Archiwum dla 'Na "NIE"'Kategoria

America’s brightest star

czwartek, 17. kwiecień 2008.

Zapowiada się osobisty post.

Tytułem wprowadzenia – do domu w którym mieszkam, w odwiedziny do jednej z sióstr, które go również zamieszkują, przyjechał pewien Amerykanin. Amerykanin pełną gębą, bo zapatrzony w jedyne mocarstwo świata (jego słowa) białoruski neofita. Spędził on w USA całe swoje dorosłe życie, tj. ostatnie 12 lat.

Wie o USA wszystko – nie widzi poza nimi niczego. Potrafi narzekać na takie słodkie “intelektualnie zaawansowane” tematy jak G.W. Bush, wojna w Iraku, słabnący dolar… Ale Stany ceni ponad życie, a jak narzeka, to tylko po to, żeby całość brzmiała wiarygodnie. Białorusi nigdy na oczy oglądać już nie chce, mimo tego, że żyje tam jego siostra, która podobno radzi sobie “very well”, ale on nie wie, bo tego nie sprawdzi. Białoruś “makes him sick”. Ma “niesamowitą intuicję” – odkąd skończył 12 lat, wiedział, że będzie żyć w Stanach, nie na Białorusi. Wiedział też, że rozwiedzie się ze swoją pierwszą żoną, Białorusinką, zanim jeszcze ją poznał. Medium.

Ceni sobie za to “honesty” Amerykanów, a nie może patrzeć na Białorusinów z dokładnie odwrotnego powodu. Zapytany ironicznie, czy według niego Amerykanie są “honest”, wymamrotał coś o różnicy pomiędzy “honesty”, a “being honest”, bo wszystko zależy od tego jak postrzega “eye of beholder”. “Honesty” polega według niego najwyraźniej na nieustannym uśmiechaniu się jak wiejski głupek… Dlaczego białoruskie wyrażanie w swoich emocjach niezadowolenia ze stanu rzeczy (brak ciągłego uśmiechania się), nie zalicza się do “honesty”? Bo klucz leży w “eye of the beholder”. Ciekawe jak do jego amerykańskiego “honesty” pasuje zdobycie upragnionego, nobilitującego obywatelstwa poprzez ustawiony ślub…

Błagam…

Do tego typowe zagrywki erystyczne – nasycanie wypowiedzi sofizmatami, każdą próbę udowodnienia ciągiem logicznym, że pieprzy bzdury, przerywa bezustannie idiotycznymi wtrąceniami, nie pozwalając skończyć…

A te jego ciągłe przechwałki, powtarzanie po pięć razy, jak to “nearly missed the plane”, bo “boss rang him” i musiał “go to the office to run some checks”, przez co na lotnisku zjawił się na dwie minuty przed zamknięciem check-in’ów. Ale oczywiście mimo tego, że był nieogolony, niespakowany, zdążył kupić odwiedzanej fajki, bez tego by nie przyleciał, taki jest cool.

Oczywiście opowieści ma bez liku.

Jak to prawie wstąpił do US Army w 2005 roku [gorący okres w Iraku], i jak to oczywiście przyjęliby go do Airforce, żeby mógł prowadzić z bazy w Stanach, przy pomocy dżojstika, bezzałogowe samoloty szturmowe… Oczywiście 15 minut wcześniej przeklinał śmierć amerykańskich żołnierzy na tej niepotrzebnej wojnie.

Na Białorusi za to chcieli wcielić go do elitarnej jednostki spadochronowej, ale jego teściowa interferowała, żeby był bliżej domu, przez co trafił do najgorszej jednostki, batalionu kolejowego, gdzie trafiają sami kryminaliści, którzy nauczyli go, by “don’t take shit from anyone”. Ale on w Ameryce nie może tego stosować, bo tam wszyscy nauczeni są, żeby “take shit”, a jeżeli się stawiasz, to cię zgnoją, bo mają większe od jego doświadczenie w robieniu ludziom problemów.

A Polska? Polska zawsze starała się gnoić Białoruś, robiąc Białorusinom problemy kiedy tylko mogła…

Irlandia jest cudowna, bo jest neutralna – pozwala za darmo i bez problemów międzylądować amerykańskim wojskom w Shannon [miasto na wschodzie Irlandii], a Polacy chcą za tarczę 50 mld USD. Jak oni mogą…? Ale sam fakt, że Polacy jako pierwszy kraj, bez żadnych negocjacji zgodził się wspomóc USA w Iraku, biorąc na siebie zarządzanie najtrudniejszą ze wszystkich strefą stabilizacyjną, za którą oddał życie niejeden polski żołnierz oczywiście przemilczał… A na wypomnienie mu tego, i tego, jak wdzięczni nam za ową nieprzeliczalną na dolary, frajerską wręcz, bezinteresowną pomoc, byli obywatele USA, i dlaczego teraz, za o wiele bardziej istotne przedsięwzięcie nie mielibyśmy zażądać odpowiedniej zapłaty, tylko kiwnął głową, przyznając rację… Po czym przeszedł do błyskotliwej ofensywy, nazywając Polskę frajerskim krajem, który z jednej strony “ssie Amerykańskiego chuja” a z drugiej “wypina dupę Rosjanom”…

Czy dalsza dyskusja w takiej sytuacji jest potrzebna?

Nie jest, normalny człowiek kończy ją pięścią w gardle takiego rozmówcy…

Ja będąc nienormalny, i postawiony przed koniecznością znalezienia alternatywnego rozwiązania, dla “gościa”, cierpliwie udowadniałem swojemu rozmówcy jego głupotę… Co on oczywiście starał się uniemożliwić, przerywając nachalnie każdą wypowiedź, która obnażała jego głupotę i ignorancję…

Do tego liczył na pomoc troskliwych gospodyń, które zauważając napięcie w tej sytuacji, starały się rozładować je, poprzez… Zamknięcie mnie samego!

