Archiwum dla 'Frustracje'Kategoria

Mężczyzna jako element niesparowany – “Pozytrony”

środa, 1. lipiec 2009.

WYNIKI – cz. 5/5

REAKCJE ELEMENTÓW NACECHOWANYCH POZYTYWNIE:

Witam!:)

A co tam…postanowilem napisac pare slow. Naleze raczej do ludzi kontaktowych i otwartych na nowe znajomosci wiec…
Jestem Marcin – milo mi poznac ;) Wypada napisac pare zdan o sobie wiec sprobuje (chociaz najtrudniej stworzyc monolog na swoj temat…)
Urodzony poznaniak ze mnie, niedawno minelo 30 wiosen odkad nim zostalem :)
Nie opuszcza mnie poczucie humoru, optymizm (czasem niepoprawny), wiara w ludzi i radosc z zycia. Wydaje mi sie ze wiem co w zyciu wazne i najwazniejsze…Jestem po prostu “normalny” co dzisiaj wcale nie jest tak czesto spotykane:)
Na co dzien pracuje (co prawda nie w branzy w której ukierunkowaly mnie studia ale nie wszystko moze byc idealne), uprawiam sport (pilka nozna, tenis – tutaj czesciowo to tez praca, w wolnym czasie udzielam lekcji gry dla dzieciakow, siatkowka), lubie dobre kino (nawet kolekcjonuje filmy, ktore maja dla mnie znaczenie) lub ksiazke, czasem teatr (Nowy) i muzyke oraz imprezy w dobrym towarzystwie.Nie lubie sie nudzic i raczej tego nie robie.
Ok.Moze to na razie tyle, bo zdecydowanie wole rozmawiac niz pisac monologi ;)
Pozdrowionka!
Marcin

Czytaj resztę wpisu »

Mężczyzna jako element niesparowany – “Wariaci”

wtorek, 30. czerwiec 2009.

WYNIKI – cz. 4/5

REAKCJE ELEMENTÓW WYSOCE NIESTABILNYCH PSYCHICZNIE:

ej,

jakoś się wyświetliło. No i zdjęcie główne, to można by napisać: ładne paznokcie.
A poza tym to masz małe cycki!

Ostatnio mi poznosili z cyklu “twoja stara” (moje ulubione to: twoja stara przeszła Mario Bros w lewo). A ja dziś, porządkując skrzynkę pocztową (bo w końcu muszę opuścić tę obrzydliwą WP), znalazłem mejla o terminie zapłaty za domenę. Taka fajna była, jak teraz pomyślę, dobrytekst.pl
Nie pomyślał człowiek wtedy, a dziś tam właśnie ktoś sadzi powiedzonka typu: twoja stara czesze Wodeckiego.

Aa, bo ja tak osobie o sobie, a tymczasem…
masz
mądry
opis.

Kto Ci go pisał? Bo mój znajomy umaw
[i w tym momencie zrestartował mi się komputer, co dziad miewa co jakiś czas, wykorzystałem to by podczytać kolejną stronę "O panach i paniach" Łazińskiego - spokojnie, nie polecam, bo to językoznawstwo, ale akurat pasjonujące;
skubany Firefox ze swoim "przywróć poprzednią sesję" jest niezły, nawet mi tekst zachował, ha, dobrytekst ]

to już nie wracam do meritum, jakieś chyba było

no, jak to mówią daltoniści: -Życie jest jak tęcza – raz białe, raz czarne…

słodkich snów, choć pewnie śpisz, to słodkiego przebudzenia, eee, to sobie mogę życzyć, a nie nieznajomej jakiejś
dobra, dość całkiem miłego przebudzenia

pa

PS aha, chętnie się dowiem, jakie było to przebudzenie faktycznie


Czytaj resztę wpisu »

Mężczyzna jako element niesparowany – “Seks-maniacy”.

poniedziałek, 29. czerwiec 2009.

WYNIKI – cz. 3/5

REAKCJE ELEMENTÓW WYSOCE REAKTYWNYCH FIZYCZNIE:

tak?zachęcasz do kontaktu:>?jakiego XD,ciao!

Cześć kociaku. Czego poszukujesz ? na co masz ochotę ? jeśli lubisz przygodę, flirt i jesteś otwarta na nowe doświadczenia to … zapraszam na namiętna rozmowę telefoniczną —– wiesz co masz zrobić tak ? Czekam na fotki na mailu oraz numer telefonu – zadzwonię.
Tomasz.
Buziaki tam gdzie lubisz najbardziej.


Czytaj resztę wpisu »

Mężczyzna jako element niesparowany – “Myśliciele”.

niedziela, 28. czerwiec 2009.

WYNIKI – cz. 2/5

REAKCJE ELEMENTÓW GŁĘBOKO MYŚLICIELSKICH:

Czesć
Powiedz proszę, jak myślisz, dlaczego ludzie zakładają sobie tutaj swój profil?

Adam

Witaj.
zastanowimnie jedno zdanie w Twoim profilu:,,Nie oczekuję po tym miejscu niczego, oprócz odrobiny zabawy i otwarcia się na nowe możliwości”.
Hmm..wiec jesli dobrze rozumiem-ów portal traktujesz tylko jak rozrywke,chec pogadania z kims,czy poznania…taak?
Innymi slowy mowiac,nie jestes przekonana,ze znajdziesz tu tego jedynego?
pozdrawiam

asertywnosc to wada czy zaleta?

Czytaj resztę wpisu »

Najlepsze 10 piosenek z 1992 r.

czwartek, 15. styczeń 2009.

1992.

10.  Snap – Rythm Is A Dancer

Niejedno samochodowe stereo poległo na tym kawałku ;]

Czytaj resztę wpisu »

Grupa trzymająca układ odniesienia

wtorek, 23. grudzień 2008.

