Bycie dobrym jest nudne. Bycie złym… No cóż… Co najmniej otwiera przed nami nowe horyzonty…
Jak to jest, że na codzień staramy się uciekać od własnej natury. Nie potrafimy zaakceptować w sobie tego co ludzkie? Wpędzamy się co i rusz w nowe kompleksy, tylko i wyłącznie z powodu prób dążenia do ideału?
W telewizji uśmiechają się do nas piękni, sympatyczni, uśmiechnięci ludzie. Tacy mili dla wszystkich dookoła, tacy maślani… A nam jest tak miło i słodko to oglądać. Haha! Jasne… Czekamy tylko,aż komuś powinie się noga, albo wykaże się odrobiną, jakże pożądanej złośliwości. To są te momenty, wyzwalają w nas naprawdę czyste, niefiltrowane uczucia!
Swoją drogą, nie bez przyczyny mówi się, że złośliwość jest cechą ludzi inteligentnych. Być miłym może każdy.
Ludzki rodzaj natura zaprogramowała tak, by dążył do samodoskonalenia. Do przetrwania i wszechstronnego rozwoju. Co gorsza, niestety, sami narzucamy sobie kulturowe jarzmo, które powstrzymuje nas od osiągnięcia tego celu. Żadna ciepła klucha nie posunie świata naprzód – tego mogą dokonać tylko ci, którzy nie boją się tego elementu zła, siedzącego gdzieś wewnątrz. Tej odrobiny zwierzęcej agresji, tej zaprogramowanej chęci dominacji. Tej iskierki zła.
Uśmiechem i serdecznością można dokonać rzeczy wielkich, ale nie wiekopomnych. Do tego trzeba odrobiny testosteronu i negatywnych emocji. Nic innego tak nie napędza.
Swoją drogą, ugrzecznione charaktery, sympatyczne osobowości, pozbawione są pewnej głębi. Tej odrobiny tajemniczości i zwierzęcego magnetyzmu, który potrafi być taki hipnotyzujący. I kuszący… Można im wejść na głowę, jeżeli się chce, tylko po co? Rzeczy łatwe nie są wyzywające. I to chyba uwłacza im najbardziej…
Dlaczego zabraniamy sobie prawa, do reagowania instynktownego. Dlaczego na wszytko musimy nakładać maskę cywilizacji, wychowania? Dlaczego boimy się wyrażać własne myśli, mówić wprost, pokazywać, co naprawdę czujemy?
I dlaczego za każdym razem kiedy sobie na to pozwolimy, ktoś inny, lub my sami (kwestia zaprogramowania), zacznie wywoływać w nas poczucie winy. O ile przyjemniej jest dawać sobie prawo do przepraszania tylko wtedy, kiedy my mamy na to ochotę. Nie kiedy chcą tego inni?
Irlandczycy mają pewien nawyk językowy. Ciągle powtarzają “Oh! Sorry!”. Jak mantrę. Zajdziesz im drogę, usłyszysz “Oh! Sorry!”. Nadepniesz im na stopę – “Oh! Sorry!”. Będą zagradzali jedyne przejście w budynku, a ty w lekkim poirytowaniu przepchniesz się przez nich brutalnie – “Oh! Sorry!”. Wszystko “Oh! Sorry!”.
A gdyby choć raz przestali się o wszystko obwiniać, i przyznali sobie rację do postępowania tak, jak oni chcą, i nie liczenia się z innymi. Nie mówię tu o powrocie do wszechobecnego chamstwa (tu akurat Polska mogłaby być przykładem lustrzanym), ale do drobnego upustu emocjonalnego. Wymownego spojrzenia mówiącego “Spieprzaj gnojku!”, zamiast ciągłego poniżania siebie i swojego wizerunku, poprzez branie pełnej odpowiedzialności za najmniejsze głupstwo. Ciągłego bicia się w piersi. Dlaczego ludzie tak bardzo dążą do tego, żeby się poniżyć i zanegować swoje człowieczeństwo – swoją omylność, emocjonalność, zwierzęce instynkty?
Zrób coś złego, pomóż sobie!
Przeklnij otwarcie babcię wpychającą się na siłę do autobusu.
Podrażnij psa sąsiada.
Bądź niemiły dla zatrzymującego cię policjanta.
Nie daj się zdominować szefowi w biurze.
Zacznij wypowiadać głośno i dobitnie co myślisz, kiedy człowiek w kolejce przed tobą płaci pięć minut kartą za paczkę gum do żucia.
Wykop dzieciom piłkę z boiska.
Kopnij kogoś w tyłek.
Zrób coś, co zostanie uznane za niesympatyczne, nieprzyjemne, niedobre. Tylko nie szukaj półśrodków. Wszystko, co może zostać odebrane przez kogoś, jako fajne, czy być usprawiedliwione się nie liczy. Liczy się tylko to, co sprawi, że poczujesz się dobrze. A ktoś inny na myśl o tym poczuje się gorzej, przestraszy się, zniesmaczy…
Nie przepraszaj. Śmiej się w twarz. Poczuj słodycz bycia złym.
