemilczał… A na wypomnienie mu tego, i tego, jak wdzięczni nam za ową nieprzeliczalną na dolary, frajerską wręcz, bezinteresowną pomoc, byli obywatele USA, i dlaczego teraz, za o wiele bardziej istotne przedsięwzięcie nie mielibyśmy zażądać odpowiedniej zapłaty, tylko kiwnął głową, przyznając rację… Po czym przeszedł do błyskotliwej ofensywy, nazywając Polskę frajerskim krajem, który z jednej strony “ssie Amerykańskiego chuja” a z drugiej “wypina dupę Rosjanom”…
Czy dalsza dyskusja w takiej sytuacji jest potrzebna?
Nie jest, normalny człowiek kończy ją pięścią w gardle takiego rozmówcy…
Ja będąc nienormalny, i postawiony przed koniecznością znalezienia alternatywnego rozwiązania, dla “gościa”, cierpliwie udowadniałem swojemu rozmówcy jego głupotę… Co on oczywiście starał się uniemożliwić, przerywając nachalnie każdą wypowiedź, która obnażała jego głupotę i ignorancję…
Do tego liczył na pomoc troskliwych gospodyń, które zauważając napięcie w tej sytuacji, starały się rozładować je, poprzez… Zamknięcie mnie samego!
Skończyło się na “let’s not talk about politics” i “I don’t approve Polish politics, but I don’t hate Polish people”. Po czym dodał, że “American politics” też nie popiera, by załagodzić sytuację…
Ach, zapomniałem dodać, że gdzieś po drodze, gdy próbował zbić mnie z tropu, niewiadomo skąd wplątał do rozmowy Afganistan, i to, że Europa nie jest w ten konflikt zaangażowana (chyba w związku z naszą ochoczą pomocą w Iraku, której rzekomo nie udzielaliśmy w afganistanie). Po czym na uwagę o Polskiej obecności oraz poinformowany przez jedną z bystrzejszych przysłuchujących się, że Brytyjczycy są obecni w Afganistanie, do społu z kilkoma innymi narodami, zaczął wychwalać ten naród jako bogów wojny, którzy walkę mają we krwi, co udowodnili na Rosjanach. Walkę i produkcję narkotyków. Wyśmiany, poinformowany o szkoleniach CIA [wg. niego USA nie jest i nie była w żaden sposób w Afganistanie zaangażowana] przeprowadzanych przez lata w owym kraju, tak by ten naród “bogów wojny” mógł stawiać czoła Rosjanom, stwierdził, że to nieprawda. Po czym przytoczył historyjkę, udowadniającą, jakimi to wojownikami są Afgańczycy, i dlaczego “sami” doskonale dają sobie radę ze wszystkimi wojskami. Otóż [naprawdę wzruszające, bo wzięte z serii "ojciec kolegi"] ojciec kolegi dostał od nich kulkę w głowę z trzech kilometrów – tacy są wojowniczy. Dodam tylko, że trzy kilometry, to wynik nobilitujący najlepszych z najlepszych snajperów świata do grona ścisłej, parunastoosobowej elity. A afgański chłop, wypasający owce, najwyraźniej potrafi wykonać coś takiego pomiędzy kurzeniem haszyszu, a spędzaniem bydła ze stoków…
Oczywiście strzelając z procy, bo przecież Amerykanie nie dali im broni…
Ach, a Euro jest złe, bo daje wybór krajom bogatym w ropę, by te zrezygnowały z petrodolarów i przekonwertowały je na “petro-euro”, co jest nie fair, bo osłabia Stany. A jak stany pierdolną, to wszyscy pójdziemy na dno.
A teraz najebał się czterema drinkami i robi to, co robił cały dzień – wielkie i głośne “patrzcie na mnie”, przeplatane głupkowatymi pokrzykiwaniami w stylu “Uu-uuu!!!”.
Dzisiaj rano poprosił o jedną tabletkę słodzika do swojej herbaty.
A jazda autem z manualną skrzynią jest dla niego rzeczą niepojętą.