Nazbierało się…

Z bezczynności wynika czynność, z czynności bezczynność.

Ostatnie parę miesięcy zleciało szybko, nasycając mnie nowymi doświadczeniami, ale emocje pozostały te same… Radości i smutki. Tylko amplituda z czasem maleje, człowiek w niewłaściwym środowisku drętwieje, usycha. Coraz słabiej czuję smutek, coraz słabiej radość. Tylko frustracje dają tego samego kopa co zwykle ;]

A trochę się ich nazbierało – wykres sinusoidy przepięknie oscylował z prędkością inspirującą nawet dla współczesnych inżynierów superszybkich procesorów. Przy takich wahaniach jak zwykle wypadłem gdzieś bezwiednie, gubiąc samego siebie. Po raz kolejny. Zaczynam doceniać pracę filozoficzną minionych pokoleń. Że też im wszytskim chciało się przewalać przez własne umysły wciąż te same problemy… Może kiedyś w końcu uda się znaleźć jakieś odpowiedzi – zbiorowa praca pokoleń musi w końcu zaowocować.

Wciąż nie wiem kim jestem, znowu zacząłem kwestionować własny charakter, własne siły i słabości, analizować sukcesy pod kątem złej interpretacji, w dotychczasowych błędach doszukując się jakiejś logiki.

I zgłupiałem jeszcze bardziej.

Przydałby się jakiś układ odniesienia. Ale gdzie go szukać, skoro nie wiem pod jaką postacią może się kryć. Nawet określenie jego materialności/niematerialności pozostaje pytaniem.

I znowu proste fizyczne czynności przynoszą mi spokój. W nich drzemie taka logika i moc przewidywalności… Czy to bzdety, zagadki dla chłopczyka z niecierpliwymi rączkami, które popsują czasem więcej, niż naprawią, angażujące w szukanie rozwiązań wreszcie możliwych do znalezienia. Czy to czysty wysiłek mięśni, przynoszący kojące wyczerpanie. Tak w końcu różne od zastanawiania się, mędrkowania, kombinowania, analizowania możliwości porażki, błędu, przygotowywania się do sukcesu, budowania pewności siebie, oceniania relacji międzyludzkich, czytania w myślach innych, słuchania, uczenia się, planowania. Tego całego mózgo-syfu.

I zawsze musi być, kurwa, jakieś “ale”.

Do wszystkiego. Kurwa, wszystko jest względne, wszystko ma dwie strony, wszystko jakoś szkodzi i jakoś pomaga. Tych wszystkich mistrzów zen, tych wszystkich “zobaczymy-co-będzie” powinno się postawić pod pieprzoną ścianą z ładnymi różowymi przepaskami na oczach. Ja potrzebuję trochę czerni i bieli, trochę solidnego gruntu, na którym mógłbym się zawsze oprzeć, nie ważne co by się działo.

A wszystko to tak naprawdę wynika z tego, że zmęczyłem się już tym pobytem w kraju mlekiem i miodem płynącym. Na mleku i miodzie nie wychowa się zdrowego człowieka, czasem potrzeba trochę czerstwego chleba i “odświeżanego” mięsa. I ta cała płytkość i plastikowość ludzi, którzy zawsze są mili, zawsze uśmiechnięci, od poniedziałku do piątku głusi na innych ludzi, z powodów ambicjonalno-materialnych, w weekendy ogłuszonych i otępionych alkoholem i klubową muzyką. A czasem trzeba porozmawiać z żywym człowiekiem w cztery oczy, żeby móc sobie coś ustalić, w czym się utwierdzić. A kiedy nie ma z kim rozmawiać, człowiek, paradoksalnie, traci pewność samego siebie.

Człowiek, nie ważne jak wartościowy, bez swoich przyjaciół nie jest tym, za kogo się uważa, bo to oni budują jego pozycję wobec innych i wobec samego siebie. Bez nich jest tylko arogantem cierpiącym na brak zaufania innych. Bo nieznajomych ocenia się szybko i powierzchownie, a pierwsza ocena, pierwsze wrażenie, zgodnie z maksymami psychologii społecznej, pokutuje długo.

Układ odniesienia zaczyna się klarować…

Dwa słowa o moich doświadczeniach z bimbrem…

niedziela, 19. październik 2008.

Nigdy więcej.

Euro 2008 – poczyniliśmy postępy!

poniedziałek, 16. czerwiec 2008.

Sukces polskich piłkarzy na mistrzostwach Europy jest niekwestionowany!

Wszystkim nam zapadnie w pamięć tych kilka doskonałych podań w meczach grupowych, które zakończyły się odbiorem piłki! Jako jedyna drużyna mistrzostw, w statystykach prowadzimy ze stuprocentowym odbiorem piłki – potwierdzą to Niemcy, Austriacy i Chorwaci, którzy bez naszych celnych podań nie wypracowaliby większości zagrań.

Godna podziwu jest również postawa obronna naszych piłkarzy, którzy znając doskonale meandry futbolu europejskiego, niejednokrotnie rozgrywali mecze z głową, mierząc siły na zamiary, odpuszczając blokowanie, które było z góry skazane na porażkę. Cofnięcie obrony do Boruca było jedną z tych strategii, które udały się w stu procentach.

Pochwalić należy ich również za waleczność! Tylu ataków na nogi i zawodników bez piłki nie dałoby się osiągnąć, bez czynnika motywacyjnego w postaci not sędziowskich. Żółtą notą, oznaczającą wyraz nieskrępowanego podziwu dla zawodnika, sędzia nagradzał co bardziej walecznych reprezentantów. Niestety, na wyżyny światowego futbolu, wspiąć się nie udało nikomu. Czerwony kartonik, będący premią zwalniającą zawodnika z dalszej gry, niestety, nie pojawił się ani razu.

