Archiwum dla 'Monozofie'Kategoria

Niegrzeczne dziewczynki idą do…

wtorek, 24. luty 2009.

Z cyklu “Życie na Wyspach”, przedstawiam odcinek pod tytułem: “Beatka”.

Fetyszyści tatuaży i piercingów.

Beata, polska studentka, która do Dublina przyjechała jako au-pairka, ma na swym brzuchu wytatuowanego wielkiego czarnego penisa, nad którym widnieje napis: “Black cock – my hard rock!”. Z czarnoskórymi Beatka ma dobre stosunki, od kiedy dwa lata temu na wakacje pojechała na Kubę.

Beata mieszka z Benem i Eddiem w apartamentowcu na Clondalikin.

– Mam też  język przebity piercingiem – opowiada dziewczyna. – Ten drobny gadżet bardzo stymuluje członka podczas miłości francuskiej.

Beatka ma swój styl, to trzeba jej przyznać.

;]

Grupa trzymająca układ odniesienia

wtorek, 23. grudzień 2008.

Nazbierało się…

Z bezczynności wynika czynność, z czynności bezczynność.

Ostatnie parę miesięcy zleciało szybko, nasycając mnie nowymi doświadczeniami, ale emocje pozostały te same… Radości i smutki. Tylko amplituda z czasem maleje, człowiek w niewłaściwym środowisku drętwieje, usycha. Coraz słabiej czuję smutek, coraz słabiej radość. Tylko frustracje dają tego samego kopa co zwykle ;]

A trochę się ich nazbierało – wykres sinusoidy przepięknie oscylował z prędkością inspirującą nawet dla współczesnych inżynierów superszybkich procesorów. Przy takich wahaniach jak zwykle wypadłem gdzieś bezwiednie, gubiąc samego siebie. Po raz kolejny. Zaczynam doceniać pracę filozoficzną minionych pokoleń. Że też im wszytskim chciało się przewalać przez własne umysły wciąż te same problemy… Może kiedyś w końcu uda się znaleźć jakieś odpowiedzi – zbiorowa praca pokoleń musi w końcu zaowocować.

Wciąż nie wiem kim jestem, znowu zacząłem kwestionować własny charakter, własne siły i słabości, analizować sukcesy pod kątem złej interpretacji, w dotychczasowych błędach doszukując się jakiejś logiki.

I zgłupiałem jeszcze bardziej.

Przydałby się jakiś układ odniesienia. Ale gdzie go szukać, skoro nie wiem pod jaką postacią może się kryć. Nawet określenie jego materialności/niematerialności pozostaje pytaniem.

I znowu proste fizyczne czynności przynoszą mi spokój. W nich drzemie taka logika i moc przewidywalności… Czy to bzdety, zagadki dla chłopczyka z niecierpliwymi rączkami, które popsują czasem więcej, niż naprawią, angażujące w szukanie rozwiązań wreszcie możliwych do znalezienia. Czy to czysty wysiłek mięśni, przynoszący kojące wyczerpanie. Tak w końcu różne od zastanawiania się, mędrkowania, kombinowania, analizowania możliwości porażki, błędu, przygotowywania się do sukcesu, budowania pewności siebie, oceniania relacji międzyludzkich, czytania w myślach innych, słuchania, uczenia się, planowania. Tego całego mózgo-syfu.

I zawsze musi być, kurwa, jakieś “ale”.

Do wszystkiego. Kurwa, wszystko jest względne, wszystko ma dwie strony, wszystko jakoś szkodzi i jakoś pomaga. Tych wszystkich mistrzów zen, tych wszystkich “zobaczymy-co-będzie” powinno się postawić pod pieprzoną ścianą z ładnymi różowymi przepaskami na oczach. Ja potrzebuję trochę czerni i bieli, trochę solidnego gruntu, na którym mógłbym się zawsze oprzeć, nie ważne co by się działo.

A wszystko to tak naprawdę wynika z tego, że zmęczyłem się już tym pobytem w kraju mlekiem i miodem płynącym. Na mleku i miodzie nie wychowa się zdrowego człowieka, czasem potrzeba trochę czerstwego chleba i “odświeżanego” mięsa. I ta cała płytkość i plastikowość ludzi, którzy zawsze są mili, zawsze uśmiechnięci, od poniedziałku do piątku głusi na innych ludzi, z powodów ambicjonalno-materialnych, w weekendy ogłuszonych i otępionych alkoholem i klubową muzyką. A czasem trzeba porozmawiać z żywym człowiekiem w cztery oczy, żeby móc sobie coś ustalić, w czym się utwierdzić. A kiedy nie ma z kim rozmawiać, człowiek, paradoksalnie, traci pewność samego siebie.

Człowiek, nie ważne jak wartościowy, bez swoich przyjaciół nie jest tym, za kogo się uważa, bo to oni budują jego pozycję wobec innych i wobec samego siebie. Bez nich jest tylko arogantem cierpiącym na brak zaufania innych. Bo nieznajomych ocenia się szybko i powierzchownie, a pierwsza ocena, pierwsze wrażenie, zgodnie z maksymami psychologii społecznej, pokutuje długo.

Układ odniesienia zaczyna się klarować…

Kiedy się człowiekowi nudzi…

sobota, 18. październik 2008.

A jednak wydawanie pieniędzy może prowadzić do rozwoju, a kto wie, może i nawet do zaspokojenia duchowego? ;]

Polecam Lidla – szybko, tanio… Myślicielsko…

Kończył mi się ser, pomidorów już nie było [a jak wiadomo, pomidory to najprostsza forma sałatki wzbogacającej suche obiadowe ziemniaki], z wędlinami też słabo stałem, więc wracając z pracy postanowiłem odwiedzić mój ulubiony sąsiedzki sklep.

