Bon Jovi – koncert w Punchestown [Irlandia]

wtorek, 10. czerwiec 2008.

Bon Jovi na żywo!
Czy trzeba pisać więcej?
Nie trzeba, ale jestem przekorny… ;]

Minionej soboty spełniłem jedno z długiej listy swoich marzeń – zobaczyłem Bon Jovi live, grających przed kilkudziesięciotysięcznym tłumem. Nie ważne, że bilety do sektora premium były sprzedane w ciągu pierwszych dziesięciu minut… A sprzedawano na pół roku przed koncertem.
Dopchałem się, bezlitośnie eliminując na swej drodze co bardziej zawzięte jednostki fanek, zwanymi także ze względu na gabaryty “ścianami”…
Scena była w zasięgu wzroku krótkowidza. Sukces!

Nie ważne, że wszelkie wiejskie drogi wiodące do toru wyścigów konnych w Punchestown k/Naas [co. Kildare] na ten jeden wieczór wypełniły się benzynowymi tasiemcami, złożonymi z kilkudziesięciu tysięcy członów…

Byłem cierpliwy…

Nie liczyło się nawet, że chłopak stojący przede mną uparcie nie zdejmował z głowy kowbojskiego kapelusza. Moje łydki wytrzymały 4 godziny stania na palcach :)
Wytrzymałyby tydzień, gdyby było trzeba :)

Bon Jovi podziękowało mi za to niesamowitym koncertem!

Wyobraźcie sobie jeden z największych rockowych bandów świata, w trasie po Europie. Oni nie robią tego dla pieniędzy, nie robią tego dla sławy…
Te dwa czynniki zaspokoili przez ostatnie 20 lat na scenie.
Oni robią to wyłącznie dla swoich wiernych fanów, czekających latami na ich występ.
Nie było taryfy ulgowej – koncert perfekcyjny od samego początku do końca!

Ale…

Zanim o samym Bon Jovi w trasie Lost Highway 2007/2008, należy wspomnieć o samym preludium do koncertu!
Supporty zagrali Kid Rock i Razorlight.
Czyli supporty nie byle jakie!

A przynajmniej jeżeli chodzi o sam wydźwięk tych nazw – przecież te amerykańskie “bandy” grają samodzielne trasy, wyprzedając bilety na pniu!

W okolicach 17.00 na scenę wyszedł Kid Rock, który rozgrzał publikę do czerwoności. Mimo wczesnej pory i wciąż przybywającej pod plenerową scenę publiki [a trochę tej publiki było, bo ok. 70 tys.] nie szczędził sił, by wraz z towarzyszącymi mu muzykami wprowadzić ludzi w imprezowy nastrój.

Specyficzna energetyzująca moc towarzysząca jego występowi pozwoliła usłyszeć pierwsze grzmoty z gardeł tysięcy zgromadzonych pod sceną.

A Kid Rock szalał, jak gdyby to on miał być gwiazdą wieczora, za co należą mu się głębokie pokłony… Szalał na bębnach, szalał na gitarze, próbował nawet scratch’ować w dosyć niewygodnej pozycji… A gdyby tego było mało, oczywiście musiał zgubić koszulkę… ;]

Małe próbki z koncertu [zródło: YouTube]:

Kid Rock – Cowboy/Midnight Rider – [6:41]

Kid Rock- Sweet Home Alabama [2:42]

Kolejnym zespołem “okupującym” scenę był znajdujący się na wznoszącej fali Razorlight…

Niestety, chłopcy to jeszcze młodzi, niedoświadczeni, którzy mimo kilku tzw. hitów, nie potrafili podtrzymać nastroju, którym Kid Rock zaraził widzów.

Brak charyzmy scenicznej, lekko nudnawe piosenki i zerowy kontakt z publicznością sprawiły, że wszyscy czekali ze zniecierpliwieniem na koniec ich występu i rozpoczęcie upragnionego koncertu Bon Jovi…

Ale zanim o tym, dwa słowa należy powiedzieć o samym zapleczu technicznym tego eventu.
Scena, na której dane było zagrać wszystkim zespołom danego wieczora, przygniatała swoją wielkością! O ile podczas koncertów Kid Rock’a i Razorlight nie miała okazji zademonstrować co potrafi, o tyle w momencie wejścia na scenę Jona, Richiego, Davida i Tico, wraz z z akompaniującymi im muzykami, rozbłysnęła tysiącem świateł, telebimy zaczęły tętnić własnym życiem, a technicy, znajdujący się na platformach wokół sceny, na scenie, nad sceną i na wieżach ustawionych w tłumie zajęli się perfekcyjną oprawą całego widowiska…
Wystarczy powiedzieć, że sama scena była jednym wielkim wyświetlaczem, a telebimy były ruchome, rozszczepialne [tak!] obsługiwane przez osobny zespół techników i kamerzystów…

Parę minut po 20.30, na scenie pojawili się legendarni amerykańscy muzycy…
Pod sceną rozpętało się szaleństwo… ;]

Filmik własnego autorstwa – mikrofon w aparacie nie wytrzymał próby tylu gardeł, ale myślę, że doskonale oddaje to atmosferę koncertu :) Bon Jovi wkracza na scenę…

Lost Highway/Born To Be My Baby – [10:37]

Nie było litości! :)

Koncert trwał ponad 2,5 h, czym Bon Jovi pogwałciło restrykcyjne irlandzkie prawo dotyczące koncertów w plenerze [wszystkie mają kończyć się o 22.00, skończyli w okolicach 23.30!].