Skończyło się na “let’s not talk about politics” i “I don’t approve Polish politics, but I don’t hate Polish people”. Po czym dodał, że “American politics” też nie popiera, by załagodzić sytuację…

Ach, zapomniałem dodać, że gdzieś po drodze, gdy próbował zbić mnie z tropu, niewiadomo skąd wplątał do rozmowy Afganistan, i to, że Europa nie jest w ten konflikt zaangażowana (chyba w związku z naszą ochoczą pomocą w Iraku, której rzekomo nie udzielaliśmy w afganistanie). Po czym na uwagę o Polskiej obecności oraz poinformowany przez jedną z bystrzejszych przysłuchujących się, że Brytyjczycy są obecni w Afganistanie, do społu z kilkoma innymi narodami, zaczął wychwalać ten naród jako bogów wojny, którzy walkę mają we krwi, co udowodnili na Rosjanach. Walkę i produkcję narkotyków. Wyśmiany, poinformowany o szkoleniach CIA [wg. niego USA nie jest i nie była w żaden sposób w Afganistanie zaangażowana] przeprowadzanych przez lata w owym kraju, tak by ten naród “bogów wojny” mógł stawiać czoła Rosjanom, stwierdził, że to nieprawda. Po czym przytoczył historyjkę, udowadniającą, jakimi to wojownikami są Afgańczycy, i dlaczego “sami” doskonale dają sobie radę ze wszystkimi wojskami. Otóż [naprawdę wzruszające, bo wzięte z serii "ojciec kolegi"] ojciec kolegi dostał od nich kulkę w głowę z trzech kilometrów – tacy są wojowniczy. Dodam tylko, że trzy kilometry, to wynik nobilitujący najlepszych z najlepszych snajperów świata do grona ścisłej, parunastoosobowej elity. A afgański chłop, wypasający owce, najwyraźniej potrafi wykonać coś takiego pomiędzy kurzeniem haszyszu, a spędzaniem bydła ze stoków…

Oczywiście strzelając z procy, bo przecież Amerykanie nie dali im broni…

Ach, a Euro jest złe, bo daje wybór krajom bogatym w ropę, by te zrezygnowały z petrodolarów i przekonwertowały je na “petro-euro”, co jest nie fair, bo osłabia Stany. A jak stany pierdolną, to wszyscy pójdziemy na dno.

A teraz najebał się czterema drinkami i robi to, co robił cały dzień – wielkie i głośne “patrzcie na mnie”, przeplatane głupkowatymi pokrzykiwaniami w stylu “Uu-uuu!!!”.

Dzisiaj rano poprosił o jedną tabletkę słodzika do swojej herbaty.

A jazda autem z manualną skrzynią jest dla niego rzeczą niepojętą.

Arbeit macht…?

środa, 16. kwiecień 2008.

“Bez pracy nie ma kołaczy” – wmawiali nam to od dzieciństwa, a my czerpiąc z doświadczeń starszych, przekazujemy tę wiedzę dalej. Wiedzę niepodważalną zresztą, chyba że mieliśmy to szczęście urodzić się w bardzo zamożnej rodzinie, lub w jakiś szczęśliwy sposób owe pieniądze zdobyliśmy (patrz – loterie itp.). Praca daje nam zajęcie, daje nam możliwość przeżycia i zaspokajania podstawowych potrzeb, a jeżeli należymy do elity zawodowej, pozwala nam na samorealizację – czynnik równie istotny co pozostałe, chociaż zdaje się, że bardziej niedoceniany…

Podczas kilku najbliższych dni będę miał okazję do doświadczania zawodowego “rozwoju” w… supermarkecie.

Wiem co sobie myślicie, wcale się wam nie dziwię. Zresztą, prawdopodobnie jedynie podzielacie mój własny entuzjazm. Z racji zajęcia jakim się chwilowo param, od czasu do czasu moja firma wydelegowuje mnie do przeróżnych punktów handlowych, przez co mam okazję zapoznać się ze sposobem ich funkcjonowania od zaplecza.

“Sposobem ich funkcjonowania od zaplecza”…

Wysilam się na eufemizmy, zupełnie nie wiem po co.

A może i wiem… Z szacunku dla pracowników wszelkich Tesco, Real, Carrefour, czy innych, nie wypada mi powiedzieć wprost, co myślę o charakterze ich pracy…

Supermarket… Co tu dużo mówić – wszyscy tam bywamy, wszyscy to znamy… Depresyjne światło jarzeniówek, nieustający irytujący jazgot w połączeniu z monotonnym, usypiającym brzęczeniem licznych urządzeń elektrycznych. Dodajmy do tej mieszanki męczącą oczy feerię barw, znaków handlowych, bannerów, wszechobecny brud i kurz, klimatyzowane, suche powietrze, a otrzymamy… Piekło pracownika!

Do tego normowany, ośmiogodzinny czas pracy, niezależny od naszych starań, czy efektywności…

Z mojego punktu widzenia, to prawdziwy i kompletny dramat…

Nie wierzę, że praca w takich warunkach może w jakikolwiek sposób sprzyjać pracownikowi, a przede wszystkim istocie ludzkiej, którą on stanowi. Sam fakt, że osoby zatrudnione w dużych sieciach sprzedaży detalicznej stać na okazywanie jakichkolwiek wyrazów sympatii dla klientów, jest dla mnie niewyobrażalny i godny podziwu.

Ale tak naprawdę nie o tym chciałem pisać.

Otóż jakiś czas temu miałem okazję zapoznać się z najnowszą lekturą pióra Piotra Tymochowicza – polskiego speca od różnego rodzaju socjotechnik i Public Relations. Tymochowicz w książce “Biblia skuteczności” poruszył dosyć interesujący temat, który może tłumaczyć w pewnym sensie moją własną niechęć i niepokój związany z następnymi trzema dniami pracy.

Otóż jestem zupełnie nieprzyzwyczajony do pracy “od-do” [przykładowo: 8.00-16.00], w której jedyną miarą naszej efektywności jest zegar. Z mojego punktu widzenia jest to archaizm, deprymujący i męczący pracownika. Przy z góry zaplanowanych celach na dzień pracy, można osiągnąć o wiele lepsze rezultaty, często poświęcając na nie mniej czasu… A więcej czasu na relaks, oznacza szczęśliwszego pracownika. Szczęśliwszy pracownik to pracownik wydajniejszy…

Tymochowicz napisał kilka ciekawych zdań na temat tego, jak przygotowuje się nas, czy też raczej jak uczy się nas żyć w sposób “od-do”.

Otóż od małego dziecka podświadomie wbija się nam do głowy, że jest czas na pracę i jest czas na relaks. Życie pulsacyjne. Osiem godzin w bezpiecznych czterech ścianach przedszkola, potem powrót do bezpiecznych czterech ścian domu. Kilka godzin w bezpiecznych murach szkoły, potem powrót do domu. Osiem godzin w bezpiecznych murach pracy, potem powrót do bezpiecznego domu… Pięć dni pracy, dwa dni relaksu, 11 miesięcy pracy, miesiąc urlopu, itd. itp.

Cykle. Schematy. Szablony.

Według obserwacji Tymochowicza owy sposób funkcjonowania człowieka ogranicza go intelektualnie, ogranicza jego możliwości kreatywne, upośledza go życiowo. Nie uczy indywidualnego podchodzenia do różnych sytuacji życiowych, nie uczy nienormowanego kontaktu ze środowiskiem, nienormowanego życia. Iluzja czterech ścian, w połączeniu z iluzją statecznego klastra czasowego, wywołuje w człowieku złudne poczucie bezpieczeństwa, które zabija w nim odwagę konieczną do rozwoju. Człowiek nauczony, że kto inny zadba o jego byt, odgradza się od świata pełnego ryzyka, w zamian za wykonywaną posłusznie pracę.