Kupiłem co musiałem, po czym udałem się na deserowe przeglądanie koszy z różnościami [kto w Lidlach bywa, ten wie jakie skarby można tam znaleźć za bezcen!]. A w tych koszach prawie jak na straganach sędziwych Chińczyków z Chinatown, u których obok zabawek zakładanych na palce, można nabyć np. Gremliny.
Poszperałem trochę, poszperałem, i… Za jedyne €2,99 udało mi się wszystko co potrzebne w życiu…
I to w dodatku ładnie pachnące!


Komplet świeczek-podgrzewaczy, ale niezwyczajny.
Siedem, co samo w sobie brzmi już dość mistycznie, świeczuszek, a każda z nich z podpisem.

Ta niebieska, “Przyjaźń”, miała zapach słodkiego groszku. Ta pomarańczowa, “Miłość”, pachniała dziką różą. “Pieniądze” miały kolor czerwony i zapach miodu (genialna celność  skojarzeń zapachowych). Dalej był “Sukces” – brązowy i pachnący drzewem cedrowym. Żółta była “Szczęśliwość” o zapachu jaśminu. “Fart” miał kolor purpurowy i pachniał wrzosem. Na końcu było zieloniutkie “Zdrowie” o herbacianym zapachu.

I ot cała recepta na życie – zdrowie, fart, szczęście, sukces, pieniądze, miłość i przyjaźń.

Każde pachnie inaczej, przyjemnie, ale wszystkie razem pachną jeszcze ładniej. A dowiedziałem się o tym, kiedy postanowiłem je rozpalić…

Ale, ale… Nie tak szybko, przecież czeka nas mały dylemat… W jakiej kolejności je odpalić?
Musi istnieć jakaś hierarchia wartości…

Zaczynając od końca prawdę mówiąc nie miałbym wielkiego dylematu. Ostatnią odpaliłbym świeczkę finansową. Przed nią świeczkę sukcesu. Sukces poprzedziłby fart. Dalej prymat nad przyjaźnią, po krótkim dylemacie moralnym, wzięłaby miłość [a jednak!]. Ale co odpaliłbym pierwsze?

I tu zaczął się mały dylemat.
Zastanawiałem się nad zdrowiem i szczęściem… Jedno z nich musi wziąć górę nad drugim – nie mogę odpalić obu naraz. W dobie olimpijskich fotofiniszów i tryumfu techniki nad duszą, gdybym włożył sobie w obie ręce po zapałce i spróbował zapalić obie naraz, jakiś Anioł Stróż z pewnością przesłałby mi zdjęcie [niczym fotoradar], na którym promień jednej rozbłyska przed drugą…

Więc sprawę trzeba rozwiązać inaczej – spryt tu nie pomoże. Potrzebna jest logika!

W końcu żadna z tych świeczuszek nie wyklucza siebie nawzajem, ale jedne mogą istnieć bez drugich.

Zdrowie, czy szczęście? Niby szczęście daje nam wszystko [teoretycznie łącznie ze zdrowiem], ale…
Słyszałem o ludziach, którzy umierali szczęśliwi…

I w sumie trochę leci mi z nosa…

Hmm… Zdrowie! Zdecydowanie zdrowie! ;]

P.S. Witam z powrotem po przerwie!

Z głowy i z serca

czwartek, 8. maj 2008.

Kim jesteś? Czego pragniesz?

Tak odpowiadano 30 lat temu.

[Gadające Głowy - Krzysztof Kieślowski]

Co odpowiadaliby zapytani w 2008 roku? Jak by odpowiadali?

Ile masz lat? Kim jesteś? Czego pragniesz?

Syn człowieczy

sobota, 12. kwiecień 2008.

Świadomość ludzkiej natury nie istnieje… Stąpamy po ziemi od tysięcy lat, a nikt nie wie w którym kierunku i jaki ślad po sobie zostawiamy.

Czy jest ktoś, kto potrafiłby raz na zawsze zdefiniować ludzką naturę? Zło? Dobro?

A może nie mamy żadnej natury – może jesteśmy bandą głupców, którzy starają się tylko stworzyć jakiś image, ułatwiający borykanie się z wewnętrzną pustką.

Podobno najbliżej do odpowiedzi tym, którzy obserwują małe dzieci, lub starców. Tych, którzy ze światem świadomi jeszcze się nie zetknęli, i tych, których styczność z nim przesyca.

Ale bycie blisko rozwiązania, nie oznacza jego poznanie.

Małe dzieci podobno są uosobieniem niewinności. Prawda czy fałsz? Potrafią być słodkie, kochane, ale potrafią też śmiać się, ciągnąc inne, słabsze, za włosy, widząc, że sprawia im to ból. Dopiero życie uczy ich, co złe, a co dobre… Lecz zanim to nastąpi, naturalną przyjemność sprawia im lawirowanie po obu stronach.

Co w takim razie ze starcami? Czy oni, przesiąknięci doświadczeniem życia, poznali własną naturę? Są starcy, którzy na codzień zgorzkniali, złamani, potrafią w przypływie emocji (złudnej nadziei?) zakpić z siebie tak, że obserwator traci orientację i możliwość definitywnej oceny. Inni z kolei, ci pogodni, pełni życia, tryskający energią i wiarą, chociaż są już u schyłku swojej drogi, są niekonsekwentni. Ich radość potrafi w mgnieniu oka stracić swój blask, w sposób, który niszczy możliwość rozpalenia go na nowo, a co za tym idzie, wiarę w jego prawdziwość.

Po której stanąć stronie? Która wydaje się bardziej żałosna? A która bardziej nieprzemijalna i prawdziwa?

A może stanąć z boku, kusząc i zarazem pokusy odpierając? Kpiąc? Prowadzić własną grę, której żadna ocena nie jest w stanie dosięgnąć?

Mówi się, że ludzką naturą jest zmienność…

A może nieskrępowany wybór?

Magritte - The Son of Man

Daj się ponieść!

czwartek, 10. kwiecień 2008.