Do tego doskonała gra pozycyjna w obronie i pomocy – graliśmy jak na bohaterów przystało – utrzymywaliśmy z góry ustalone pozycje.

Atak? Klasa sama w sobie. Opanowaliśmy już trafianie w piłkę, aż przyjemnie pomyśleć, gdzie nas to kiedyś może doprowadzić.

Piłkarze, co rzucało się w oczy, mogli być lekko niedysponowani fizycznie, ale nie ma się co dziwić. Krytykować jest łatwo, ale ten, kto nie spędził 8 miesięcy na twardej, drewnianej ławie, często nieoheblowanej [nie wszystkie trzecie ligi świata dysponują odpowiednimi budżetami], nigdy nie zrozumie, jakie to wykańczające.

Całe szczęście, że po tych mistrzostwach, większość z nich będzie mogła odpocząć przez kolejny sezon, czy dwa…

Godnym podziwu jest również fakt, że każdy z piłkarzy zdawał się mieć opanowane bieganie do tyłu, bez potykania się o własne nogi. Praktyka czyni mistrza!

Do boju waleczni chłopcy! Czekamy na więcej. Już za dwa lata będziemy mistrzami świata!

Na koniec, zaintonujmy zgodnie hymn polskiej reprezentacji narodowej w piłce nożnej.

#Nic się nie stałooo!

#Polacy, nic się nie stałooo…

Powody odrzucenia Lizbony przez Irlandię

piątek, 13. czerwiec 2008.

Traktat Lizboński od kilku lat jest jednym z głównych powodów sporów na europejskiej arenie międzynarodowej. Poprzednie referendum w jego sprawie, kiedy to jeszcze występował pod nazwą Eurokonstytucji skończyło się kompletnym fiaskiem – Francuzi i Holendrzy nie zgodzili się na wprowadzenie w życie owej kalekiej ustawy zasadniczej. Politykom zależało jednak bardzo na wprowadzeniu Eurokonstytucji w życie w takiej czy innej formie [Czyżby powstały nowe możliwości zarobkowania dla spalonych politycznie emerytów i ich rodzin?], zdecydowali się więc wprowadzić do niej drobne zmiany, przemianować na Traktat Lizboński i zmienić zasady wprowadzenia go w życie. Od tej pory narodowe referenda ustąpiły miejsca bezpiecznym ratyfikacjom parlamentarnym.
Maleńka czteromilionowa Irlandia powiedziała takiemu rozwiązaniu stanowcze nie – ustalono, że wszystkie ustawy, które wiązałyby się ze zmianą irlandzkiej konstytucji muszą być poddane pod rozpatrzenie obywateli. Tym samym, ona jedna, kiedy to ponad 486 mln obywateli Unii Europejskiej odmówiono prawa głosu, wzięła na siebie całe brzemię i przystąpiła do zorganizowania referendum.

Co ciekawe, Traktat Lizboński, w przeciwieństwie do kraju jakim jest np. Polska, był tu na ustach wielu mieszkańców, a informacje o nim i zbliżającym się referendum dosyć dogłębnie i szczerze rozprowadzano w mediach. Irlandzki rząd popierał otwarcie przyjęcie Traktatu [mimo tego, że nowy premier przyznał, że Traktatu nigdy nie przeczytał...] i na ulicach szybko pojawiły się plakaty z serii “Zagłosuj na TAK”. Większość z tych plakatów nie zawierała żadnej innej informacji, żadnego konkretu mającego przekonać wyborcę, do podjęcia decyzji. Ograniczano się do haseł “Zagłosuj na nową Europę”, “Irlandia w Europie” itp. nonsensów…
Rzecz jasna, większość tych plakatów była okazją do pooklejania ulic “cudownymi” facjatami polityków, więc większość grafik projektowana była zgodnie z zasadą “duże zdjęcie na środku, wielkie nazwisko u góry, maleńkie ‘zagłosuj na tak’ gdzieś w rogu plakatu”.
Co ciekawe, szybko pojawiła się odpowiedź społeczna na owe kampanie. Dosyć niesamowitym był fakt, że na ulicach pojawiło się mnóstwo konkretnych plakatów zachęcających do odrzucenia Traktatu w referendum. Ilościowo dorównywały one, a po jakimś czasie przewyższyły nawet liczbę plakatów sponsorowanych przez partie polityczne, a co ciekawe, owe grafiki opłacone były z kieszeni zwykłych podatników. Zorganizowali się oni w nieformalne grupy społeczne i przejęli na siebie brzemię przejęcia inicjatywy informacyjnej. Tak więc po jakimś czasie, pod każdym bannerem “na TAK” pojawił się banner “na NIE”, opatrzony zdawkowym wyjaśnieniem.

Na ulicach i w skrzynkach pocztowych Irlandczyków pojawiły się też szybko ulotki informacyjne, poszerzające zakres informacji dotyczących traktatu.

Poniżej pozwoliłem sobie stworzyć małe zestawienie informacyjne, wyjaśniające, dlaczego Republika Irlandii odrzuciła Traktat Lizboński. Oto główne powody [informacje z ogólnodostępnych w Dublinie publikacji]:

1. Traktat Lizboński może być dowolnie zmieniany i modyfikowany bez ponownego referendum. Irlandczycy są przewrażliwieni [i słusznie...] w kwestii utrzymania niskich podatków dochodowych i tych związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej. Francja i Niemcy, którzy najbardziej zyskają na wprowadzeniu traktatu w życie [ich siła głosu wzrośnie łącznie o 110%] od dawna zapowiadają chęć ujednolicenia stawek podatkowych w Europie, tak, by de facto stłamsić szybko rozwijające się i nieobciążone potężnymi świadczeniami socjalnymi europejskie gospodarki. W danej chwili istnieje prawo veta w sprawach podatkowych, jednakże po wprowadzeniu w życie Traktatu na mocy art. 48 owa możliwość będzie mogła zostać pominięta przez natywnych polityków, nie będą oni, tak jak do tej pory, zmuszeni organizować referendum ogólnonarodowego, żeby podjąć ową decyzję.