Co gorsza, według obserwacji autora “Biblii skuteczności”, zdecydowana większość osób, które spędzi więcej niż pięć lat w koncernach lub zchierarchizowanych firmach, będzie stracona dla biznesu. Żadnej z tych osób nie będzie już stać na to, żeby podjąć własną, autonomiczną działalność zarobkową. Z owego procesu wykluczył jedynie wyższe kadry zarządzające, które z natury rozpatruje się w odrobinę innych kategoriach.

Tymochowicz powołuje się również na przykłady państw skandynawskich, które starają się wykorzeniać owe, iście socjalistyczne, nawyki społeczne. Powstają szkoły interaktywne, w których dzieci nie mają konieczności obowiązkowego uczestnictwa w szkolnych zajęciach grupowych, ponad określoną normę… Jak się okazuje, rezultaty owych prób wydają się być zdumiewające – młodzież przyswaja wiedzę znacznie szybciej, wykorzystuje ją w o wiele bardziej kreatywny sposób, jest lepiej przygotowana do funkcjonowania jako osoby dorosłe…

Świadomość istnienia owego schematu zdaje się demaskować niesamodzielność ogromnej rzeszy ludzi dorosłych. Często winią oni za swoje niepowodzenia zawodowe siebie samych, kiedy to wydawałoby się, że o wiele bardziej trafnym jest obwinianie całego świata! Zabawny paradoks, o jakże bolesnych skutkach…

Nauczeni tego, że ktoś inny podejmuje za nich ryzyko, godzą się, aby sprzedawać swoje umiejetności za poczucie bezpieczeństwa, jednocześnie czując, że stać ich na więcej. Ale więcej dać z siebie nie potrafią, nie chcą, bo to byłoby wykroczenie poza bezpieczny schemat.

Schemat złudnie bezpieczny, bo nie zapewniający niczego, poza socjalnym zniewoleniem.

Czym naprawdę różni się taki pracownik od więźnia zakładu karnego?

Pozorną wolnością wyboru…?

Jestem debilem!

piątek, 11. kwiecień 2008.

Jestem debilem.

Przepraszam i dziękuję za uwagę… ;]

Ciemna droga do zwycięstwa

sobota, 5. kwiecień 2008.

Z mrocznych zakamarków mojego sumienia oraz akt szkoleniowych SB, KGB, CIA, Mossadu, MI5&6.

Jak osiągnąć bezwzględną przewagę nad przeciwnikiem. Zniszczyć go.

Poradnik łączący przyjemne z pożytecznym.

Na każdą okazję.

Efekty gwarantowane…

“Sztuka Wojny wg. Frustrata – wybór niezawodnych sposobów na zwycięstwo”

- autor: Frustrat Srustrat.

1. Zyskaj przewagę fizyczną. Uderzaj mocno. Zadaj ból i okaż gotowość pognębiania tego cierpienia. Rób to raz po raz. Przełam jego opór. Jego cierpienie przynosi twój sukces.

2. Zdobądź przewagę intelektualną. Owiń wroga wokół palca. Niech pragnie cię słuchać. Uknuj intrygę pogrążającą go. Przekonaj go. Niech będzie marionetką w twoich rękach.

3. Zyskaj przewagę materialną. Kup go. Zaklej mu oczy i uszy pieniędzmi. Wepchnij do gardła zrolowane banknoty. Napchaj mu nimi jego dłonie. Przejmij nad nim kontrolę. Albo zniszcz. Poderżnij mu na odległość gardło, a banknoty niech stanowią siłę sprawczą.

4. Zyskaj nad nim przewagę ilościową. Osacz go. Otocz go swoją siłą, ludźmi, wpływami. I zaciskaj więzy…

5. Zyskaj nad nim przewagę informacyjną. Szantażuj go. Miej w ręce atut silniejszy od jego najlepszego atutu przeciwko tobie. Miej go w szachu. I nie bój się wykorzystać tej wiedzy kiedy trzeba, obserwując jego bolesny upadek.

6. Zyskaj nad nim przewagę Achillesową. Zobacz wroga jakim jest, czytając jego intencje, poprzez jego największe dokonania. Rozbierz go na drobne czynniki. Znajdź słaby punkt i uderz. Poznaj go, a będziesz miał jego los w garści.

7. Zyskaj nad nim przewagę psychologiczną. Złam go. Ośmiesz go. Poniż go. Zrealizuj jego największe lęki. Wstrząśnij filarami filozofii jego bytu. Niech poczuje smutek lub gniew. Niech straci siłę i ochotę. Niech zniszczy samego siebie. A ty obserwuj.

8. Zyskaj kontrolę nad jego pragnieniami. Przejmij władzę nad jego marzeniami czy potrzebami. Miej go na łasce. Wygraj z nim wyścig do jego nagród. A wtedy zobaczysz poniżenie.

9. Zyskaj kontrolę nad jego wytrzymałością. Zamęcz go. Nie ustawaj w ataku, nie dawaj mu czasu na regenerację, nie pozwalaj na najmniejsze wytchnienie wroga, aż do wyczerpania go. Padnie w końcu na kolana.

10. Nigdy nie daj się prześcignąć w żadnym z powyższych.

*Nota prawna: Niektóre metody mogą kolidować z podstawowymi prawami człowieka.

Porozmawiaj sobie czasem

niedziela, 2. marzec 2008.

Jako, że dawno nie było nic konkretnego o prawdziwych frustracjach, przyszła najwyższa pora żeby nadrobić zaległości.

Mam chemicznego doła z powodu braku snu (sam się sobie dziwie, że zdarzają mi się jeszcze noce, podczas których nie śpię min. 8 godz. – przecież to prawie szaleństwo…), mam też chemicznego doła z innego, coweekendowego powodu, a do tego skończył się olej grzewczy, w domu zimno, nos zimny, a ceny jak na złość poszły właśnie w górę i będziemy w plecy. Ech…

I te wszystkie dzisiaj sytuacje, może z dodatkiem innych, skłoniły mnie do przemyśleń na temat: “Co denerwuje mnie podczas rozmów”. Proste i logiczne…

Nie lubię, kiedy ktoś unika kontaktu wzrokowego. Albo mówi ze spuszczoną głową.

Nie lubię, kiedy ktoś kłamie, albo, co gorsza, kłamie i robi to na tyle nieudolnie, że wiem. Tym bardziej, że kłamstwo nigdy się nie sprawdza. Od zawsze preferowałem totalną szczerość (co kilka osób może mieć mi do dzisiaj za złe ;]). Prawda jest łatwa do wypowiedzenia – trzeba tylko nie być tchórzem.

Nie lubię, kiedy ktoś ciągle robi sobie jaja. Nie lubię kiedy ktoś jest ciągle poważny. Jest czas na żarty i na powagę. Ciągłe żarty, jak i ciągła powaga sprawiają, że ma się komuś ochotę wbić pięść w twarz. Albo kolano. Albo pięść i kolano… Tak…

Nie lubię, kiedy ktoś udaje, że coś wie, kiedy nie wie. I próbuje udawać, że ma wiedzę, kiedy wyraźnie jej nie ma… Nie lubię, kiedy debile wypowiadają swoje opinie. Dobry debil, to cichy debil.