Bóg musiał mieć dobry dzień w pracy tworząc ludzi. Nic nie dostarcza tyle rozrywki, ile inteligentna istota obdarzona jednocześnie zdolnością odczuwania. Piękny paradoks. Emocje – naturalne przeciwieństwo logiki. Wszystko co można poczuć, a niekoniecznie zrozumieć… Niczym nie wyjaśni się, dlaczego czujemy to, co czujemy i jaki to ma sens. Chyba, że poczuciem humoru tego na górze…

I to jest takie cholernie irytujące!

Właśnie w tym cała zabawa i kpina, że nie potrafimy się od emocji odciąć. Ale to dobrze – czysta logika, rozsądek, mądrość – wszystko to nieokraszone odrobiną szaleństwa, staje się monotonne.

Jak to się dzieje, że wiedząc, rozumiejąc, przerabiając coś tysiące razy, tysiące razy wyciągając z tego wnioski, tysiące razy obiecując sobie, że następnym razem nie damy się złapać w tą samą pułapkę zdarzeń i naszych reakcji, pułapkę błędu, robimy to!

Jak psychicznie chorzy!

Dajcie nam iskierkę zapalna jakiejś emocji i to wystarczy, abyśmy stracili rozum, odrzucili na bok wszelką logikę (innymi słowy – mieli ją głęboko w dupie!) i dali się ponieść tej chwili. I nieważne jaka emocja jej towarzyszy – złość, radość, miłość, nienawiść – płyniemy z prądem, często świadomi tego w pełni. Chyba jedyna emocja, której nigdy nie dajemy się ponieść, chociaż zawsze bardzo chcemy, to… spokój.

;]

I to jest takie cholernie piękne!

Siedzisz w aucie. Kierowca przed tobą w wielkim sportowym aucie z 5 litrowym silnikiem i lśniącym lakierem, takim, które wręcz błaga, by dopieścić je pedałem gazu, jedzie 50 km/h w strefie do 80 km/h. W dodatku po pasie szybkiego ruchu, którym wszyscy jeżdżą setką! I choćbyś nie wiem jak bardzo pragnął tego nie zrobić, robisz to… Złościsz się i zaczynasz mamrotać pod nosem, lub nawet lekko pokrzykiwać… Po co? Przeciesz wiesz, że to nie ma sensu, że to nic nie da, niczego nie zmieni… Ale robisz to. Bo jest w tym jakiś rodzaj zaspokojenia prymitywnej żądzy. A zaspakajanie ich jest takie… energetyzujące…

Śliczna i interesująca dziewczyna [chłopak?] siada obok ciebie w samolocie, łącząc swój los z twoim na kolejne N godzin. Uśmiecha się do ciebie, zapinając pasy. Co zrobisz? Za kilka godzin wysiądziecie z tego samolotu i więcej się nie zobaczycie, ale czy powstrzyma cię to, przed nawiązaniem sympatycznej rozmowy, może drobnego flirtu? Jeżeli tak… No cóż… Lepiej dla niej! ;]

Jest tak samo niezależnie, czy z pozytywnymi, czy negatywnymi emocjami. Z drobnymi zauroczeniami, z chwilowymi głupawkami, z żądzami nasycania się, wyładowywania się, odreagowywania, szaleństwami. Zawsze wtedy rozum idzie na bok…

A jeżeli nie idzie, powinniśmy zastanawiać się czy naprawdę warto? Czasem nasz uśmiech, czy grymas może być powstrzymywany przez nasz wzgląd na innych, czy raczej nasz wzgląd na nasz własny image w oczach innych. Tylko po co się hamować? Warto zabraniać sobie być przez chwilę człowiekiem, ze wszelkimi ułomnościami, przywarami, małostkami, udając idealny fikcyjny twór?

Pieprzyć to wszystko! Bóg wiedział co robi… ;]

Królowa wszystkich gier

wtorek, 8. kwiecień 2008.

Wiele jest w życiu rzeczy, które pozwolą nam poczuć namiastkę wielkości. Pieniądze, sława, uwielbienie… Ale nawet najgłupszy z ludzi zda sobie w końcu sprawę, że to nudzi, a zwiększanie dawek już nie pomaga. A co wtedy pozostaje?

Zresztą, powyższe i wiele innych może osiągnąć każdy dobrze ukierunkowany debil. A to dyskredytuje takie sukcesy.

Jest jednak jedna dziedzina, zarezerwowana wyłącznie dla najlepszych. I tylko najlepsi z nielicznych potrafią wytrwać w niej do końca. Tam nie ma miejsca dla słabych, głupich, leniwych, nieodpornych, czy tchórzliwych. Każda słabość jest tam drogą do porażki. Cholera, tam nie ma nawet miejsca dla silnych, inteligentnych, pracowitych i odważnych. Tylko “silnych, inteligentnych, pracowitych i odważnych”…

I dlatego to gra ponad wszystkie, zabawa dla najlepszych, najsprawniejszych, najsilniejszych, najbardziej bezwzględnych. Zajmująca, pełna poświęceń, ale gwarantująca miejsce w pierwszym rzędzie podczas spektaklu pt. “Życie”. Chociaż miejsce w pierwszym rzędzie, to tak naprawdę kłamstwo, bo uczestnicy otrzymują o wiele bardziej interesujący bilet. Tan za kulisy…

To gra, która nawet nazwę ma nieprecyzyjną, mylącą.

To gra w informację i działanie.

Wywiad, kontrwywiad…

Szara eminencja historii świata.

Wieczne balansowanie na ostrzu noża, nieustająca walka, nieustający euforia i nieustający smutek. Gra bez końca, która stanowi kręgosłup wydarzeń na świecie. A co w niej najpiękniejsze – nagradza tylko tych kilku najlepszych – tych, którzy trzymają w rękach więcej sznurków niż inni. Tych, którzy na tych sznurkach nie zawiśli.

Gra trzymająca w napięciu każdego, komu dane jest w niej uczestniczyć. Gra, w której nie ma zwycięzców, a gdyby byli, i tak nie czekały by na nich żadne nagrody. To gra, w której nagrodą jest samo uczestnictwo. Świadomość i wiedza, którą ona oferuje, w zamian za duszę. Prawda o świecie, w zamian za prawdę o nas. Możliwość kreowania historii własnymi rękami, wpływania na losy kontynentów, państw, jednostek. Ale bezimiennie.

