Arbeit macht…?

środa, 16. kwiecień 2008.

“Bez pracy nie ma kołaczy” – wmawiali nam to od dzieciństwa, a my czerpiąc z doświadczeń starszych, przekazujemy tę wiedzę dalej. Wiedzę niepodważalną zresztą, chyba że mieliśmy to szczęście urodzić się w bardzo zamożnej rodzinie, lub w jakiś szczęśliwy sposób owe pieniądze zdobyliśmy (patrz – loterie itp.). Praca daje nam zajęcie, daje nam możliwość przeżycia i zaspokajania podstawowych potrzeb, a jeżeli należymy do elity zawodowej, pozwala nam na samorealizację – czynnik równie istotny co pozostałe, chociaż zdaje się, że bardziej niedoceniany…

Podczas kilku najbliższych dni będę miał okazję do doświadczania zawodowego “rozwoju” w… supermarkecie.

Wiem co sobie myślicie, wcale się wam nie dziwię. Zresztą, prawdopodobnie jedynie podzielacie mój własny entuzjazm. Z racji zajęcia jakim się chwilowo param, od czasu do czasu moja firma wydelegowuje mnie do przeróżnych punktów handlowych, przez co mam okazję zapoznać się ze sposobem ich funkcjonowania od zaplecza.

“Sposobem ich funkcjonowania od zaplecza”…

Wysilam się na eufemizmy, zupełnie nie wiem po co.

A może i wiem… Z szacunku dla pracowników wszelkich Tesco, Real, Carrefour, czy innych, nie wypada mi powiedzieć wprost, co myślę o charakterze ich pracy…

Supermarket… Co tu dużo mówić – wszyscy tam bywamy, wszyscy to znamy… Depresyjne światło jarzeniówek, nieustający irytujący jazgot w połączeniu z monotonnym, usypiającym brzęczeniem licznych urządzeń elektrycznych. Dodajmy do tej mieszanki męczącą oczy feerię barw, znaków handlowych, bannerów, wszechobecny brud i kurz, klimatyzowane, suche powietrze, a otrzymamy… Piekło pracownika!

Do tego normowany, ośmiogodzinny czas pracy, niezależny od naszych starań, czy efektywności…

Z mojego punktu widzenia, to prawdziwy i kompletny dramat…

Nie wierzę, że praca w takich warunkach może w jakikolwiek sposób sprzyjać pracownikowi, a przede wszystkim istocie ludzkiej, którą on stanowi. Sam fakt, że osoby zatrudnione w dużych sieciach sprzedaży detalicznej stać na okazywanie jakichkolwiek wyrazów sympatii dla klientów, jest dla mnie niewyobrażalny i godny podziwu.

Ale tak naprawdę nie o tym chciałem pisać.

Otóż jakiś czas temu miałem okazję zapoznać się z najnowszą lekturą pióra Piotra Tymochowicza – polskiego speca od różnego rodzaju socjotechnik i Public Relations. Tymochowicz w książce “Biblia skuteczności” poruszył dosyć interesujący temat, który może tłumaczyć w pewnym sensie moją własną niechęć i niepokój związany z następnymi trzema dniami pracy.

Otóż jestem zupełnie nieprzyzwyczajony do pracy “od-do” [przykładowo: 8.00-16.00], w której jedyną miarą naszej efektywności jest zegar. Z mojego punktu widzenia jest to archaizm, deprymujący i męczący pracownika. Przy z góry zaplanowanych celach na dzień pracy, można osiągnąć o wiele lepsze rezultaty, często poświęcając na nie mniej czasu… A więcej czasu na relaks, oznacza szczęśliwszego pracownika. Szczęśliwszy pracownik to pracownik wydajniejszy…

Tymochowicz napisał kilka ciekawych zdań na temat tego, jak przygotowuje się nas, czy też raczej jak uczy się nas żyć w sposób “od-do”.

Otóż od małego dziecka podświadomie wbija się nam do głowy, że jest czas na pracę i jest czas na relaks. Życie pulsacyjne. Osiem godzin w bezpiecznych czterech ścianach przedszkola, potem powrót do bezpiecznych czterech ścian domu. Kilka godzin w bezpiecznych murach szkoły, potem powrót do domu. Osiem godzin w bezpiecznych murach pracy, potem powrót do bezpiecznego domu… Pięć dni pracy, dwa dni relaksu, 11 miesięcy pracy, miesiąc urlopu, itd. itp.

Cykle. Schematy. Szablony.

Według obserwacji Tymochowicza owy sposób funkcjonowania człowieka ogranicza go intelektualnie, ogranicza jego możliwości kreatywne, upośledza go życiowo. Nie uczy indywidualnego podchodzenia do różnych sytuacji życiowych, nie uczy nienormowanego kontaktu ze środowiskiem, nienormowanego życia. Iluzja czterech ścian, w połączeniu z iluzją statecznego klastra czasowego, wywołuje w człowieku złudne poczucie bezpieczeństwa, które zabija w nim odwagę konieczną do rozwoju. Człowiek nauczony, że kto inny zadba o jego byt, odgradza się od świata pełnego ryzyka, w zamian za wykonywaną posłusznie pracę.

Co gorsza, według obserwacji autora “Biblii skuteczności”, zdecydowana większość osób, które spędzi więcej niż pięć lat w koncernach lub zchierarchizowanych firmach, będzie stracona dla biznesu. Żadnej z tych osób nie będzie już stać na to, żeby podjąć własną, autonomiczną działalność zarobkową. Z owego procesu wykluczył jedynie wyższe kadry zarządzające, które z natury rozpatruje się w odrobinę innych kategoriach.

Tymochowicz powołuje się również na przykłady państw skandynawskich, które starają się wykorzeniać owe, iście socjalistyczne, nawyki społeczne. Powstają szkoły interaktywne, w których dzieci nie mają konieczności obowiązkowego uczestnictwa w szkolnych zajęciach grupowych, ponad określoną normę… Jak się okazuje, rezultaty owych prób wydają się być zdumiewające – młodzież przyswaja wiedzę znacznie szybciej, wykorzystuje ją w o wiele bardziej kreatywny sposób, jest lepiej przygotowana do funkcjonowania jako osoby dorosłe…

Świadomość istnienia owego schematu zdaje się demaskować niesamodzielność ogromnej rzeszy ludzi dorosłych. Często winią oni za swoje niepowodzenia zawodowe siebie samych, kiedy to wydawałoby się, że o wiele bardziej trafnym jest obwinianie całego świata! Zabawny paradoks, o jakże bolesnych skutkach…

Nauczeni tego, że ktoś inny podejmuje za nich ryzyko, godzą się, aby sprzedawać swoje umiejetności za poczucie bezpieczeństwa, jednocześnie czując, że stać ich na więcej. Ale więcej dać z siebie nie potrafią, nie chcą, bo to byłoby wykroczenie poza bezpieczny schemat.

Schemat złudnie bezpieczny, bo nie zapewniający niczego, poza socjalnym zniewoleniem.

Czym naprawdę różni się taki pracownik od więźnia zakładu karnego?

Pozorną wolnością wyboru…?

Tags: , ,

Dodaj komentarz