Oczywiście w mojej pokręconej osobowości, debilem jest każdy, kto ma zdanie inne niż ja. I co gorsza, dobrze mi z tym, bo naprawdę zawsze wierzę, że mam rację… ;]

Nie lubię, kiedy ktoś nie mówi wprost i ciągle obija w bawełnę. Wszystko trzeba z niego wyciągać na siłę. Wyrywanie z niego informacji jest takie męczące… A i tak na końcu je wyciągniemy, więc to wszystko to najzwyklejsze działanie na nerwy…

Tajemnic nie lubię. Raz, że nie potrafię powstrzymać własnej ciekawości, spalam się w niej, dwa, że i tak na końcu się dowiem. Ten moment pomiędzy jest taki drażniący. Aż mnie trzęsie na samą myśl.

Nie lubię ludzi, którzy powtarzają po rozmócy. Chodzące magnetofony.

Nie lubię, kiedy ktoś się podlizuje. Nie zależnie od tego, czy ma rację, czy nie… ;] Jeżeli ma rację, to nielubię go trochę mniej, ale jeżeli fałszywe przedkłada nam świadectwo, to policzone będą jego dni…

Nie lubię, kiedy ktoś mówi nie na temat, odbija na milion dygresji, opowiada jak minął mu dzień. Fajna rzecz, jeżeli się ze sobą sypia, ale w pozostałych przypadkach raczej się nie sprawdza…

Nie lubię, kiedy ktoś mruczy pod nosem, albo gdzieś w drugą stronę. Raz, że to brak pewności siebie, a ludzi niepewnych siebie trudno szanować, a dwa, że trzeba, cholera, nasłuchiwać…

Nie lubię, jak ktoś ciągle narzeka. [UWAGA - BLOG NIE JEST FORMĄ ROZMOWY - W BLOGU NARZEKAĆ MOŻNA I TRZEBA] Wiem, że to złe, bo sam narzekam. I wiem jakie to jest męczące i irytujące. Dla obu stron.

Nie lubię, kiedy ktoś jest przesadnie miły, ciągle się uśmiecha, i generalnie traktuje rozmówcę jak dobra babcia przygłupiego wnuczka. Pięść w twarz.

Nie lubię kiedy rozmówca ma jakieś tematu tabu. Bo nie wypada, bo się wstydzi, bo nie może… Co to za człowiek, który boi się powiedzieć tego co myśli…?

Nie lubię, kiedy olewa się rozmówcę. Kiedy się nie słucha, lub udaje, że coś obchodzi. Marnowanie czasu obojga. A można powiedzieć przecież wprost i zaoszczędzić obojgu wysiłku.

Nie lubię bezustannego przytakiwania, wtrącania głupich fatycznych “tak, tak…”, “no, no…”, “żartujesz?”, “nie gadaj!”, itp. niepotrzebnych dźwięków. Słuchać trzeba z zamkniętymi ustami.

Nie lubię ciągnąć rozmów i rozmów na siłę. To takie niezręczne i nienaturalne.

Nie lubię, kiedy ktoś mówi nieśmieszne żarty, ale ponieważ wszyscy go lubią, to udają, że ich to bawi. I ten śmiech i udawanie dobrej zabawy na siłę… Kula w łeb. Sobie.

Ale generalnie lubię sobie porozmawiać.

Rozmowa jest dobra.

;]

Teraz Polska? [v. 2.0]

niedziela, 24. luty 2008.

Zwątpiłem.

Do przepastnych czeluści skrzynki pocztowej pewnego portalu dla Polonii irlandzkiej, trafił list, z prośbą o pomoc w wybraniu najlepszego hasła promującego Polskę wśród obcokrajowców. Sam konkurs nie był wspierany przez żadną poważną instytucję związaną z naszym krajem, był inicjatywą prywatną mediów polonijnych i pewnego bloggera z onet.pl.

Temat: “Wypromujmy markę Poland/Is Poland sexy?”

Wszyscy chętni mogli nadsyłać swoje pomysły na hasło, motyw przewodni i projekt graficzny tej “kampanii”. Co najciekawsze w tym wszystkim, hasła nie były przygotowywane przez agencje, ale przez zwykłych ludzi, co tak naprawdę pozwoliło w nietypowy i oryginalny sposób zobaczyć, jak przeciętny Polak postrzega swój kraj i czym chce go promować poza granicami. Warunki – do 5 słów, język angielski.

Ci z Was, którzy mają pod ręką skórzane paski, lub kawałki drewna, które mogliby zagryźć, proszeni są o wprowadzenie ich do jam gębowych. Oto pełna lista propozycji samych haseł. Pisownia oryginalna…

Potraktujcie te hasła, jako coś, co Ci ludzie NAPRAWDĘ chcieliby zobaczyć na plakacie o Polsce.

Uwaga… Jeszcze możecie zawrócić.

Za późno… Podkreślone wyjątkowo”wyjątkowe”:

