Paraliżujące poczucie ubezwłasnowolnienia. Ostatnio odczuwam je nader mocno. Mam wrażenie, że jestem kurczakiem, któremu ktoś w przypływie chęci do żartów odrąbał łeb. A potem obserwował.
Moja bieganina na autopilocie – od punktu “A” do punktu “B” po najkrótszej trasie. Po drodze zero przeszkód, ładna, równa i znana już przestrzeń… Tylko po co ją pokonywać? Kogut w końcu by zdechł, niezależnie od przebiegniętego dystansu, nie uciekłby losowi. A ja? Mam biegać po to, żeby zdechnąć?
A może po to, żeby zacząć żyć?
Ostatni kilkudniowy pobyt w Polsce był dla mnie najtrudniejszym ze wszystkich, które pamiętam. Nie było ich znowu tak wiele – staram się unikać zbyt częstych pobytów w kraju, są one dosyć rozstrajające. W pozytywnym znaczeniu. Czuję się jak żołnierz na przepustce – wszystko zaczyna nabierać żywszych barw. A potem czeka na mnie powrót do monotonii i szarości “robotniczego” dnia. Chodzi o to, że w momencie, kiedy życie na emigracji zaczyna poważnie nudzić, każdy powrót do kraju jest zagrożeniem wewnętrznej spójności. Udany pobyt za granicą polega w pewnym sensie na przyjęciu pewnych ograniczeń i zaakceptowaniu ich jako część normalności. Każda odskocznia, która pokazuje nam, że może być inaczej, rozstraja. A ja zaczynam rozstrajać się coraz bardziej…
Większość z nas rozumie, że widok swojego miasta nocą, spacer po jego ulicach w piękny słoneczny dzień, szczera radość w oczach znajomych, potrafi być nie tylko wspomnieniem, ale i obietnicą. Nie tęskni się do wspomnień, ale pożąda tych obietnic… A najgorsze, co może w podobnej sytuacji spotkać człowieka, to próba wmówienia sobie, że żadnych obietnic nie ma, ba!, cele tych mrzonek wcale nie istnieją! I niestety, teraz właśnie trwa moje resetowanie się na irlandzką rzeczywistość.
Zaczyna mnie to powoli męczyć… A może już zmęczyło? Możliwe, ale sęk w tym, że nie zawsze można robić to, na co ma się ochotę. Czasem trzeba dać sobie trochę czasu, na zbudowanie odpowiednich fundamentów pod przyszłość, czy marzenia. A przynajmniej taka jest moja filozofia chwili obecnej…
Całą sprawę zdaje się pogarszać moja “cudna” praca. Wychodząc z domu czuję się, jakbym wpadał w stan hipnotyczny. To co robię, robię automatycznie, bez chęci, potrzeby, jakiejkolwiek stymulacji, czy przyjemności. Wyłączam się. Dwie ręce, dwie nogi, bez centralnego ośrodka sterowania. Rób i myśleniem nie zawracaj sobie głowy. Najzwyczajniejsza w świecie stagnacja w stopniu zaawansowanym. Życie robota. Programiści wszystkim się zajęli – ty teraz machaj tylko rączkami. Zero wyzwań, zero niewiadomych – całość taka prosta, jałowa, niewymagająca. Taka niezgodna ze mną i moją naturą… Taka cholernie nudna. Taka frustrująca.
Czasem mam wrażenie, jakbym w tym wszystkim stał gdzieś obok. Nie utożsamiał się z samym sobą. Nie czuł potrzeby zbytniego ingerowania w ruchy marionetki. Ot, tak, od czasu do czasu pociągnę jakiś sznurek, żeby skorygować nieodpowiedni ruch i tyle… Z powrotem na tor. Czuję się, jak mały człowieczek zamknięty w jakiejś maszynerii własnego ciała. To może wydać się dziwne, szczególnie tym, którzy mieli okazję mnie poznać. Nie jestem biernym typem osobowości. Ale jak widać siedzi ona we mnie… Ile miejsc na świecie, tyle alter-ego?
Z jednej strony tak jest łatwiej, bo czas szybciej leci, a z drugiej trudniej, bo nie współgra ze mną. A patrząc na to z boku, chyba nawet trochę niebezpiecznie. Człowiek, który nie żyje w swoim świecie, może sobie zrobić całkiem realne “kuku” podczas chwili zapomnienia…
Co mogę zrobić, żeby to zmienić? Żeby zerwać sznurki, zboczyć z toru? Oczywiście mogę czekać…
Ale czekanie to żmudny proces dla ludzi o cierpliwości świętych.
Dlatego najzwyczajniej w świecie, trzeba podjąć odpowiednie decyzje i wcielić je w życie.
Życie toczy się do przodu, niezależnie od nas, co jest chyba cudowną zaletą tego świata. Cokolwiek by się nie działo, zawsze przychodzą zmiany.
Wszystko ma swój czas i miejsce, ale tylko pod warunkiem, że jest to teraz i tu… ;]
Czas, który mam, się nie marnuje… :)
wtorek, 18. marzec 2008. @ 23:50
oby ci to jakiejś traumy nie zostawiło :]
Może spowodowało to też przedwiośnie i brak słońca, a może to jakiś znak… albo po prostu przestań przyjeżdżać do Polski w ostateczności.
a jaką decyzję podjąłeś to nie zdradzisz wiernym czytelnikom?
Środa, 19. marzec 2008. @ 0:42
Oczywiście, że zdradzę. Po fakcie… ;]
piątek, 21. marzec 2008. @ 17:33
masz jakieś zaparcie [literackie]? dużo błonnika w diecie podobno pomaga, spróbuj.. ;]
piątek, 21. marzec 2008. @ 18:28
Zwykłe fizyczne zmęczenie mnie dorwało. Ale powoli wracam do formy, więc nie ma co się martwić…
niedziela, 6. kwiecień 2008. @ 18:59
Mamy naturalną skłonność do poświęcania teraźniejszości myślom perspektywicznym, bądź też do rozpamiętywania przeszłości. Trudno jest myśleć o tym, co tu i teraz. Może dlatego, że nigdy ‘tu i teraz’ nie zadowala nas w pełni? ‘Życie idzie do przodu’, ‘to cudowna zaleta ego świata’…, bo coraz bliżej do śmierci, hm?
niedziela, 6. kwiecień 2008. @ 20:00
I zabij tę myśl, bo cię zatruje
Że czas, który masz się marnuje
– Abradab