2. Traktat Lizboński jest niejasny, a jego treść może być dowolnie interpretowana przez europejskie sądy. Treść owego traktatu przekracza 300 stron maszynopisu, jest ciężka do zrozumienia, a jego język jest celowo nieprecyzyjny. Powoduje to wiele niejasności, które w kwestiach spornych będą rozstrzygane na drodze sądowej. Akceptacja Traktatu oznaczać będzie zgodę na niejasne prawo międzynarodowe.

3. Traktat został już odrzucony. 90% procent treści traktatu zostało już odrzucone przez Holendrów i Francuzów, kiedy to nosił on jeszcze nazwę Konstytucji. Teraz odebrano im prawo głosu i zadecydowano za nich. Dlaczego?

4. Traktat powołuje nowe stanowisko – stanowisko Prezydenta Europy. Nowy prezydent nie jest jednak wybierany przez narody europejskie, tylko powoływany z mianowania. Podobnie ma się sytuacja z nowym Ministrem Spraw Zagranicznych Europy. Szczegóły dotyczące ich zakresu obowiązków nie zostały ujawnione, wiadomo jednak, że będą oni odpowiedzialni za promowanie i wdrażanie w życie zamiarów Komisji Europejskiej, która przez ostatnie lata zdążyła zasłynąć z mnóstwa socjalistycznych, kontrowersyjnych i szkodliwych decyzji.

5. Traktat daje większą władzę Brukseli. Poprzez rezygnację z możliwości użycia prawa veta w 60. kluczowych obszarach decyzyjnych Unii Europejskiej suwerenne do tej pory narody europejskie zmuszone zostaną do podporządkowywania się wszelkim decyzjom Brukseli, bez możliwości samostanowienia. W zamian za owe wyrzeczenie, Traktat nie oferuje niczego, co zrównoważyło by ten zachwiany balans. Przez ostatnie 13 lat UE nie udało się zatwierdzić ani jednego własnego budżetu – dlaczego od tej pory mielibyśmy wierzyć w absolutną jednomyślność narodów UE?

6. Traktat likwiduje veto dotyczące umów handlowych. Będzie to miało znaczący wpływ na rolnictwo [w Irlandii para się nim ponad 100 tys. osób, w Polsce jeszcze więcej], przez co silniejsze kraje mogą wywierać niekorzystny wpływ na rolnictwo krajów mniej, lub odwrotnie, bardziej konkurencyjnych. Po likwidacji owego veto miliony rolników w Europie staną przed obliczem bankructwa, spowodowanym de facto kompletnym otwarciem tego sektora. To nie jest jedynie problem rolników – on będzie dotyczył nas wszystkich [w szczególności Irlandii i Polski].

7. Traktat przyczyni się do dalszej militaryzacji UE. W traktacie znajdują się zapisy, które nakazują wszystkim członkom UE podniesienie nakładów na wydatki wojskowe [ale w stosunku do wydatków na, przykładowo, służbę zdrowia, nigdzie nie znalazł się podobny zapis]. Według zapisków traktatu [Art. 188R], kiedy jedno z państw UE ucierpi w wyniku ataku “terrorystycznego”, inne państwa zobowiązane są do pomocy [Irlandia jest krajem neutralnym i wszelkie zapędy militarne odbiera negatywnie]. Traktat da UE więcej powodów dla usprawiedliwiania swoich “misji stabilizacyjnych”, oraz “w zwalczaniu terroryzmu w krajach trzeciego świata” [Art. 28]. Traktat Lizboński nie wymaga również od krajów UE zezwolenia ONZ na przeprowadzanie misji militarnych.

8. Traktat Lizboński stawia interesy prywatnych przedsiębiorców przed interesami ludności. Od dawna wiadomo, że niektóre z sektorów państwa nie powinny być prywatyzowane, ze względu na dobro obywateli [np. prywatyzacja transportu publicznego będzie musiała skończyć się zamknięciem nierentownych, dotowanych dotąd tras, a tym samym odcięciem niezamożnych obywateli od świata]. Traktat Lizboński zlikwiduje prawo veta w kwestiach związanych z edukacją służbą zdrowia i świadczeniami socjalnymi, dążąc do wymuszenia prywatyzacji tych sektorów [Art. 188C]. Traktat Lizboński daje również władzom UE nowe instrumenty kontroli nad ustalaniem budżetów państwowych (!) i sposobem działania służb użyteczności publicznej [Art. 16 i 115]. Instrumenty kontroli cen i wartości wspólnej waluty – Euro, wezmą priorytet nad czynnikami takimi jak zatrudnienie, czy zarobki.

9. Traktat ogranicza demokrację w Unii. Po wejściu w życie Traktatu, politycy UE będą mieli główny wpływ na kształtowanie prawa i regulacji krajów członkowskich. To oni, a nie politycy krajowi będą podejmowali ważne decyzje, przez co łatwiej będzie wprowadzać w życie niepopularne ustawy, które do tej pory blokowane były siłą głosu obywateli. W danej chwili już ok. 80% praw obowiązujących w krajach UE pochodzi nie od ich organów ustawodawczych, ale od organów ustawodawczych UE. Lizbona da prawa ustawodawcze politykom UE w 72. obszarach strategicznych, natomiast rządy narodowe stracą prawo veta w 18. dotychczas istniejących obszarach i 49. nowych. Traktat umożliwi również nałożenie na ludność UE nowych podatków, ponieważ da on UE prawo do ściągania własnych podatków z obywateli UE.