Przejdź na ciemną stronę mocy.
sobota, 1. marzec 2008. @ 14:52
Widzisz.. nie każdy ma taką naturę jak Ty. (a właściwie my ;)) Nie każdy ma takie same potrzeby, nie dla każdego bycie złośliwym to bycie sobą. Niektórzy lubią być kluchami.
sobota, 1. marzec 2008. @ 15:14
Ta odrobina tajemniczości i zwierzęcy magnetyzm, który potrafi być taki hipnotyzujący i kuszący nie są wynikiem zła.
Wiesz, gdyby mnie ktoś przyłapał na drażnieniu psa sąsiada dłońmi z lakierem i wyszminkowanymi ustami, wykopującą chłopcom piłkę z boiska na wysokich szpilkach, kopaniu kogoś w tyłek, podczas gdy człowiek średniego wzrostu jest wyższy ode mnie o pół głowy, wcale nie chciałby mnie grrrrrrr…
Bo pies, dzieciaki, czy babcia to zbyt poniżające. Wewnętrzny magnetyzm tego nie dostrzega. Szkoda własnej ciemnej strony na takie głupstwa, Frustracie.
sobota, 1. marzec 2008. @ 16:31
Miło, że potraktowałaś to dosłownie… ;]
Nie chodziło mi o bycie debilem i robienie z siebie chama i złośliwca na siłę. Namawiam do spuszczenia z siebie pary, w odpowiednich sytuacjach.
Pisząc o magnetyzmie i tajemniczości odwoływałem się do przykładu ludzi, którzy są jej pozbawieni. Nie dlatego, że są dobrzy i mili. Również nie dlatego, że wyżywają się na otoczeniu. Dlatego, że boją się siebie samych.
Wszystko można zrobić z klasą, kwestia charakteru. Nawet psu, dzieciakom, czy babci.
P.S. Niski wzrost nie skreśla Cię z miejsca w konkursie kopania po tyłkach. Co więcej, Twoje kopnięcia są wyżej premiowane… ;]
sobota, 1. marzec 2008. @ 16:48
Taaaa, w moim przypadku, jeżeli miałeś to samo na myśli, publiczność stawiałaby raczej na uderzenia głową ;-).
sobota, 1. marzec 2008. @ 17:03
Aż taka malutka jesteś? :]
No cóż, może jednak pozostańmy przy drażnieniu psa sąsiada… ;]
sobota, 1. marzec 2008. @ 17:46
Przepraszam, ale ‘malutka’ może spowodować trwały uraz tam, albo na mózgu. Dlatego na Twoim miejscu liczyłabym się ze słowami ;-).
sobota, 1. marzec 2008. @ 17:56
Lubisz rozpoczynać zdanie od przeprosin? ;]
A “malutka” było określeniem Twoich rozmiarów. Na czułości i podobne kontrreakcje przyjdzie jeszcze czas… ;]
sobota, 1. marzec 2008. @ 18:10
Pod warunkiem, że nie zmienisz zasad i pozostaniesz Moim Maleństwem.
sobota, 1. marzec 2008. @ 19:02
Mama…?!
sobota, 1. marzec 2008. @ 22:25
O nie, tak się bawić, Frustracie, nie wypada!
niedziela, 2. marzec 2008. @ 0:46
Chcesz się bawić? ;]
czwartek, 13. marzec 2008. @ 23:33
Fajny temat Frustrat. Ale komentarze już nie (choć chyba pokazują to, o czym pisałeś).
Pzdr.
Ps. proday. Jest niesamowicie wiele rzeczy ważniejszych od wzrostu.
czwartek, 13. marzec 2008. @ 23:34
Ps 2. Fajne zdjęcie. Obróbka czy ty naprawdę nosisz się z takim obliczem?
Pzdr
piątek, 14. marzec 2008. @ 1:27
Raz, ze chyba nie zrozumiałeś intencji tych komentarzy, bo robisz obrażoną minę… ;] Wiem, jak to brzmi, ale to był czysty śmiech, żadne dziwne propozycje… Raczej nie jesteśmy z ProDay ekstrawertycznymi ekshibicjonistycznymi świrami seksualnymi (prawda?)… ;]
A dwa, w odp. na P.S.2 – żaden PS, generalnie jestem wymalowany, jak pedał na paradzie, ale “jak widać, dobrze mi z tym” ;] Siwych włosów u mnie brak (w takiej ilości…) a i zmarszczek raczej mniej.
Swoją drogą, jest jakiś związek pomiędzy traumatycznymi przeżyciami, a charakterem samej twarzy. Jeszcze takich traum nie przeżywałem, więc trzeba było domalować kredką… :D
piątek, 14. marzec 2008. @ 20:50
Obrażoną minę? Ja? Widzę, że ktoś tu lubi sobie nad interpretować fakty.
No i się czepiać nie musisz panie super, hiper, ekstra polonisto.
piątek, 14. marzec 2008. @ 22:21
“żaden PS” = “żaden Photoshop”
Wcale się nie czepiałem… ;]
Gdybym już miał się czepiać, to napisałbym, raz, P.p.s., a nie PS.2, a dwa, że gdyby ktoś uważniej stawiał kropki to odróżniałby Post scriptum od Photoshopa… ;]
Ale nie jestem czepialski i nie reaguję na zaczepkę z super hiper ekstra polonistą… ;]