Gra wymyślona przez diabła, któremu najwyraźniej znudził się świat pozostawiony na własnej łasce.

Nieustanna partia szachów, nie pomiędzy dobrym a złym, a pomiędzy złym i gorszym. Ale gra, której wygrać nie można. Można tylko zmieniać cele.

Zresztą, szachy to nienajlepszy przykład, bo tam przy stole jest miejsce tylko dla dwójki zawodników. A w zabawach wywiadowczych gra każdy z każdym. Naraz. To taki rodzaj polityki, w którym nie liczy się popularność, ani wyborca. Tam liczy się tylko to, komu uda się rozgrywać najdłużej. Bez klakierów, bez osądów, bez konieczności liczenia się z czymkolwiek.

Dodajmy do tego przepisu przebiegłość i poczucie humoru, a otrzymamy formułę wyjątkową.

Najbliższą boskości ze wszelkich możliwych.

W końcu Bóg też rozgrywa zza kulis…

Ciemna droga do zwycięstwa

sobota, 5. kwiecień 2008.

Z mrocznych zakamarków mojego sumienia oraz akt szkoleniowych SB, KGB, CIA, Mossadu, MI5&6.

Jak osiągnąć bezwzględną przewagę nad przeciwnikiem. Zniszczyć go.

Poradnik łączący przyjemne z pożytecznym.

Na każdą okazję.

Efekty gwarantowane…

“Sztuka Wojny wg. Frustrata – wybór niezawodnych sposobów na zwycięstwo”

- autor: Frustrat Srustrat.

1. Zyskaj przewagę fizyczną. Uderzaj mocno. Zadaj ból i okaż gotowość pognębiania tego cierpienia. Rób to raz po raz. Przełam jego opór. Jego cierpienie przynosi twój sukces.

2. Zdobądź przewagę intelektualną. Owiń wroga wokół palca. Niech pragnie cię słuchać. Uknuj intrygę pogrążającą go. Przekonaj go. Niech będzie marionetką w twoich rękach.

3. Zyskaj przewagę materialną. Kup go. Zaklej mu oczy i uszy pieniędzmi. Wepchnij do gardła zrolowane banknoty. Napchaj mu nimi jego dłonie. Przejmij nad nim kontrolę. Albo zniszcz. Poderżnij mu na odległość gardło, a banknoty niech stanowią siłę sprawczą.

4. Zyskaj nad nim przewagę ilościową. Osacz go. Otocz go swoją siłą, ludźmi, wpływami. I zaciskaj więzy…

5. Zyskaj nad nim przewagę informacyjną. Szantażuj go. Miej w ręce atut silniejszy od jego najlepszego atutu przeciwko tobie. Miej go w szachu. I nie bój się wykorzystać tej wiedzy kiedy trzeba, obserwując jego bolesny upadek.

6. Zyskaj nad nim przewagę Achillesową. Zobacz wroga jakim jest, czytając jego intencje, poprzez jego największe dokonania. Rozbierz go na drobne czynniki. Znajdź słaby punkt i uderz. Poznaj go, a będziesz miał jego los w garści.

7. Zyskaj nad nim przewagę psychologiczną. Złam go. Ośmiesz go. Poniż go. Zrealizuj jego największe lęki. Wstrząśnij filarami filozofii jego bytu. Niech poczuje smutek lub gniew. Niech straci siłę i ochotę. Niech zniszczy samego siebie. A ty obserwuj.

8. Zyskaj kontrolę nad jego pragnieniami. Przejmij władzę nad jego marzeniami czy potrzebami. Miej go na łasce. Wygraj z nim wyścig do jego nagród. A wtedy zobaczysz poniżenie.

9. Zyskaj kontrolę nad jego wytrzymałością. Zamęcz go. Nie ustawaj w ataku, nie dawaj mu czasu na regenerację, nie pozwalaj na najmniejsze wytchnienie wroga, aż do wyczerpania go. Padnie w końcu na kolana.

10. Nigdy nie daj się prześcignąć w żadnym z powyższych.

*Nota prawna: Niektóre metody mogą kolidować z podstawowymi prawami człowieka.

Konkretny temat

niedziela, 23. marzec 2008.

Miało być o wręczaniu sobie czekoladowych jajek na Wielkanoc, ale po co… Kto wie, ten wie… Kto nie wie, ten już się nie dowie… Szkoda czasu.

Będzie o “lojalności”.

Ale nie typowo – “Och! Jacy ci ludzie są nielojalni, Hela, mówię ci!”, albo “Nie lubię kłamstwa, zawiści, nielojalności…” [ - to akurat mógłby być cytat z serwisu randkowego]. Będzie mniej typowo, ale też pewnie powtarzalnie. Z serii: “Czy warto…?”.

Czy warto być lojalnym?
Niby prosta sprawa – “lojalność” to w dużym uproszczeniu “dobro”, “nielojalność” to “zło”. Czarne i białe odpowiednio przyszeregowane.

Ale czy “warto”? Czy nie bycie lojalnym, to to samo co bycie nielojalnym?
Nie, to nie to samo.

Bycie nielojalnym, to postępowanie według pewnego wzorca – w tym przypadku wzorca anty. Ale nie bycie lojalnym, znaczy już co innego. Znaczy tylko, że z pewnego wzorca zachowania rezygnujemy, decydując sie na indywidualne rozpatrywanie każdej sprawy.

Czyli… Przykład dziecinny, ale obrazowy. Kolega bije kogoś. Bije się z kimś. Pomagamy mu, czy nie? Czy pytamy najpierw, skąd ta bójka i kto zawinił, czy ślepo pomagamy koledze, bijącemu nieznajomego?
Czy w przypadku kiedy lojalność kłóci się z naszym sumieniem, czy zasadami, powinniśmy być zobowiązani do dochowania jej, czy też nie? A jeżeli nie, to czy w ogóle powinniśmy rozpatrywać lojalność jako wartość w życiu?