10. Europejska Karta Praw ograniczy wolność informacji i wyrażania poglądów [Art. 11]. Owe wolności mogą być od tej pory “przedmiotem restrykcji czy kar przewidzianych prawem, koniecznych w demokratycznych społeczeństwach, w interesie bezpieczeństwa narodowego, integralności terytorialnej, bezpieczeństwa publicznego, przeciwdziałania nieładowi lub zbrodni, w ochronie moralności, reputacji i praw innych, przeciwdziałania rozpowszechniania informacji otrzymanych w tajemnicy (…)”. Słowa te mogą być niestety dowolnie interpretowane, w zależności od pobudek i interesu interpretującego.

Irlandczycy wymieniają jeszcze wiele innych, pomniejszych powodów… M.in. fakt, że państwa UE staną się od chwili przyjęcia Traktatu czymś na wzór stanów w USA [w najgorszym przypadku republik ZSRR]… Fakt, że powstanie nowe obywatelstwo – obywatelstwo Unii Europejskiej, które będzie zwierzchnie w stosunku do obywatelstw narodowych, czy fakt, że w przypadku wszczęcia nowej wojny, Irlandczycy nie będą musieli podjąć decyzji o wzięciu udziału w niej przez ogólnonarodowe referendum [do tej pory tak właśnie jest].

Traktat Lizboński został odrzucony przez Irlandczyków oficjalnym wynikiem 53,4% głosów na “NIE”, a tym samym jego wprowadzenie w życie zostało zablokowane w całej Unii Europejskiej. Owa sytuacja ma zostać poddana pod obrady w przyszłym tygodniu w Brukseli, ale jak twierdzi irlandzki premier Brian Cowen, nie jest jasne, czy owy szczyt może podjąć w stosunku do wyniku owego referendum jakiekolwiek działania.

—————————————————————–

Za Onet.pl:

*Vaclav Klaus (prezydent Republiki Czeskiej):

Znany ze sceptycznej postawy wobec procesu integracji europejskiej prezydent Republiki Czeskiej Vaclav Klaus wyraził zadowolenie z powodu odrzucenia Traktatu Lizbońskiego w referendum w Irlandii.

Jego zdaniem, wynik głosowania oznacza “zwycięstwo wolności”.

- W jednym jedynym spośród 27 państw UE odbyło się w sprawie Traktatu Lizbońskiego referendum. Tylko w jednym jedynym państwie UE politycy umożliwili obywatelom wyrażenie ich poglądu. Wynik jest chyba dla wszystkich jasnym przesłaniem. Jest zwycięstwem wolności i rozumu nad sztucznymi elitarystycznymi projektami i europejską biurokracją – głosi oświadczenie Klausa.

*Danuta Hubner (polska komisarz ds. regionalnych):

- Unia Europejska nie może zaprzepaścić siedmiu ostatnich lat, jakie poświęciła na przyjęcie nowego traktatu, i mimo irlandzkiego “nie” dla Traktatu z Lizbony, musi iść naprzód – uważa Danuta Huebner. Komisarz zapewniła jednak, że nie traci entuzjazmu i nadziei, że traktat wejdzie w życie.

Bon Jovi – koncert w Punchestown [Irlandia]

wtorek, 10. czerwiec 2008.

Bon Jovi na żywo!
Czy trzeba pisać więcej?
Nie trzeba, ale jestem przekorny… ;]

Minionej soboty spełniłem jedno z długiej listy swoich marzeń – zobaczyłem Bon Jovi live, grających przed kilkudziesięciotysięcznym tłumem. Nie ważne, że bilety do sektora premium były sprzedane w ciągu pierwszych dziesięciu minut… A sprzedawano na pół roku przed koncertem.
Dopchałem się, bezlitośnie eliminując na swej drodze co bardziej zawzięte jednostki fanek, zwanymi także ze względu na gabaryty “ścianami”…
Scena była w zasięgu wzroku krótkowidza. Sukces!

Nie ważne, że wszelkie wiejskie drogi wiodące do toru wyścigów konnych w Punchestown k/Naas [co. Kildare] na ten jeden wieczór wypełniły się benzynowymi tasiemcami, złożonymi z kilkudziesięciu tysięcy członów…

Byłem cierpliwy…

Nie liczyło się nawet, że chłopak stojący przede mną uparcie nie zdejmował z głowy kowbojskiego kapelusza. Moje łydki wytrzymały 4 godziny stania na palcach :)
Wytrzymałyby tydzień, gdyby było trzeba :)

Bon Jovi podziękowało mi za to niesamowitym koncertem!

Wyobraźcie sobie jeden z największych rockowych bandów świata, w trasie po Europie. Oni nie robią tego dla pieniędzy, nie robią tego dla sławy…
Te dwa czynniki zaspokoili przez ostatnie 20 lat na scenie.
Oni robią to wyłącznie dla swoich wiernych fanów, czekających latami na ich występ.
Nie było taryfy ulgowej – koncert perfekcyjny od samego początku do końca!

Ale…

Zanim o samym Bon Jovi w trasie Lost Highway 2007/2008, należy wspomnieć o samym preludium do koncertu!
Supporty zagrali Kid Rock i Razorlight.
Czyli supporty nie byle jakie!

A przynajmniej jeżeli chodzi o sam wydźwięk tych nazw – przecież te amerykańskie “bandy” grają samodzielne trasy, wyprzedając bilety na pniu!

W okolicach 17.00 na scenę wyszedł Kid Rock, który rozgrzał publikę do czerwoności. Mimo wczesnej pory i wciąż przybywającej pod plenerową scenę publiki [a trochę tej publiki było, bo ok. 70 tys.] nie szczędził sił, by wraz z towarzyszącymi mu muzykami wprowadzić ludzi w imprezowy nastrój.

Specyficzna energetyzująca moc towarzysząca jego występowi pozwoliła usłyszeć pierwsze grzmoty z gardeł tysięcy zgromadzonych pod sceną.