Poland? I fuckin love it [Jestem debilem!]
Enjoy Poland
“Come with me .Poland”
“Cum with me”
[Dojdź ze mną? Świetna reklama...]
Poland- u wil like it
Poland – just try it
Polish land – good land
Polish Land – Wodka Land
[Chlaj, rzygaj, ruchaj...]
Poland- nice people good price
Poland – nice chicks, cheap drink
[Chlaj, rzygaj, ruchaj...]
no drink no fun- no fun no poland
[Chlaj, rzygaj, ruchaj...]
Poland – see where wodka is made ! [Chlaj, rzygaj, ruchaj...]
VODKA,OK? [Chlaj, rzygaj, ruchaj...]
Here I am! Poland
[Proklamujemy tę ziemię Polską!]
Poland – not only Vodka
Poland – have you been there?
Poland- come and enjoy
Poland – simply love it.
Poland – the only choince
POLAND – IN THE HEART OF EUROPE
Poland- make yourself at home
Pure Pleasure- Poland
Poland- try something new this year
Need a change? Poland!
[Polska! Zmieni Twoje życie na zawsze...]
People Places Pleasure – Poland
There’s a soul country in a heart of Europe – Poland
“Good… Better… Poland”
“Bored? Go Poland!”
[Potem będziesz bał się nudzić!]
“Poland – and dreams come true”
[Troszeczkę się zagalopował...]
“Poland-Where Eagles Dare”
[Jakie to patetyczne!]
POLAND – Not only plumbers!
POLAND – SEE OUR HOME!
Come to Poland – just for change!
[Przyjedź do Polski tylko po drobne!]
Poland – just for change…
[Polska - Tylko za drobne...]
Poland – for bussines, travel and living!
POLAND 4 YOU – the smart set!
Poland-every day something New
[A nawet parę razy dziennie...]
Forza Polonia !
[W końcu jesteśmy na meczu włoskiej ligi.]
Poland – U need know it
[Tak, tak, synku... Tak, tak...]
Poland. You’ll be surprised!
[Nawet nie wiesz jak bardzo!]
Poland. Whatever you’re looking for is here.
Poland. For me.For u. For everybody.
[Everybody dance!]
Poland. So close.So different.
[W samo sedno.]
Poland. Have some fun!
Poland.Think no longer!
[...bo jeszcze się rozmyślisz.]
POLAND is only ONE!
[Dziękuję za informację...]
Come back with me soon
[???]
I’m so Sexy…! Poland
[???]
Poland- Lover for ever!
[Zawsze możecie nas wydymać! Zapraszamy!]
Here and there–always together!
[Mały błąd logiczny?]
POLAND…and nothing more..
[Naprawdę nic więcej?]
Poland, Paradise on Earth… You’ll never forget it
[Wszyscy wiemy, jak skończył Raj.]
Mysterious girls & mysterious place, just Poland
[Reklama tirówek...]
Welcome in Poland, right here right now
What Will heaven be like? Like a Poland?
[What would hell look like?]
Open your eyes, Poland can be nice
Poland – don’t hesitate.
You’ll come for more – Poland.
“Don’t ask. Try Poland”
“Poland – the place next door”
[W końcu mieszkamy już na Twoim osiedlu...]
“Poland. We know what’s good ;)”
“Do it your way! – Poland”
[Przeleć nas na swój sposób - Polska]
it’s made 4U
[Tak - nasz produkt jest indywidualnie przystosowywany do potrzeb turystów!]
Poland is Yours
[...tylko jeśli jesteś Polakiem.]
New Place to stay
[Spróbuj! My nie daliśmy rady...]
Poland. Big Country
[Ach... Ten powiew geniuszu...]
Poland. Think natural
Poland. Think natural!
Poland. Positive vibrations.
[Ahahaha! Błagam...]
Destination Poland
The world has changed, come to Poland and see for yourself
We dont Polish off!
[?]
The Pole Stars
[?]
We are (not) up the Poles!
Girls, you need hard Poles!
[Już to widzę na plakacie...]
The Poles are not cold! –
Europe and Poland are not Poles apart!
You’ll come for more – Poland.
See you…in Poland!
POLAND- GOOD PLACE
Poland – works hard, plays hard
Let’s make fun…in Poland!
Poland-the way you want…
Poland-be happy:)!
[...że Cię tam nie ma! My już uciekliśmy...]
Poland-go this way!
Visit Poland-you will like it!
With heart to Poland<3
Poland as good as you wish!
Poland as good as You!
Like no other-Poland.
Stop searching-Poland is your answer!
The answer is…Poland.
Poland-here you find what you are searching
Try the best,try Poland.
Holiday?In Poland of course!
How do you think is in Poland?
[Angielski trudna...]
Poland-taste like no other.
Poland-we are visiting your country-so visit our too.
[Albo przyjdziemy z karabinami...]
Breake the monotonous-go to Poland.
The World is big and Poland HOT.
Change rules-go to Poland.
You like fun?Poland is perfect for you!
John said that he loves Poland.Check this out!
Poland-for somebody as you!
Poland-something good for everybody!
Poland-special country special for you!
[Bo w końcu wszyscy jesteśmy specjalni...]
Feel like at home-feel Polish hospitality.
[Spijemy cię, okradniemy, a potem zrobimy z ciebie pośmiewisko!]
Poland-as good as you can imagine!
Why Poland?Why not?:)
Poland-pleasure you want to try!
Find a pleasure in Poland!
Make your life exciting – visit Poland!
Come and meet her – beautiful Poland!
The land of Poles – true adventure!
[True... true...]
Poland – new event in your life!
Poland is adventure!
Polish adventure – go for it!
Poland – we are moving faster
[...than Belarus]
Poland. Just go!
Discover Poland.
Poland. Your Own Discovery.
Poland. Voyage of Discovery.
Poland. Polished Country.
Poland. Country With a High Polish.
Polish Up Your Polish.
Polish Your Mind!
“Return to magic Polands”
Poland – Inspiring atmosphere
Poland – Solidarity is our power
Poland – Culture without barriers
[Brak barier kulturowych? W POLSCE?!]
Poland – Country full attraction
Polish (up) your IQ
MAGNETIC POLeAND
[?]
POLeAND STAR
[?]
Poland. Breast of Europe. Lung?
[Pierś i płucko nie pasują? A może zaoferować Panu wątrobę?]
Love @ first sight. POLAND.
Luv @ first sight.POLAND
“To visit, or not to visit: that is the question” – Poland
Solidarity. Everything started in Poland. (w logo może być flaga EU zamiast Polski)
[I niby co jeszcze...?]
Test of POLAND
POLAND – beautiful people , beautiful country…
Newland? Only Poland!
POLAND. Make The Country Yours
[Inni już próbowali... Spróbuj i ty!]

Udało się dotrwać do końca listy?

Piękne hasła prawda? Wśród tych kilkunastu przeciętnych, niechwytliwych, ale akceptowalnych, całkiem sporo tych absurdalnych, groteskowych (szczególnie biorąc pod uwagę, że napisanych przez tych, którzy z Polski uciekli w poszukiwaniu lepszego właśnie życia…). Są też takie uwłaczające rozumowi i naszej godności, czy sprowadzające cały nasz dorobek kulturowy do chlania wódki i łatwego seksu… Nie wspominając o tych, które zachęcają do ponownego podboju naszej macierzy… ;]

Znajdą się mocno naciągane, lub wręcz przekłamane, przestarzałe i nieadekwatne do obecnej Polski, zupełnie niezrozumiałe…

Może to jednak nie najlepszy pomysł, aby organizować takie konkursy wśród emigrantów. Grupa chyba, jak się okazuje, odrobinę niereprezentatywna…

Pomyśleć, że niektórzy naprawdę czuliby się dumni, gdyby takie hasła pojawiły się na billboardach. Chyba po raz pierwszy wziąłbym udział w czynie społecznym, przygotowując butelki z benzyną…

Hmm… A może jest inne rozwiązanie – zebrać te wszystkie hasła w jedną grafikę plakatową. Zestawić je razem, bez wyróżnień. Co wy na to? To dopiero byłby realny obraz współczesnej Polski, szczególnie dla tych, którzy potrafią czytać pomiędzy wersami…

Promocja poprzez kontrowersję, to niezwykle silna platforma…

Nie ważne co mówią, byleby mówili.

 

WEB 2.0 – Dekalog

niedziela, 17. luty 2008.