A co jeżeli nie powinniśmy?

Co, jeżeli zdecydujemy się w sytuacjach konfliktu interesów osoby z nami związanej, a konfliktu własnych zasad postawić na zasady? Czy naprawdę stracimy? I czy to będzie oznaczało jakąkolwiek utratę szacunku ze strony obserwatorów zewnętrznych?

Czasem wydaje mi się, że gdyby zrezygnować w życiu ze wszystkich tych rzekomych ułatwień, w postaci wzorców zachowań i hierarchii wartości, a zastąpić je każdorazowym indywidualnym, zdroworozsądkowym, czy niezorientowanym na publikę, podejmowaniem decyzji, bylibyśmy o wiele szczęśliwsi, bardziej integralni, spójni wewnętrznie…

Wielu problemów emocjonalnych można by uniknąć, wiele wyleczyć, a i wiele sukcesów osiągnąć dodatkowo, w porównaniu do obecnego stanu rzeczy.

Więc dlaczego obecne ślepe hierarchie zachowań społecznych wydają się takie dobre, takie szlachetne, takie niepodważalne? Dlaczego jawią się atrakcyjnie, kiedy w rzeczywistości niektóre z nich, mogą być najgorszymi z możliwych rozwiązań?

Bezmyślność, czy strach przed zmianami? A może lenistwo i przyzwyczajenie? Niechęć do wyłamywania się z szeregu?

Ciekawe ilu z Was już o tym myślało? Ilu przed nami o tym myślało? Ile pokoleń temu?
Pewnie wielu…

Hmm…
I nikt nie wygrał…

Spisek?

Żydzi?

Pedały?

Komuniści?

Ech… Chyba mam nawroty schizofrenii…
Ewentualnie przebłyski geniuszu…

Nie stawiałbym jednak na nie.

No cóż, drogie dzieci, przemyślcie swoje życia, i nie róbcie już źle.

[Jak mi się nie chce...]

Pod powiekami

wtorek, 4. marzec 2008.

Ach! Takie słodkie, takie rozluźniające…

Czytaj powoli, leniwie… Bardzo nieśpiesznie…

Wszystkie mięśnie rozprężają się, każde przeciągnięcie ma w sobie tyle ukrytej rozkoszy. Niby wysiłek, ale inny, ekstatyczny…

Rozluźnij się, pozwól sobie na tą odrobinę ekstrawagancji. To nie jest marnowanie czasu, nic Ci nie ucieknie… Wszystko będzie tam, gdzie było wcześniej, a kto wie, może bez Twojgo udziału coś posunie się do przodu…?

Zgaś światło, połóż się, zamknij oczy… Dokąd ucieka Twój umysł?

W przyszłość…?

W przeszłość…?

Marzysz, czy wspominasz?

A może żadne z powyższych?

Może to nie wydarzenia siedzą w Twojej głowie?

Może to ludzie?

Albo osoba?

Czy jest ktoś konkretny, kogo widzisz, kiedy zamkniesz oczy?

Czy jest jakaś specjalna Ona, specjalny On?

A może…?

Ty?

Podziwiasz siebie?

A może ganisz?

Jest coś, co chcesz zmienić?

Masz plany?

Odpłyń, pogrąż się w nich. Wyobraź sobie, co by było, gdyby…

Cieszy Cię to?

A może przyjmujesz to jako naturalną kolej rzeczy, bez emocji?

Czy może…?

Smuci?

Dręczy…?

Lubisz się smucić, kiedy zamykasz oczy?

A jeśli nie, to co wtedy?

Przewracasz się na drugi bok?

Wstajesz?

Nie. Nie możesz wstać. Ten błogostan jest zbyt przyjemny…

A czy…?

Czy szukasz czegoś więcej?

Czego…?

Czy to o czym marzysz, kiedy zamykasz oczy, jest tym, czego naprawdę chcesz?

Czy łudzisz się, że jest inaczej? Twój umysł, Twoja podświadomość się myli…?

Wiesz lepiej od siebie?

Czy boisz się, że kiedy otworzysz oczy, wrócisz do świata, w którym nie znajdziesz tego, co masz pod powiekami?

A może…?

A może ten świat jest tam, kiedy otwierasz oczy?

Wstań.

Grrr…

sobota, 1. marzec 2008.

Bycie dobrym jest nudne. Bycie złym… No cóż… Co najmniej otwiera przed nami nowe horyzonty…

Jak to jest, że na codzień staramy się uciekać od własnej natury. Nie potrafimy zaakceptować w sobie tego co ludzkie? Wpędzamy się co i rusz w nowe kompleksy, tylko i wyłącznie z powodu prób dążenia do ideału?

W telewizji uśmiechają się do nas piękni, sympatyczni, uśmiechnięci ludzie. Tacy mili dla wszystkich dookoła, tacy maślani… A nam jest tak miło i słodko to oglądać. Haha! Jasne… Czekamy tylko,aż komuś powinie się noga, albo wykaże się odrobiną, jakże pożądanej złośliwości. To są te momenty, wyzwalają w nas naprawdę czyste, niefiltrowane uczucia!

Swoją drogą, nie bez przyczyny mówi się, że złośliwość jest cechą ludzi inteligentnych. Być miłym może każdy.

Ludzki rodzaj natura zaprogramowała tak, by dążył do samodoskonalenia. Do przetrwania i wszechstronnego rozwoju. Co gorsza, niestety, sami narzucamy sobie kulturowe jarzmo, które powstrzymuje nas od osiągnięcia tego celu. Żadna ciepła klucha nie posunie świata naprzód – tego mogą dokonać tylko ci, którzy nie boją się tego elementu zła, siedzącego gdzieś wewnątrz. Tej odrobiny zwierzęcej agresji, tej zaprogramowanej chęci dominacji. Tej iskierki zła.