A Kid Rock szalał, jak gdyby to on miał być gwiazdą wieczora, za co należą mu się głębokie pokłony… Szalał na bębnach, szalał na gitarze, próbował nawet scratch’ować w dosyć niewygodnej pozycji… A gdyby tego było mało, oczywiście musiał zgubić koszulkę… ;]

Czytaj resztę wpisu »

Zagadka drogowa

środa, 7. maj 2008.

Dublin, godziny popołudniowe. Skrzyżowanie w centrum miasta.

Wskaż dwa samochody, które ustawiły się prawidłowo na swoim pasie.

300

[Kliknij, żeby powiększyć.]

Podpowiedź: jedno z prawidłowo ustawionych aut nie jest białe… ;]

Zlew niezgody

środa, 23. kwiecień 2008.

Z przepastnych otchłani serca i umysłu. Tylko dla osób o mocnych nerwach.

Mieszkanie z czterema kobietami to błąd, który odradzam każdemu myślącemu człowiekowi płci męskiej. Panowie, nie róbcie tego nigdy. Tragiczne nieporozumienie, w które człowiek potrafi uwikłać się nie wiadomo jak i nie wiadomo po co. Jeżeli ktoś jest kompletnym masochistą, to proponuję wzbogacenie mieszanki kobiecej o dodatkowy element więzów krwi [np. trzy z czterech to siostry]. Dzień przeplatany jest wtedy małymi świętami, z których każde zdaje się zostawiać głęboką rysę na mózgowych bruzdach oraz rozregulowywać pracę serca.

Dzisiaj po raz kolejny szewska pasja odwiedziła mój skromny duchowy przybytek…

A powód ten sam, co zawsze. Totalne pierdolenie wszystkich zasad związanych z jakimkolwiek porządkiem we wspólnym, jakby nie patrzeć, dla kilku osób domu. Naprawdę, przyzwyczaiłem się już do faktu, że stół w salonie to śmietnik na brudne talerze, jakieś opakowania po jedzeniu i oprzyrządowanie z serii “chcę być piękna”. Że wszędzie walają się jakieś kurtki, tygodniami leżą porozwalane buty… Po prostu staram się z salonu nie korzystać i tyle. Przyzwyczaiłem się też, że kuchnia zawsze jest zawalona brudnymi talerzami, garnkami, okruchami i innymi resztkami. Staram się oddychać głęboko, kiedy tam wchodzę, robić co muszę i wychodzić jak najszybciej. Przyzwyczaiłem się do tego, że wiecznie brakuje kubków, łyżeczek, czy widelców, bo po całym domu walają się brudne, które do zmywarki znoszone są raz na ruski miesiąc. Naprawdę, do tego też można przywyknąć. Można np. zmyć po kimś i już ma się czysty kubek. Taki trik. Wystarczy tylko nauczyć się żyć ze świadomością, że zmywa się po kimś… A jeżeli sytuacja się przedłuża, a my akurat nie jesteśmy w stanie gotowości do zmywania po kimś, bo i tak bywa, metodą wojenną należy schować sobie jeden kubek, i jeden widelec do użytku własnego… ;]

Ale do jednej rzeczy przywyknąć nie mogę… Do wiecznie zawalonego garnkami i jakimiś innymi naczyniami zlewu. Bo niestety, bez zlewu w kuchni obejść się nie da. Wiecie jak to fajnie np. zmywać 2kg żeliwny garnek, do którego przywarł ryż, w rękach pod kranem? Bo zlew jak zwykle jest zawalony śmieciami, bo żadna z księżniczek nie pali się żeby pozmywać tego, czego nie udało się wepchnąć do zmywarki…? Naprawdę trzeba być cierpliwym i wytrzymałym fizycznie, żeby dokonać takiej sztuki. I musi nam nie przeszkadzać chlapiąca na nas gorąca lub lodowata woda, odbijająca się od wszystkich brudnych naczyń poniżej poziomu zlewu [p.p.z. - nowa miara geograficzna? :) ].

Ciekawy jestem co byście zrobili, kiedy po zwróceniu po raz tysięczny uwagi na to, żeby nie zostawiać brudnych naczyń w zlewie, tylko obok, usłyszeli, żeby w przyszłości korzystać ze zlewu w łazience…?

Jeżeli dotrze do Was kiedyś informacja, że Polak w Irlandii zamordował współlokatorów, to możecie się nie przejmować, bo zostanę uniewinniony…

Ale oczywiście pozory muszą być! Od czasu do czasu dom sprzątany jest na błysk, żeby wzmiankowane delikwentki mogły się poczuć tymi, za które się uważają. Za czyste i schludne kobiety. Bo to, że na co dzień nie zawraca się na to uwagi, nie ma znaczenia. Można żyć w chlewie, tak długo jak nikt z zewnątrz nie widzi. No bo po co się starać, jeżeli nikt nie patrzy…? Gra pozorów musi być opanowana do perfekcji. W końcu “muszą czuć się jak u siebie w domu”… Niestety, szkoda tylko, że kto inny nie może się przez to czuć swobodnie, również “we własnym domu”.

Takie sytuacje wytrącają mnie z równowagi, bo powtarzają się cyklicznie. Dzień w dzień. Jak chińska tortura. Można prosić, można rozmawiać, można się drzeć…

Można dać sobie spokój…

Wdech… Wydech…

Żółw Ninja

sobota, 19. kwiecień 2008.

Konkurs z nagrodami.

Na załączonym obrazku, znajdź Żółwia Ninja.

Nota odautorska: Prosiłbym, żeby chociaż jedna osoba się zgłosiła do konkursu, żebym nie musiał się wstydzić…

America’s brightest star

czwartek, 17. kwiecień 2008.

Zapowiada się osobisty post.