Sieć jest znakomitym miejscem obserwacji zachowań i nastrojów społecznych. Każdy kolejny twór internetowy wyzwala w użytkownikach całą gamę nowych emocji, o które trudno by było ich podejrzewać wcześniej. A im więcej swobody w sieci, tym więcej owej kreatywności do obserwacji.

Niestety, nie zawsze pozytywnych…

Dzisiaj na widelec pójdzie WEB 2.0 – tzw. user generated content – treść generowana przez użytkowników.

O ile niezaprzeczalnie WEB 2.0 nadała naszemu ulubionemu medium nową jakość, i dobrze wykorzystywana, posunęła sieć w ciekawym kierunku, o tyle wyzwoliła cały szereg negatywnych zjawisk. Socjologiem nie jestem (ale zajęcia z socjologi swojego czasu miałem!), co nie broni mi jednak lekko sobie zakpić z zachowań typowych dla użytkowników WEB 2.0.

DEKALOG WEB 2.0

Jam jest nowy standard, który cię wywiódł z przepastnej czeluści niebytu, z domu poglądów niewoli…

1. Pierwszy!!!!!!!!!!!!!!!!

2. Nie będziesz ujawniał imienia swego.

3. Będziesz nadużywał mocy WEB 2.0 do czczych rzeczy.*

4. Pamiętaj, byś żadnej świętości nie oszczędził.

5. Wspieraj przyjaciela swego, jak siebie samego (choćby nie miał racji!).

6. Jeżeli nie masz nic do powiedzenia – powiedz to!

7. Nie będziesz uznawał poglądów innych, niż Twoje własne!

8. Będziesz kopiował i kradł cudze myśli i pomysły, udając oryginalność.

9. Obrażaj bliźniego swego, jak on Ciebie samego. Krytykuj wszystko i wszystkich.

10. Jesteś specjalistą od wszystkiego.

Pominąłem coś?

Może dodam jeszcze “Klikaj zanim pomyślisz i miej pretensje do innych” :)

* Pozdrowienia dla użytkowników Wykopu :)

Szybki samochód i wolne życie.

niedziela, 17. luty 2008.
Przymierzałem się do tego, aby skreślić parę słów dotyczących secesji serbskiego Kosowa. O tym jak banda albańskich mafiozów i terrorystów, zacznie realizować sen o potędze i utworzeniu Wielkiej Albanii (nikt chyba nie łudzi się, że Albańczycy z Kosowa, po uzyskaniu “niepodległości”, nie połączą się w końcu z Albanią, z którą będą graniczyć).
Miałem napisać parę brzydkich słów na temat USA, Niemiec i kilku państw UE, które taką secesję wspierają, odrywając od Serbii ziemię dla nich tak rdzenną, jak dla Polaków Kraków, czy Gniezno.
Miałem wspomnieć o medialnej dezinformacji, która z Serbów zrobiła zbrodniarzy (chociaż oczyszczono ich sądownie z zarzutów ludobójstwa), a z Albańczyków kosowskich – męczenników i bohaterów. Ale po co zawracać sobie tym głowę, prawda? Przecież te nieliczne głosy rozsądku, w dobie debilizmu światopoglądowego, nic nie zmienią. Serbia tak, czy siak, będzie musiała zapłacić straszną cenę, historii lub krwi, bo już zapowiada się wkroczenie nowych wojsk na teren Kosowa, by strzec jego “niepodległości”.
Zwykłe skurwysyństwo, za które przyjdzie mi się wstydzić, jako obywatelowi kraju członkowskiego UE, która wysyła tam siły “pokojowe”. Ale o tym wszystkim nie napiszę, o nie…

Napiszę o czymś o wiele bardziej przyjemnym, a i zarazem przyziemnym. O bogaczach i ich snobizmie.

Otóż podczas moich licznych służbowych wojaży po Irlandii – “Celtyckim Tygrysie”, najprężniejszym ekonomicznie kraju Europy, najszybciej bogacącym się społeczeństwie, mam niejedną okazję zetknąć się z różnymi formami nowobogacenia się i czystego snobizmu związanego z posiadaniem pieniędzy…
Często pochodzących z kredytu, ale póki spłacanych regularnie, to ciągle dających wrażenie zamożności.

Tak czy siak, dużych pieniędzy!

Podczas moich wyjazdów do centrum Dublina, zawszę borykam się z dylematem tego, gdzie zostawić auto. Poruszać się autem po centrum nie sposób, bo kto widział systemy dróg owej stolicy i miał okazję spróbować dostać się gdzieś labiryntem jednokierunkowych traktów, ten wie, że mija się to z celem. Szczególnie, że są one zapchane jak miejskie szalety, a skrzyżowanie i światła to reguła (widzieliście kiedyś Irlandczyka, który próbowałby pokonać skrzyżowanie bez sygnalizacji? – to byłoby ponad jego siły!). Do tego piesi wpychają się pod koła jak testowe manekiny zderzeniowe. Powinni naklejać sobie obowiązkowo oznaczenia stref zgniotu na nogach, plecach i czaszkach.

Otóż parkując w centrum, auto zostawiam przeważnie na parkingu hotelu Mercer, przy Stephen’s Green Shopping Center. Zakrawa to trochę na kpinę z mojej strony… Dlaczego?
Otóż parking hotelu Mercer, nie różni się specjalnie ceną (€2,80/h) od innych w centrum, różni się natomiast ekskluzywnością (€440 za nocleg w hotelu, bez śniadania!). Niewielu zna tą tajemnicę rozbieżności cen parkingu i noclegu, przez co nie dość, że łatwiej tam zaparkować, to jeszcze parkuje się w znacznie bardziej doborowym towarzystwie. Średnia wartość aut pozostawionych w owym betonowym garażu musi oscylować w granicach €100,000 na auto. A ja zawsze, z szerokim uśmiechem na ustach, wjeżdżam tam swoim poobijanym 19-letnim VW Golfem MK2, na polskich tablicach, co w dodatku w moim przypadku jest tu przestępstwem podatkowym. Oczywiście staram się zaparkować pomiędzy autami najdroższymi z najdroższych. Lubię oglądać te zdegustowane miny właścicieli, którzy na widok mojego wiernego towarzysza podróży zaczynają nerwowo polerować rękawami swoje supersamochody.
Dzisiaj ta sztuka nie udała się do końca, bo postawiłem swój wehikuł przy nędznym BMW 5, ale tuż obok stały Porsche Cayman i Ferrari F430, przez co uznałem to za godny kompromis parkingowy.

Bogactwo ma to do siebie, że często łączy się ze skrajnym pozerstwem. Czarne Ferrari powinno kojarzyć nam się raczej z wystylizowanym playboyem w okolicach trzydziestki, w Porsche lubię oglądać piękne blondwłose utrzymanki bogaczy, a w luksusowych autach terenowych umięśnionych wielkoludów. Wszyscy oni powinni katować owe auta bez litości, nie zważając na ograniczenia prędkości, warunki terenowe, czy widmo własnej, jakże widowiskowej, śmierci.