Uśmiechem i serdecznością można dokonać rzeczy wielkich, ale nie wiekopomnych. Do tego trzeba odrobiny testosteronu i negatywnych emocji. Nic innego tak nie napędza.

Swoją drogą, ugrzecznione charaktery, sympatyczne osobowości, pozbawione są pewnej głębi. Tej odrobiny tajemniczości i zwierzęcego magnetyzmu, który potrafi być taki hipnotyzujący. I kuszący… Można im wejść na głowę, jeżeli się chce, tylko po co? Rzeczy łatwe nie są wyzywające. I to chyba uwłacza im najbardziej…

Dlaczego zabraniamy sobie prawa, do reagowania instynktownego. Dlaczego na wszytko musimy nakładać maskę cywilizacji, wychowania? Dlaczego boimy się wyrażać własne myśli, mówić wprost, pokazywać, co naprawdę czujemy?

I dlaczego za każdym razem kiedy sobie na to pozwolimy, ktoś inny, lub my sami (kwestia zaprogramowania), zacznie wywoływać w nas poczucie winy. O ile przyjemniej jest dawać sobie prawo do przepraszania tylko wtedy, kiedy my mamy na to ochotę. Nie kiedy chcą tego inni?

Irlandczycy mają pewien nawyk językowy. Ciągle powtarzają “Oh! Sorry!”. Jak mantrę. Zajdziesz im drogę, usłyszysz “Oh! Sorry!”. Nadepniesz im na stopę – “Oh! Sorry!”. Będą zagradzali jedyne przejście w budynku, a ty w lekkim poirytowaniu przepchniesz się przez nich brutalnie – “Oh! Sorry!”. Wszystko “Oh! Sorry!”.

A gdyby choć raz przestali się o wszystko obwiniać, i przyznali sobie rację do postępowania tak, jak oni chcą, i nie liczenia się z innymi. Nie mówię tu o powrocie do wszechobecnego chamstwa (tu akurat Polska mogłaby być przykładem lustrzanym), ale do drobnego upustu emocjonalnego. Wymownego spojrzenia mówiącego “Spieprzaj gnojku!”, zamiast ciągłego poniżania siebie i swojego wizerunku, poprzez branie pełnej odpowiedzialności za najmniejsze głupstwo. Ciągłego bicia się w piersi. Dlaczego ludzie tak bardzo dążą do tego, żeby się poniżyć i zanegować swoje człowieczeństwo – swoją omylność, emocjonalność, zwierzęce instynkty?

Zrób coś złego, pomóż sobie!

Przeklnij otwarcie babcię wpychającą się na siłę do autobusu.

Podrażnij psa sąsiada.

Bądź niemiły dla zatrzymującego cię policjanta.

Nie daj się zdominować szefowi w biurze.

Zacznij wypowiadać głośno i dobitnie co myślisz, kiedy człowiek w kolejce przed tobą płaci pięć minut kartą za paczkę gum do żucia.

Wykop dzieciom piłkę z boiska.

Kopnij kogoś w tyłek.

Zrób coś, co zostanie uznane za niesympatyczne, nieprzyjemne, niedobre. Tylko nie szukaj półśrodków. Wszystko, co może zostać odebrane przez kogoś, jako fajne, czy być usprawiedliwione się nie liczy. Liczy się tylko to, co sprawi, że poczujesz się dobrze. A ktoś inny na myśl o tym poczuje się gorzej, przestraszy się, zniesmaczy…

Nie przepraszaj. Śmiej się w twarz. Poczuj słodycz bycia złym.

Przejdź na ciemną stronę mocy.

Zdefinuj szczęście

czwartek, 28. luty 2008.

Siedem dni w tygodniu, siedem zagadek do rozwiązania. Jeżeli masz szczęście (pecha?), trafi ci się jakaś filozoficzna. Ludzie zdychali ze starości, próbując rozgryźć niektóre z nich…

Drzwi do banku otwiera mi niski, nieafrykańsko wyglądający murzyn…

- Jaksiemasz? – zapytał.

Odpowiedziałem szczerym śmiechem i łamanym portugalskim…

-Comeestavas?

A potem standardowa wymiana informacji pomiędzy widującymi się doraźnie obcokrajowcami.

Przy pierwszej okazji wymienia się imiona i pochodzenie (forma współczesnej segregacji klasowej). Jeżeli nie ma dalszych zastrzeżeń (nie Rosjanin, Anglik, czy Niemiec…), wymieniamy informacje dotyczące zatrudnienia. Co, jak, jak długo, dlaczego, po co?

Na drugim widzeniu wymiana bardziej osobistych informacji. Ile to ciekawostek można wyciągnąć z ludzi, kiedy okarze się im odrobinę serdeczności… ;]

Niestety, czasami lepiej nie pytać.

Cel? Nauka angielskiego. Zamierza wracać? Tak. Tęskni za Brazylią? Raczej tęskni, ale był 1,5 miesiąca temu, więc nie jest tak źle. Jak było? Nieźle, ale umarła mu matka. Miał szczęście.

Coś tu nie pasuje do szablonu? ;]

Mnie też nie pasowało. Kilka dalszych pytań i odpowiedzi zdefiniowało moją zagadkę dnia. Tym razem, zdecydowanie filozoficzną.

Zadanie na dziś: “Zdefiniuj szczęście”.

Umarła mu matka. Miała 54 lata. Zawał. Umarła w trakcie modlitwy. Znalazł ją na klęczkach, ze złożonymi w modlitwie rękami, opartą o łóżko. Była jeszcze ciepła…

Miał szczęście.

Tak twierdził…

Gdyby umarła podczas jego pobytu w Irlandii, pogrzebano by ją bez niego. Sama podróż, to minimum dwa dni.

No i zdefiniuj szczęście Frustracie.