Tytułem wprowadzenia – do domu w którym mieszkam, w odwiedziny do jednej z sióstr, które go również zamieszkują, przyjechał pewien Amerykanin. Amerykanin pełną gębą, bo zapatrzony w jedyne mocarstwo świata (jego słowa) białoruski neofita. Spędził on w USA całe swoje dorosłe życie, tj. ostatnie 12 lat.

Wie o USA wszystko – nie widzi poza nimi niczego. Potrafi narzekać na takie słodkie “intelektualnie zaawansowane” tematy jak G.W. Bush, wojna w Iraku, słabnący dolar… Ale Stany ceni ponad życie, a jak narzeka, to tylko po to, żeby całość brzmiała wiarygodnie. Białorusi nigdy na oczy oglądać już nie chce, mimo tego, że żyje tam jego siostra, która podobno radzi sobie “very well”, ale on nie wie, bo tego nie sprawdzi. Białoruś “makes him sick”. Ma “niesamowitą intuicję” – odkąd skończył 12 lat, wiedział, że będzie żyć w Stanach, nie na Białorusi. Wiedział też, że rozwiedzie się ze swoją pierwszą żoną, Białorusinką, zanim jeszcze ją poznał. Medium.

Ceni sobie za to “honesty” Amerykanów, a nie może patrzeć na Białorusinów z dokładnie odwrotnego powodu. Zapytany ironicznie, czy według niego Amerykanie są “honest”, wymamrotał coś o różnicy pomiędzy “honesty”, a “being honest”, bo wszystko zależy od tego jak postrzega “eye of beholder”. “Honesty” polega według niego najwyraźniej na nieustannym uśmiechaniu się jak wiejski głupek… Dlaczego białoruskie wyrażanie w swoich emocjach niezadowolenia ze stanu rzeczy (brak ciągłego uśmiechania się), nie zalicza się do “honesty”? Bo klucz leży w “eye of the beholder”. Ciekawe jak do jego amerykańskiego “honesty” pasuje zdobycie upragnionego, nobilitującego obywatelstwa poprzez ustawiony ślub…

Błagam…

Do tego typowe zagrywki erystyczne – nasycanie wypowiedzi sofizmatami, każdą próbę udowodnienia ciągiem logicznym, że pieprzy bzdury, przerywa bezustannie idiotycznymi wtrąceniami, nie pozwalając skończyć…

A te jego ciągłe przechwałki, powtarzanie po pięć razy, jak to “nearly missed the plane”, bo “boss rang him” i musiał “go to the office to run some checks”, przez co na lotnisku zjawił się na dwie minuty przed zamknięciem check-in’ów. Ale oczywiście mimo tego, że był nieogolony, niespakowany, zdążył kupić odwiedzanej fajki, bez tego by nie przyleciał, taki jest cool.

Oczywiście opowieści ma bez liku.

Jak to prawie wstąpił do US Army w 2005 roku [gorący okres w Iraku], i jak to oczywiście przyjęliby go do Airforce, żeby mógł prowadzić z bazy w Stanach, przy pomocy dżojstika, bezzałogowe samoloty szturmowe… Oczywiście 15 minut wcześniej przeklinał śmierć amerykańskich żołnierzy na tej niepotrzebnej wojnie.

Na Białorusi za to chcieli wcielić go do elitarnej jednostki spadochronowej, ale jego teściowa interferowała, żeby był bliżej domu, przez co trafił do najgorszej jednostki, batalionu kolejowego, gdzie trafiają sami kryminaliści, którzy nauczyli go, by “don’t take shit from anyone”. Ale on w Ameryce nie może tego stosować, bo tam wszyscy nauczeni są, żeby “take shit”, a jeżeli się stawiasz, to cię zgnoją, bo mają większe od jego doświadczenie w robieniu ludziom problemów.

A Polska? Polska zawsze starała się gnoić Białoruś, robiąc Białorusinom problemy kiedy tylko mogła…

Irlandia jest cudowna, bo jest neutralna – pozwala za darmo i bez problemów międzylądować amerykańskim wojskom w Shannon [miasto na wschodzie Irlandii], a Polacy chcą za tarczę 50 mld USD. Jak oni mogą…? Ale sam fakt, że Polacy jako pierwszy kraj, bez żadnych negocjacji zgodził się wspomóc USA w Iraku, biorąc na siebie zarządzanie najtrudniejszą ze wszystkich strefą stabilizacyjną, za którą oddał życie niejeden polski żołnierz oczywiście przemilczał… A na wypomnienie mu tego, i tego, jak wdzięczni nam za ową nieprzeliczalną na dolary, frajerską wręcz, bezinteresowną pomoc, byli obywatele USA, i dlaczego teraz, za o wiele bardziej istotne przedsięwzięcie nie mielibyśmy zażądać odpowiedniej zapłaty, tylko kiwnął głową, przyznając rację… Po czym przeszedł do błyskotliwej ofensywy, nazywając Polskę frajerskim krajem, który z jednej strony “ssie Amerykańskiego chuja” a z drugiej “wypina dupę Rosjanom”…

Czy dalsza dyskusja w takiej sytuacji jest potrzebna?

Nie jest, normalny człowiek kończy ją pięścią w gardle takiego rozmówcy…

Ja będąc nienormalny, i postawiony przed koniecznością znalezienia alternatywnego rozwiązania, dla “gościa”, cierpliwie udowadniałem swojemu rozmówcy jego głupotę… Co on oczywiście starał się uniemożliwić, przerywając nachalnie każdą wypowiedź, która obnażała jego głupotę i ignorancję…

Do tego liczył na pomoc troskliwych gospodyń, które zauważając napięcie w tej sytuacji, starały się rozładować je, poprzez… Zamknięcie mnie samego!