Niewiarygodne, ale przez cały koncert widownia nie przestała na chwilę [!] śpiewać wraz z zespołem. Nieustające wrzaski i piski rozentuzjazmowanych fanek uszkodziły trwale mój słuch, ale było warto… Zresztą, sam nie byłem najcichszy, przez co zniszczyłem sobie amatorskie nagranie audio koncertu :)

Bon Jovi zagrało 21 piosenek, bez najkrótszej przerwy, przez co zasłużyli sobie na dodatkowe 7 bisów! ;]

Lista koncertowa w kolejności wykonywania:

Lost Highway
Born to Be My Baby
You Give Love a Bad Name
Raise Your Hands
Captain Crash and The Beauty Queen From Mars
Just Older
I’ll Sleep When I’m Dead/Mercy & Start Me Up
Whole Lot of Leavin”
BLaze of Glory
In These Arms
Bed of Roses
We Got It Goin’ On
It’s My Life
Keep The Faith
Ill Be There For You [Richie Sambora]
Have a Nice Day
Somday I’ll Be Saturday Night
Who Says You Can’t Go Home
Living on a Prayer

Na bis:
Hallelujah
Always
Wanted Dead or Alive
Bad Medicine/Shout
Rockin’ All Over The World
These Days

Kilka amatorskich filmików z koncertu. Słuchajcie na rozkręconych głośnikach, być może uda się Wam poczuć namiastkę tego, co czuli zgromadzeni tam fani, łącznie z moją, wyjątkowo wtedy niesfrustrowaną, osobą :)

Mercy/Start Me Up/ I’ll sleep when I’m dead – [6:55]

Wyjątkowo zabawny set sceniczny, podczas którego Bon Jovi zagrali “Mercy” brytyjskiej wokalistki pop Duffy, oraz nieśmiertelne “Start Me Up” Stonesów! Wyjątkowo energetyczne zestawienie, co widać po samym Jonie, którego podczas owego performance’u zdawał się nie opuszczać humor ;]

Nagranie własne – [5:37]

Koncert bez Blaze of Glory? Tak nie można… ;] Ujęcie z mojej niezmordowanej ręki… Audio leży, bateria padła w połowie, ale co mi tam… ;]

Blaze of Glory – [2:30]

Na wyjątkową uwagę zasługuje zdeterminowana fanka z kręgu Golden Circle [ok. 700 euro za bilet], której udało się w dramatycznym stylu rzucić na Jon’a i wywalczyć solidnego całusa… ;] Zwróćcie uwagę na rozbawionego Richiego i Tico.

In These Arms – [6:43]

Inne ujęcie – [0:37]

W połowie koncertu Richie Sambora [jego dziadkowie pochodzą z polskiej wsi - Samborowo, przez co w tym jednym z najbardziej utalentowanych gitarzystów świata płynie odrobina polskiej krwi] dał solowy popis, pozwalając Jon’owi na chwilę odsapnąć… ;]

Tych, dla których zaskoczeniem będzie rasowy rockowy głos Richiego informuję, że nagrał on dwie, absolutnie genialne, solowe płyty – “Stranger In This Town” oraz “Undiscovered Soul”, do których z przyjemnością odsyłam.

I’ll Be There For You – [6:20]

“Ostatnia” piosenka koncertu. Zwróćcie uwagę na niezmordowany tłum, którego energia nie opuściła nawet po dwóch godzinach szaleństwa. Wyprosili sobie tę piosenkę na “koniec”…

Living on a Prayer – [4:57]

Koncert nie mógł zakończyć się bez niezapomnianego klasyka. Jeden z bisów…

Wanted Dead Or Alive – [5:10]

A na zakończenie wieczora, odrobinę nostalgicznie…

These Days – [6:31]

Wykończony tłum nie dał rady “wyklaskać” kolejnej piosenki… Niestety, zdarte gardła i poobijane dłonie nie miały wystarczającej siły przebicia, żeby wywołać zespół na scenę po raz kolejny…

Wszyscy uśmiechnięci, wycieńczeni i spełnieni ruszyli w stronę parkingu, planując już powolutku zakup biletów na kolejną trasę… ;]

Pamiątka z koncertu:

Odpowiedzi: 2 do “Bon Jovi – koncert w Punchestown [Irlandia]”

  1. Monia Powiedział/a:

    Nie noooo…………..:):):) Zazdroszczę!!! Nawet nie wiem co napisać, niech moje milczenie wyrazi wszystko:D A swoja drogą: “Call me young gun, I’m a young gun” Cmok:)

  2. proday Powiedział/a:

    Co oni kombinują na tym przedostatnim zdjęciu? Trochę mi to podejrzanie wygląda…
    Btw, czy autor wtargnął na scenę? Jakoś Go sobie nie wyobrażam ruszającego spokojnie w stronę parkingu z tłumem i w dodatku z uśmiechem.


Dodaj komentarz