Niestety, życie pisze własne scenariusze, o wiele mniej przebojowe, przez co w autach sportowych lądują przeważnie 50-letni korporacyjni nudziarze z brzuszkami i zwierzęcymi mordami, a wielkie auta terenowe prowadzą zabiegane mamusie, które uważają, że w ten sposób bezpieczniej rozwiozą dzieci do szkoły. Wszystkich ich łączy jedno – żadne z nich prowadzić nie potrafi (zawsze, ale to zawsze się wleką – wiadomo, im wolniej jadą, tym więcej osób ich zobaczy, przez co będą mogli pofantazjować sobie o swojej wielkości, w drodze swojej pracy w banku, czy firmy handlującej śrubkami), oraz nigdy nie potrafią zaparkować. Nigdy!

O ile w przypadku mamuś parkujących 5-metrowe giganty drogowe na 3 miejscach jest to zrozumiałe, w końcu nikt nie będzie wymagał od nich, że będą potrafiły prowadzić auta, które same sobie wybrały do jazdy, o tyle w przypadku bankowych dorobkiewiczy zakrawa to na komedię. Póki co opiszę, ale kiedyś może pofatyguję się o sfilmowanie dla tych, którzy jeszcze nie widzieli… Otóż nic nie potrafi tak rozbawić, jak widok twardziela, parkującego swoje Porsche tyłem w zatoczce. Najpierw parkowanie na tzw. 16-razy, zanim w końcu trafi tym maleństwem pomiędzy linie, potem sześć poprawek, aby na końcu zostawić je tylnym zderzakiem w ścianie. A potem rytualne wyjście z auta, żeby obejrzeć szkody, mina smutnego dziecka, i kolejne 6 poprawek.

Porsche 911 Carrera – €200,000. Okulary przeciwsłoneczne Gucci – €400. Widok rozbawionego do łez młodego Polaka – bezcenny!

Co tam, możecie powiedzieć, że wyłażą ze mnie kompleksy – że sam chciałbym mieć, ale mnie nie stać, więc narzekam! Hah! Owszem, chciałbym mieć, ale nie za cenę, jaką płacą za owe superauta ci, którzy je nabywają. Całe dnie w biurach, zero kontaktu z realnym światem, piętnaście kredytów i milion zmartwień. Kiedy je w końcu nabędą, okazuje się, że nie potrafią ich okiełznać, bo do tej pory jedyne trasy, które robili, to te z domu do biura i po zakupy. A autami się zbytnio nie interesowali, bo nie było kiedy. W końcu księgowość – to jest dopiero pasja!

Nie wspomnę nawet słowem o ich znajomości przepisów drogowych, czy kulturze jazdy. Wiadomo – buc to buc.

Życie w Irlandii wydaje mi się czasem przyśpieszonym kursem niechęci do pieniędzy. Co jak co, ale my, Polacy, pieniądze kochamy, bo nigdy ich nie mieliśmy. Od małego nasyca się nas doktryną “zarabiaj – miej – pokaż innym”. Im dłużej tu jestem, tym mniej imponują mi te wszystkie gadżety i bardziej zauważam, jak to wszystko jest w życiu niepotrzebne. Plastikowe auta z dużymi silnikami, ubrania z rozpoznawalnym logo, 100-calowe plazmy w sypialniach (O tak! Cena €7,000 – popyt przewyższający podaż! Chcesz? Ustaw się w kolejce!). Tylko kiedy potem spojrzy się na takich ludzi, trudno się nad nimi nie litować. I nie chodzi mi o to, że są nieszczęśliwi – oni nawet mogą być szczęśliwi w swojej głupocie. Ale potrafią być tacy biedni i śmieszni, udając ludzi, którymi chcieliby być.

Myślą, że szybkie auto sprawi, że wreszcie będą postrzegani jako mężczyźni. Postawcie ich obok umorusanego 20-latka, który dłubie przed blokiem całe weekendy przy swoim Civicu, popijając z kolegami puszkowane napoje chłodzące, dobrze się bawiąc i przeprowadzając tysiące męskich rozmów.

Myślą, że markowe ubrania po kilkaset euro sztuka, sprawią, że wreszcie będą uważani za stylowych i atrakcyjnych. Niech staną sobie obok chłopaka, który co prawda na ubrania nie wydaje miesięcznie więcej, niż jego dniówka, ale nie musi, bo potrafi przyciągać spojrzenia innych swoim charakterem i niepowtarzalnym stylem bycia.

Myślą, że warty miliony penthouse na dachu jakiegoś bloku w zamożnej dzielnicy, albo super-luxury apartment kilka pięter niżej (2 pokoje – €600,000) sprawi, że będą popularni wśród znajomych, a kobiety będą chciały zostawać na noc… Hah! Nawet nie będę tego komentował, takie to absurdalne.

Wspinać się po szczeblach jakiejś korporacji przez kilkadziesiąt lat, poświęcać jej młodość, zdrowie, wolny czas, upadlać się z roku na rok… A może założyć własną firmę, zasuwać dniami i nocami, nie mieć czasu na nic, wyrywać sobie włosy z głowy w trudnych chwilach i zamartwiać się na zapas…

Ale na końcu tej drogi czeka na nas przecież lśniące Ferrari, w którym będziemy mogli wozić swoją samotną dupę…

Prawdę mówiąc, mój Golf’89 wydaje mi się coraz bardziej atrakcyjny…

Poli-media

wtorek, 12. luty 2008.

Media i polityka stały się we współczesnej Polsce dziwnym pasożytniczym symbiontem – nienawidzą się nawzajem, a jednak zdają się stanowić dla siebie wzajemną pożywkę. Wzajemnie przenikające się strefy wpływu sprawiają, że popularne dziś dla mediów określenie IV-władzy (po ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, dla mniej rozgarniętych) nabiera dosłownego, politycznego znaczenia.

Naturalną karmą dla mediów są negatywne informacje i sensacja (bad news is a good news – zła wiadomość to dobra wiadomość, jak to mówią) , natomiast naturą istnienia polityka w przestrzeni społecznej, jest jego aktywność medialna (czy ktoś łudzi się jeszcze, że popularność danego posła czy ministra zależy od jego nakładów pracy zmierzających do poprawy stanu państwa?). Tak toksyczny związek ma bardzo negatywny wpływ nie tylko na rozwój, w tym przypadku, Polski, ale również na nastroje społeczne, czego niejednokrotnie doświadczamy. Jednakże jest to tylko tajemnicą poliszynela, żadna to nowość dla świadomej społecznie jednostki.

Problem polega na tym, że trujące opary takiej działalność polityczno-medialnej, odczuwane przez nas bez ustanku, zamiast rozpływać się w atmosferze, zaczynają w wyniku ich wzrastającej gęstości tworzyć nowe, równie szkodliwe (a może nawet i bardziej) związki. Wiele z nich uznaliśmy już za normalność, będącą niekwestionowanym gruntem dla innych ocen i osądów wpływających na opinię Polaków.