Skończyło się na “let’s not talk about politics” i “I don’t approve Polish politics, but I don’t hate Polish people”. Po czym dodał, że “American politics” też nie popiera, by załagodzić sytuację…

Ach, zapomniałem dodać, że gdzieś po drodze, gdy próbował zbić mnie z tropu, niewiadomo skąd wplątał do rozmowy Afganistan, i to, że Europa nie jest w ten konflikt zaangażowana (chyba w związku z naszą ochoczą pomocą w Iraku, której rzekomo nie udzielaliśmy w afganistanie). Po czym na uwagę o Polskiej obecności oraz poinformowany przez jedną z bystrzejszych przysłuchujących się, że Brytyjczycy są obecni w Afganistanie, do społu z kilkoma innymi narodami, zaczął wychwalać ten naród jako bogów wojny, którzy walkę mają we krwi, co udowodnili na Rosjanach. Walkę i produkcję narkotyków. Wyśmiany, poinformowany o szkoleniach CIA [wg. niego USA nie jest i nie była w żaden sposób w Afganistanie zaangażowana] przeprowadzanych przez lata w owym kraju, tak by ten naród “bogów wojny” mógł stawiać czoła Rosjanom, stwierdził, że to nieprawda. Po czym przytoczył historyjkę, udowadniającą, jakimi to wojownikami są Afgańczycy, i dlaczego “sami” doskonale dają sobie radę ze wszystkimi wojskami. Otóż [naprawdę wzruszające, bo wzięte z serii "ojciec kolegi"] ojciec kolegi dostał od nich kulkę w głowę z trzech kilometrów – tacy są wojowniczy. Dodam tylko, że trzy kilometry, to wynik nobilitujący najlepszych z najlepszych snajperów świata do grona ścisłej, parunastoosobowej elity. A afgański chłop, wypasający owce, najwyraźniej potrafi wykonać coś takiego pomiędzy kurzeniem haszyszu, a spędzaniem bydła ze stoków…

Oczywiście strzelając z procy, bo przecież Amerykanie nie dali im broni…

Ach, a Euro jest złe, bo daje wybór krajom bogatym w ropę, by te zrezygnowały z petrodolarów i przekonwertowały je na “petro-euro”, co jest nie fair, bo osłabia Stany. A jak stany pierdolną, to wszyscy pójdziemy na dno.

A teraz najebał się czterema drinkami i robi to, co robił cały dzień – wielkie i głośne “patrzcie na mnie”, przeplatane głupkowatymi pokrzykiwaniami w stylu “Uu-uuu!!!”.

Dzisiaj rano poprosił o jedną tabletkę słodzika do swojej herbaty.

A jazda autem z manualną skrzynią jest dla niego rzeczą niepojętą.

Ciemna droga do zwycięstwa

sobota, 5. kwiecień 2008.

Z mrocznych zakamarków mojego sumienia oraz akt szkoleniowych SB, KGB, CIA, Mossadu, MI5&6.

Jak osiągnąć bezwzględną przewagę nad przeciwnikiem. Zniszczyć go.

Poradnik łączący przyjemne z pożytecznym.

Na każdą okazję.

Efekty gwarantowane…

“Sztuka Wojny wg. Frustrata – wybór niezawodnych sposobów na zwycięstwo”

- autor: Frustrat Srustrat.

1. Zyskaj przewagę fizyczną. Uderzaj mocno. Zadaj ból i okaż gotowość pognębiania tego cierpienia. Rób to raz po raz. Przełam jego opór. Jego cierpienie przynosi twój sukces.

2. Zdobądź przewagę intelektualną. Owiń wroga wokół palca. Niech pragnie cię słuchać. Uknuj intrygę pogrążającą go. Przekonaj go. Niech będzie marionetką w twoich rękach.

3. Zyskaj przewagę materialną. Kup go. Zaklej mu oczy i uszy pieniędzmi. Wepchnij do gardła zrolowane banknoty. Napchaj mu nimi jego dłonie. Przejmij nad nim kontrolę. Albo zniszcz. Poderżnij mu na odległość gardło, a banknoty niech stanowią siłę sprawczą.

4. Zyskaj nad nim przewagę ilościową. Osacz go. Otocz go swoją siłą, ludźmi, wpływami. I zaciskaj więzy…

5. Zyskaj nad nim przewagę informacyjną. Szantażuj go. Miej w ręce atut silniejszy od jego najlepszego atutu przeciwko tobie. Miej go w szachu. I nie bój się wykorzystać tej wiedzy kiedy trzeba, obserwując jego bolesny upadek.

6. Zyskaj nad nim przewagę Achillesową. Zobacz wroga jakim jest, czytając jego intencje, poprzez jego największe dokonania. Rozbierz go na drobne czynniki. Znajdź słaby punkt i uderz. Poznaj go, a będziesz miał jego los w garści.

7. Zyskaj nad nim przewagę psychologiczną. Złam go. Ośmiesz go. Poniż go. Zrealizuj jego największe lęki. Wstrząśnij filarami filozofii jego bytu. Niech poczuje smutek lub gniew. Niech straci siłę i ochotę. Niech zniszczy samego siebie. A ty obserwuj.

8. Zyskaj kontrolę nad jego pragnieniami. Przejmij władzę nad jego marzeniami czy potrzebami. Miej go na łasce. Wygraj z nim wyścig do jego nagród. A wtedy zobaczysz poniżenie.

9. Zyskaj kontrolę nad jego wytrzymałością. Zamęcz go. Nie ustawaj w ataku, nie dawaj mu czasu na regenerację, nie pozwalaj na najmniejsze wytchnienie wroga, aż do wyczerpania go. Padnie w końcu na kolana.

10. Nigdy nie daj się prześcignąć w żadnym z powyższych.

*Nota prawna: Niektóre metody mogą kolidować z podstawowymi prawami człowieka.