Archiwum dla grudzień, 2008

Grupa trzymająca układ odniesienia

wtorek, 23. grudzień 2008.

Nazbierało się…

Z bezczynności wynika czynność, z czynności bezczynność.

Ostatnie parę miesięcy zleciało szybko, nasycając mnie nowymi doświadczeniami, ale emocje pozostały te same… Radości i smutki. Tylko amplituda z czasem maleje, człowiek w niewłaściwym środowisku drętwieje, usycha. Coraz słabiej czuję smutek, coraz słabiej radość. Tylko frustracje dają tego samego kopa co zwykle ;]

A trochę się ich nazbierało – wykres sinusoidy przepięknie oscylował z prędkością inspirującą nawet dla współczesnych inżynierów superszybkich procesorów. Przy takich wahaniach jak zwykle wypadłem gdzieś bezwiednie, gubiąc samego siebie. Po raz kolejny. Zaczynam doceniać pracę filozoficzną minionych pokoleń. Że też im wszytskim chciało się przewalać przez własne umysły wciąż te same problemy… Może kiedyś w końcu uda się znaleźć jakieś odpowiedzi – zbiorowa praca pokoleń musi w końcu zaowocować.

Wciąż nie wiem kim jestem, znowu zacząłem kwestionować własny charakter, własne siły i słabości, analizować sukcesy pod kątem złej interpretacji, w dotychczasowych błędach doszukując się jakiejś logiki.

I zgłupiałem jeszcze bardziej.

Przydałby się jakiś układ odniesienia. Ale gdzie go szukać, skoro nie wiem pod jaką postacią może się kryć. Nawet określenie jego materialności/niematerialności pozostaje pytaniem.

I znowu proste fizyczne czynności przynoszą mi spokój. W nich drzemie taka logika i moc przewidywalności… Czy to bzdety, zagadki dla chłopczyka z niecierpliwymi rączkami, które popsują czasem więcej, niż naprawią, angażujące w szukanie rozwiązań wreszcie możliwych do znalezienia. Czy to czysty wysiłek mięśni, przynoszący kojące wyczerpanie. Tak w końcu różne od zastanawiania się, mędrkowania, kombinowania, analizowania możliwości porażki, błędu, przygotowywania się do sukcesu, budowania pewności siebie, oceniania relacji międzyludzkich, czytania w myślach innych, słuchania, uczenia się, planowania. Tego całego mózgo-syfu.

I zawsze musi być, kurwa, jakieś “ale”.

Do wszystkiego. Kurwa, wszystko jest względne, wszystko ma dwie strony, wszystko jakoś szkodzi i jakoś pomaga. Tych wszystkich mistrzów zen, tych wszystkich “zobaczymy-co-będzie” powinno się postawić pod pieprzoną ścianą z ładnymi różowymi przepaskami na oczach. Ja potrzebuję trochę czerni i bieli, trochę solidnego gruntu, na którym mógłbym się zawsze oprzeć, nie ważne co by się działo.

A wszystko to tak naprawdę wynika z tego, że zmęczyłem się już tym pobytem w kraju mlekiem i miodem płynącym. Na mleku i miodzie nie wychowa się zdrowego człowieka, czasem potrzeba trochę czerstwego chleba i “odświeżanego” mięsa. I ta cała płytkość i plastikowość ludzi, którzy zawsze są mili, zawsze uśmiechnięci, od poniedziałku do piątku głusi na innych ludzi, z powodów ambicjonalno-materialnych, w weekendy ogłuszonych i otępionych alkoholem i klubową muzyką. A czasem trzeba porozmawiać z żywym człowiekiem w cztery oczy, żeby móc sobie coś ustalić, w czym się utwierdzić. A kiedy nie ma z kim rozmawiać, człowiek, paradoksalnie, traci pewność samego siebie.

Człowiek, nie ważne jak wartościowy, bez swoich przyjaciół nie jest tym, za kogo się uważa, bo to oni budują jego pozycję wobec innych i wobec samego siebie. Bez nich jest tylko arogantem cierpiącym na brak zaufania innych. Bo nieznajomych ocenia się szybko i powierzchownie, a pierwsza ocena, pierwsze wrażenie, zgodnie z maksymami psychologii społecznej, pokutuje długo.

Układ odniesienia zaczyna się klarować…