Ale żeby nie teoretyzować za bardzo, bo moje myśli krążą ostatnio niebezpiecznie w okolicach filozofii, parę przykładów.

Otóż przyjęliśmy już za absolutną normę (podstawowe wyziewy poli-medialne), że parlamentarzyści nie są naszymi reprezentantami (mimo pośredniego wpływu na ich wybór) i nie działają na naszą korzyść, dbając jedynie o własne interesy. Tutaj nie bez znaczenia jest fakt, że media koncentrują się tylko na błędach, potknięciach, przestępstwach, lekko traktując (lub nie traktując o nich wcale) tematy pozytywne, sukcesy, drobne osiągnięcia, wszystko to, co drobnymi kroczkami zmienia Polskę na lepsze. W najlepszym wypadku, wszelkie sukcesy odnoszone są do porażek, co w powszechnym rumorze pozwala zabłysnąć byle dziennikarzowi elokwencją i dowcipem (stąd te wszystkie uszczypliwe komentarze, na koniec materiałów w mediach elektronicznych).

Normą jest też to, że w polityce przestała liczyć się efektywność działania, zdecydowanie ustępująca pola efektowności działania. Im głośniej, im bardziej kolorowo, im więcej migających fleszy towarzyszących politykom o zdrowej opaleniźnie (niekoniecznie Samoobrony), tym lepiej. Przecież nie możemy pozwolić, aby widz, słuchacz, czy czytelnik się nudził. Przecież żmudne analizy projektów z ław sejmowych są takie nudne. Za to zdjęcia “wielkich skandali” lub “wielkich porażek” (to akurat bez znaczenia, byle były “wielkie”) sprzedadzą się o wiele lepiej.

Symbioza zacieśnia się – media bez polityków w Polsce żyć nie mogą (bo “polityk” w mediach jest dzisiaj bezsprzecznie synonimem, czy desygnatem “polityki” – nie, jak to powinno być w kraju bardziej doświadczonym medialnie i demokratycznie, gdzie desygnatem “polityki” są namacalne osiągnięcia). Trudno dzisiaj znaleźć duży portal informacyjny, w którym większość zakładki poświęconej krajowi nie zajmowałyby informacje polityczne. Jakby innych wydarzeń w Polsce nie było… Trudno obejrzeć lub wysłuchać serwisu informacyjnego, w którym informacje ze świata nie byłyby informacjami złożonymi w większości ze świata polityki. Wydawcy robią swoje i tak symbiont karmi się nawzajem…

Natomiast wspomniane toksyczne wyziewy świata polityczno-medialnego, do których już przywykliśmy, zaczynają generować inne, do których na zasadzie kontynuacji przywykamy równie łatwo. Przykładowo, w Polsce bycie parlamentarzystą jest grzechem, wadą, przywarą, a nie jak to powinno być – powodem do dumy, wielkim honorem i namaszczeniem społecznym. U nas reprezentant polityczny kraju nie zasługuje na szacunek. W krajach bardziej doświadczonych i zaawansowanych, stosunek podobnych poglądów per capita jest o wiele mniejszy. Zdarza się nawet (o dziwo!) usłyszeć słowa pochwały, czy aprobaty dla działań polityków, nawet w kontrowersyjnych, czy niepopularnych kwestiach. Ale tam ludziom media pozwalają myśleć samodzielnie, a i politycy nie narzucają nachalnie swoich opinii. W odniesieniu do niedawnych sytuacji, naprawdę, niewiele jest krajów na świecie, które aprobowałyby społecznie wyciąganie na jaw tajemnic służb specjalnych (nawet tych gorszących), uważając takie działania, za sabotaż pracy wewnętrznej państwa. Ale tam słowo “państwo” potrafi wywoływać pozytywne konotacje, co u nas jest nie do pomyślenia!

Powszechnym staje się u nas również wypieranie się Polskości (w imię czego? chwilowego przyklasku co głupszych?), które jest niczym innym, jak tylko reakcją na przesycanie nas negatywnymi informacjami przez niepotrafiące zbliżyć się do obiektywizmu, a muszące wyżyć w komercyjnym świecie media. To niestety jest nasza wina, bo serwuje się nam to, czego sobie życzymy. A że nie znamy pozytywnych wzorców informacyjnych, staramy się nie eksperymentować z “nieznanym”. Zresztą, dzisiaj popularnym jest bycie “anty”, ale to inny temat.

Od tego wyziewu tworzy się inny toksyczny, chemiczny związek poli-medialny – wsparcie dla wszelkich działań ośmieszających Polskę. Gdziekolwiek w zachodnich mediach pojawi się wzmianka ukazująca nas w negatywnym świetle – niekoniecznie prawdziwie, bo tylko co do takich mam obiekcje, a niestety jest ich wiele – lub wręcz szydząca z nas, zaraz pojawia się tłum polskich klakierów półgłówków, którzy mając zakorzenioną w sobie głęboką potrzebę akceptacji, są gotowi pluć na własną flagę, byleby być “cool” w oczach zachodniej braci. Nie posuwajmy się w skrajności – można być krytycznym w wielu kwestiach dotyczących nas samych, jednakże bądźmy choć na tyle rozsądni, ze jeżeli nie znamy sprawy, to nie wypowiadajmy się. Czasami łatwo jest kiwnąć głową, tylko zwróćmy uwagę, czy nie kiwamy własnemu katu.

Wiele podobnych wytworów poli-medialnych obserwujecie każdego dnia sami, i pewnie niejeden już zagrał wam na nerwach i zdrowym rozsądku. Takich tworów są tysiące, jednakże nie da się ich zauważyć, jeżeli podchodzi się z ufnością do wszystkiego co do nas dociera, lub nie spojrzy na te sprawy z dalekiej perspektywy, pozwalającej uciec od dogmatycznej wszechobecnej opinii publicznej (tu akurat pozytywną rolę może odegrać chwilowa emigracja). Ile jest takich paradoksów, które drażnią was na co dzień, ale uznajecie je za normalne i tak twardo osadzone w świadomości publicznej, że nawet nie próbujecie z nimi walczyć w najbliższym otoczeniu?

Widzę ich całe mnóstwo. Nie potrafię zetknąć się z żadnym serwisem informacyjnym, czy publicystyką, skierowanymi do szerokiej publiczności, by nie natknąć się na tendencyjne zachowania. Tendencje tak boleśnie, że aż prowokujące do myślenia. Często chowają się pod postacią skrzętnie przemyconych pod osłoną inteligencji sarkazmów. Często pojawiają się w rzekomo obiektywnych, bezstronnych komentarzach. Często wynikają z prostych dziennikarskich zabiegów zestawiania ze sobą wybranych faktów. “Często” to słowo decydujące o ich sile.

Często, mnogo, poli…