Ach! Ale los jest łaskawy, nie pozwoli mi borykać się z tym pytaniem, bez dodatkowych podpowiedzi…

Wyjazd z innego parkingu bankowego. Zbytnia pewność siebie za kierownicą, gówniana widoczność, dobry humor po krótkiej rozmowie z kolegą z pracy. Kolega (Irlandczyk!) ma jechać za mną (Polakiem…) do innej świątyni oszczędności i kredytów. Sam nie wie jak trafić.

Wyjazd z nietypowego parkingu skończył się namiętnym pocałunkiem dwóch Volkswagenów. Z tym, że to nie mój całował, ale pocałunek sprowokował. Słaby układ… ;]

Blondwłosa przerażona Irlandka wjechała czołowo w bok mojego starego, wiernego towarzysza podróży. Potem wielka panika – bała się otworzyć drzwi… A przecież tak miło się uśmiechałem… ;]

Ech, ale to by się zgadzało… W końcu Brazylijczyk mówił coś o tym, jakoby rzekomo na zdjęciu ze swojego identyfikatora wyglądam jak morderca psychopata. Wtedy tylko się zaśmiałem…

Widząc jej rękę sięgającą po telefon, wybijającą trzy, wielce niepożądane cyferki, i przysłuchując się krótkiej rozmowie z policją, chęć do śmiechu i wygłupiania się (nie wiem skąd mi się to bierze w takich sytuacjach!) powoli mi przechodziła.

Moja sytuacja była na tyle skomplikowana, że posiadane przeze mnie auto, w świetle irlandzkiego prawa podatkowego, było w tym kraju nielegalnie. W takiej sytuacji jakikolwiek kontakt, z wyrozumiałą na ogół Gardą, skończyłby się konfiskatą auta… Niewesoło, szczególnie, że jest ono dla mnie niezastąpionym narzędziem pracy.

Ale jak wiadomo, psychopatyczni mordercy to psychopatyczni mordercy… Chłodne analityczne myślenie nie zawodzi u nich pod wpływem byle stresu.

Po paru minutach odjeżdżałem z miejsca zdarzenia, ponaglany przez blondynkę. Nagle zaczęło jej zależeć, żeby Garda jednak nie dojechała na miejsce, dopóki oboje się nie ulotnimy. Mój portfel poczuje pewnie niedługo cenę tego wspólnego zrozumienia. Odjeżdżałem z uśmiechem na ustach. Znowu miałem szczęście.

Zdefiniuj szczęście Frustracie.

Za mało wskazówek?

Kochany los, nigdy nie zostawia mnie w potrzebie samemu sobie.

Do eks-miłości mojego życia przyjechała dzisiaj rodzina. Nie mogą się sobą nacieszyć – nie widują się często w prawie pełnym składzie. Ona+ siostra młodsza + siostra starsza + brat młodszy (ale nie najmłodszy ;] ). Familijna feta. Siostra młodsza już z nami mieszkała. Teraz, kosztem jedynego oprócz mnie mężczyzny w tym domu, Mariusza, zamieszka z nami i siostra starsza, która lekko zrażona Polską postanowiła pójść w ślady sióstr emigrantek.

Ja plus trzy siostry… Nawet nie zauważyłem, kiedy uknuto przeciwko mnie tą genialną strategię! ;] W dodatku pozbywając się jedynego mojego poplecznika. Czapki z głów! Izrael wie co robi, powołując kobiety do wojska.

Ale dziewczyny są szczęśliwe, bo znowu są razem.

A ja…? Cóż mi pozostaje…

Definiuję szczęście…

;]

Nakaz zewnętrzny

piątek, 22. luty 2008.

Jak trudno jest żyć nie mając pasji.

Nawet głupiego hobby.

Nic.

Człowiek czuje się taki pusty, bezwartościowy, kiedy nie jest w czymś mistrzem (nawet w mikroskali).

Budzisz się rano, praca, powrót do domu… i co wtedy? Przecież nie można spotykać się ze znajomymi dzień w dzień, bo albo zacznie się wymiotować na ich widok, albo oni na nasz…

Trzeba więc znależć jakąś alternatywę dla samotnego spędzania czasu.

Ale zabijanie nudy, to tylko jedna z zalet posiadania pasji. Inną, trochę chyba ważniejszą, jest samodefiniowanie. Człowiek, który jest lekko kopnięty na jakimś punkcie, bardzo szybko zaczyna owijać sobie życie wokół niego. A jeżeli jest dzięki temu szczęśliwy, być może odkrywa właśnie swoją prawdziwą tożsamość? Swoje Id?

Przykładów może być wiele – muzycy, artyści, sportowcy… Ale mogą być i te bardziej przyziemne, nie uzależnione od wrodzonych zdolności i talentu… Można np. odnaleźć się w jakimś zawodzie, albo pielęgnować jakieś proste hobby, które w pewnym czasie wzniesie nas na piedestał “wyższej szkoły jazdy”, podnosząc naszą samoocenę. Wszystko, co uczyni nas szczęśliwszymi, będzie właściwym rozwiązaniem. Pasjonaci rozwijają się szybciej, pełniej, są bardziej aktywni, pewniejsi siebie, no i mają ten błysk w oku… Nie mówiąc już o setkach grouppies u stóp ;]

Śmieszne? Może jednak z tymi grouppies to nie taka przesada – przecież facetowi, który jest w czymś dobry, stosunki z kobietami układają się o wiele lepiej, niż takiemu “Panowi Nikt” z pasemkami i zasłyszanymi gdzieś tekstami…

Ale mogę się mylić, nie wiem, nie ani jestem kobietą, ani specjalistą od stosunków damsko-męskich. ;]

Swoją drogą różnego rodzaju pasje, potrafią całkiem ciekawie ukierunkować nasze życia. Wystarczy spojrzeć na dzieci – te, które niczym się nie zajmują, niczym nie interesują, szybko pakują się w kłopoty, wynikające ze zwykłej nudy. Te drugie, które potrafią aktywnie spędzać swój czas, szybciej się rozwijają, dojrzewają towarzysko, są bardziej odporne na stres. I nie chodzi mi tutaj o te dzieci, których rodzice zmuszają do gry na skrzypcach, czy nauki angielskiego na dodatkowych kursach. Bardziej o te, które same pielęgnują to, co je w danej chwili stymuluje.

