Miało być o wręczaniu sobie czekoladowych jajek na Wielkanoc, ale po co… Kto wie, ten wie… Kto nie wie, ten już się nie dowie… Szkoda czasu.
Będzie o “lojalności”.
Ale nie typowo – “Och! Jacy ci ludzie są nielojalni, Hela, mówię ci!”, albo “Nie lubię kłamstwa, zawiści, nielojalności…” [ - to akurat mógłby być cytat z serwisu randkowego]. Będzie mniej typowo, ale też pewnie powtarzalnie. Z serii: “Czy warto…?”.
Czy warto być lojalnym?
Niby prosta sprawa – “lojalność” to w dużym uproszczeniu “dobro”, “nielojalność” to “zło”. Czarne i białe odpowiednio przyszeregowane.
Ale czy “warto”? Czy nie bycie lojalnym, to to samo co bycie nielojalnym?
Nie, to nie to samo.
Bycie nielojalnym, to postępowanie według pewnego wzorca – w tym przypadku wzorca anty. Ale nie bycie lojalnym, znaczy już co innego. Znaczy tylko, że z pewnego wzorca zachowania rezygnujemy, decydując sie na indywidualne rozpatrywanie każdej sprawy.
Czyli… Przykład dziecinny, ale obrazowy. Kolega bije kogoś. Bije się z kimś. Pomagamy mu, czy nie? Czy pytamy najpierw, skąd ta bójka i kto zawinił, czy ślepo pomagamy koledze, bijącemu nieznajomego?
Czy w przypadku kiedy lojalność kłóci się z naszym sumieniem, czy zasadami, powinniśmy być zobowiązani do dochowania jej, czy też nie? A jeżeli nie, to czy w ogóle powinniśmy rozpatrywać lojalność jako wartość w życiu?
A co jeżeli nie powinniśmy?
Co, jeżeli zdecydujemy się w sytuacjach konfliktu interesów osoby z nami związanej, a konfliktu własnych zasad postawić na zasady? Czy naprawdę stracimy? I czy to będzie oznaczało jakąkolwiek utratę szacunku ze strony obserwatorów zewnętrznych?
Czasem wydaje mi się, że gdyby zrezygnować w życiu ze wszystkich tych rzekomych ułatwień, w postaci wzorców zachowań i hierarchii wartości, a zastąpić je każdorazowym indywidualnym, zdroworozsądkowym, czy niezorientowanym na publikę, podejmowaniem decyzji, bylibyśmy o wiele szczęśliwsi, bardziej integralni, spójni wewnętrznie…
Wielu problemów emocjonalnych można by uniknąć, wiele wyleczyć, a i wiele sukcesów osiągnąć dodatkowo, w porównaniu do obecnego stanu rzeczy.
Więc dlaczego obecne ślepe hierarchie zachowań społecznych wydają się takie dobre, takie szlachetne, takie niepodważalne? Dlaczego jawią się atrakcyjnie, kiedy w rzeczywistości niektóre z nich, mogą być najgorszymi z możliwych rozwiązań?
Bezmyślność, czy strach przed zmianami? A może lenistwo i przyzwyczajenie? Niechęć do wyłamywania się z szeregu?
Ciekawe ilu z Was już o tym myślało? Ilu przed nami o tym myślało? Ile pokoleń temu?
Pewnie wielu…
Hmm…
I nikt nie wygrał…
Spisek?
Żydzi?
Pedały?
Komuniści?
Ech… Chyba mam nawroty schizofrenii…
Ewentualnie przebłyski geniuszu…
Nie stawiałbym jednak na nie.
No cóż, drogie dzieci, przemyślcie swoje życia, i nie róbcie już źle.
[Jak mi się nie chce...]
Tags: ciasteczka, czekoladki..., schizofilozofia, serduszka, sympatycznie i miło
niedziela, 6. kwiecień 2008. @ 19:03
Rezygnacja ze standardów, przybranie postawy innej niż spodziewana, ‘naturalna’ to najprostszy sposób budowania wizerunku. Może stąd te rozważania? Nie chcesz być taki sam. Nie jesteś taki sam. I chcesz to wyrażać. Nie ma, o czym rozmyślać, Frustracie. Jesteś inny, bo jesteś. Choć rozumiem, że na emigracji łatwo zagubić to poczucie.
niedziela, 6. kwiecień 2008. @ 19:58
Tutaj czuję się inny bardziej niż w “naturalnym” środowisku, więc nie doszukiwałbym się większego sensu w tej hipotezie.
Nie chodzi mi o wizerunek człowieka w oczach innych, ale o człowieka w jego własnych oczach.