Nie wolno lekceważyć jednak magicznej siły “równowagi” – pasja to jedno, obesesja to coś zupełnie innego.

Kiedy po przeczytaniu tego tekstu dostrzeżecie jakie wasze życia są puste i postanowicie znaleźć sobie jakieś kreatywne zajęcie, aby czerpać z tych wszystkich wymienionych powyżej zalet, pamiętajcie, żeby robić to z głową.

Zadanie na wieczór – zainteresować się czymś.

Dziękuję.

Rozważania inspirowane nowym albumem jednego z niewielu polskich artystów, których szanuję ;]

 

W którą idziesz stronę?

czwartek, 21. luty 2008.

Tak, my jeszcze mieliśmy to szczęście… Chyba ostatni…

 

Czyżby czas właśnie coś zabił?

Czy to tylko nasze zdebilowacenie wtórne?

Przecież wtedy wieści o zabawkach z RFN były legendami, radzieckie plastikowe karabiny maszynowe powodem do odznaczenia i wiecznego honoru wśród kolegów z podwórka… A już nie wspomnę o lalkach Barbie i ich podróbkach! Tak! Dziewczyny też miały swój świat!

Tak było w naszych wspomnieniach…

Zdobycze od radzieckich handlarzy na bazarach liźnięciem nowych doświadczeń.

Kolorowy telewizor przez długi czas tworem abstrakcyjnym [telewizor w ogóle nawet] .

Ciężko było dostać łożysko do roweru.

Uczyłeś/uczyłaś się prowadzić malucha w szczerym polu, siedząc ojcu na kolanach, a potem łapiąc gorączkę i zmuszając wszystkich do powrotu do domu… [:)]

Wyczynem było wspięcie się na dach garażu, albo “kradzież” jabłek z osiedlowej jabłonki.

A sam dźwięk wczytujących się gier z kaset do Atari 800XL (sam miałem kilka lat później Atari 65XE – również na kasety! – nawet technika nie chciała się wtedy posuwać…).

Kartonowe pudło mogło być zabawką na wiele godzin!

Stracone bezpowrotnie w piaskownicy resoraki…

Rożne przedszkolne i szkolne mody i szaleństwa (zbieranie obrazków z gum Turbo, karteczki, kapsle) …

Staromodne walkmany na komunie.

Mroczne, skrywające liczne tajemnice, diabelskie miny nauczycielek z podstawówki…

I te fryzury ludzi na ulicach.

I nawet historia tworzyła się wokół nas, kiedy my nie chcieliśmy jej widzieć.

Nawet lata czy zimy były takie bardziej nasycone, intensywniejsze…

Było tak inaczej, tak pełniej…

Komuno wróć? ;]

Na chłodno, czy na gorąco?

czwartek, 21. luty 2008.

Into The Wild

A co gdyby tak…

Rzucić wszystko w cholerę?

Oddać wszystkie posiadane pieniądze, rzeczy, reszty się pozbyć, spalić…

Wyruszyć w nieznane w tym, w czym się stoi?

Spać pod gołym niebem i żywić się tym, co się znajdzie, lub co uda się kupić za dorywczo zarobione pieniądze?

Nie kontaktować się nigdy więcej z najbliższą rodziną?

Zatrzeć po sobie wszelkie ślady…?

Odciąć się zupełnie od swojej przeszłości, nie odcinając się jednocześnie od swoich doświadczeń?

Postępować tylko uczciwie i praworządnie, czyniąc dobro i rozprzestrzeniając mądrość?

Spotkać człowieka prawdziwie szczęśliwego, i nie pójść jego drogą, szukając własnej?

Napotykać na kilka chwil swoje największe przeciwieństwa, urzekające i prawdziwe, bo alternatywne, a mimo to nie ulec im?

Spotkać mądrość starości i poddać jej próbie własną filozofię? Wielokrotnie…

Pokazać innym, co to znaczy być zakochanym, nigdy wcześniej tego nie doświadczając, a potem zakochać się na sposób, którego nikt inny przedtem nie odkrył?

I porzucić to wszystko.

Uciec jeszcze dalej, jeszcze głębiej…

Pożegnać się, i przygotować się do wiecznej samotności?

Stać się elementem natury.

A potem zostać na zawsze przez nią olśniony, odkryć spóźnioną prawdę, i uznać ją, jednocześnie poddając się niej?

A potem uświadomić sobie, że głupi film udowadnia ci, że ty sam/sama nigdy nie zdobędziesz się, aby zrobić coś podobnego, i poczuć się przez to cholernie mizernie… małym…

Zastanawiać się, czy to tak naprawdę świętość, czy głupota…

Czy heroizm, czy nieprzygotowanie…

Na ile prawda, na ile fikcja…

Czy to nowy mesjanizm, współczesne pustelnictwo, czy głupota nastolatka, który przeczytał o jedną egzystencjalną książkę za wiele…?

I czy to i tak nie jest imponujące, niezależnie od której strony na to patrzeć…

Sprobujcie odpowiedzieć na to sobie sami…

“Into the Wild” na podstawie książki Jon’a Krakauera, w reżyserii Seana Penna, z genialną, pełną poświęcenia rolą Emile Hirsh’a, jako Christophera McCandlessa.

Film 10/10, nawet po głębszym zastanowieniu, na zimno, zostaje po nim jakiś sens…

A po obejrzeniu, znających angielski zapraszam, do przeczytania niesamowicie ciekawego, znacznie zgłębiającego całą historię “Alexandra Supertrampa” eseju The Cult of Chris McCandless.

Historia może Wam się spodobać, albo nie, ale na pewno pozostawi jakiś ślad.

…Mam tylko nadzieję, że nie udało mi się zdradzić podwójnie zaskakującego zakończenia tego filmu… ;]

BitTorrent

Napisy