Archiwum dla marzec, 2008

Autoportret z uczuciem

czwartek, 27. marzec 2008.

Brakuje mi życia…

Dopada mnie apatia. Zazwyczaj, w tej powydziwianej istocie, która nosi moje mniej powydziwiane imię, siedzi tyle różnych ciekawych emocji. A ostatnio potrafię się tylko skarżyć…

To źle, tamto niedobrze, ci głupi, tamci debile… Nic mi nie pasuje, wszystko ma jakąś wadę, zalety są marginalne, niewidoczne. Pogoda dziwna, w pracy wymyślają, w domu jak zwykle…

Malkontent pełną gębą.

Nie, żeby w 5sv

Cudownie… Wylałem puszkę gazowanego syfu na kolana i podłogę… Odpowiedni moment – zawsze miałem wyczucie czasu… ;] Przynajmniej teraz wiem, w jaki sposób stymulują stymulanty… Jedyna pozytywna stymulacja, jakiej ostatnio doświadczam.

Wracając… Nie żebym w optymalnej formie zachowywał się jak postać z sitcomu komediowego, ale przynajmniej nie burczałem sobie pod nosem jakichś przekleństw. A teraz? Cholera, emo – nikt mnie nie lubi, nic mi nie idzie, deszcz w twarz…

Gdybym nie stawiał depresji w jednym szeregu z innymi medycznymi wymysłami współczesnej cywilizacji – dysleksją, ADHD i astygmatyzmem, to pewnie zacząłbym się zastanawiać, czy przypadkiem nie padło na mnie…

Ale nie wierzę, więc jeżeli już coś gdzieś padło, to mi na łeb.

Życie poza krajem jest jednak do niczego, jeżeli człowiek nie potrafi świadomie zadowalać się byle czym. Męczy. Mało radości, dużo codzienności. Takie proporcje dają w kość – z Irlandczykami, mimo tego, że ich lubię i cenię, nie potrafię zawiązać relacji. Nie ta mentalność, działają na nas inne bodźce. Z Polakami, no cóż, wiadomo jak z nami jest. Szczególnie, jeżeli trzeba obcować z towarem eksportowym. Bez znaczka “Teraz Polska”, ze znaczkiem “40%”.

Tak, wszyscy źli, a ja jestem królewiczem z bajki… Ha!

Nawet filmy z sieci ostatnio jakieś kiepskawe.

Swoją drogą, miałem okazję przysłuchiwać się dzisiaj pewnej rozmowie w pracy. Dziewczyny w biurze w związku z nowym kontraktem firmy, zaczęły tworzyć peany, jak to tanio można kupić filmy i muzykę w Tesco. Jak często trafiają się okazje, jakie niskie ceny, i tak dalej… Materiał na reklamę proszku do prania. Czułem się jak ufoludek. Szczególnie po tym, jak wciągnięty na siłę do konwersacji, odpowiedziałem w przypływie głupiej szczerości, że średnio się orientuję w temacie, bo nie kupuję ani filmów, ani muzyki. Dopiero po chwili zrozumieli, o co mi chodzi… Przepaść kulturowa, a na samym dnie ja! ;]

Żeby dopełnić obrazu nieszczęścia, dodam tylko, że wciśnięto mi dzisiaj na siłę służbowy samochód, bo z racji konieczności odbycia dłuższej niż zazwyczaj podróży, firma postanowiła zaoszczędzić na kilometrówce. Nic się nie uczą. Pierwszy samochód przerysowałem, drugi rozbiłem, a w szybę tego dzisiejszego pieprznął jakiś kamień z drogi. Za jakiś miesiąc w miejscu odprysku pojawi się ładny pajączek. Do trzech razy sztuka! A chcieli zaoszczędzić… ;]

Zresztą, odechciało mi się pisać. Nie będę z siebie robił pośmiewiska…

Dziękuję za uwagę.

Wschód wschodu/zachód zachodu

wtorek, 25. marzec 2008.

Gdzie się podziała nasza duma?

Kiedyś (raptem lekko ponad 60 lat temu) bycie Polakiem kojarzyło się z odwagą, honorem, niezłomnością, wielkim sercem i duchem, pracowitością. Dzisiaj została pracowitość… Spuszczamy łby i uznajemy wyższość rasy Panów – tych lepszych, tych zza Odry.

Jak bardzo złości mnie to zginanie karku, przymilne wypowiedzi, pokorne spoglądanie na zachodniego rozmówcę i potakiwanie… Ten brak pewności siebie, świadomości własnej wartości, czy kulturowego i historycznego dziedzictwa. Relacja pana i niewolnika. Jednostronnie ukierunkowany szacunek. Psy wypracowały sobie lepszy układ, niż my…

W dodatku ciągle ubliżamy sami sobie, starając się wywyższyć na marnym tle, zamiast prezentować sobą pewną jakość, nie niską, a myślę, że wyższą niż zachodnia. Te wyzywanie się od Polaczków, gardzenie sobą nawzajem, dyskredytowanie wszelkich sukcesów. A z drugiej strony spijanie popłuczyn po zachodnich gwiazdkach, ukorzenianie ich marnych standardów we własnej ojczyźnie, lizanie tyłków każdemu, kto nie potrafi wymówić “y”, “ę”, “ą”, “ź”, “ś”,”ć”, “dź”, “ń”…

Zwróćmy na chwilę oczy na naszych przodków – ale tych, z którymi minęliśmy się o pokoleniowy włos – urodzonych po 1900.

To byli inni Polacy – władali językami, byli spójni w swojej tożsamości, głowy nosili wysoko, ale wiedzieli też, kiedy należy je pochylić. Potrafili pracować rękami tak samo mocno, jak głowami. Polscy mężczyźni wyróżniali się z tłumu, nie wąsem i przepoconą koszulką, ale siłą, inteligencją i sprytem. Kobiety rzucały na kolana świat- nie głębokimi dekoltami i łatwością nawiązywania “kontaktów” – ale klasą, wdziękiem i nietypową dla płci pięknej zaradnością.

Bycie Polakiem, wywoływało wtedy prawdziwe zainteresowanie na świecie – kojarzeni byliśmy z zupełnie inny sposób. Nikomu wtedy nie przyszłoby na myśl, żeby wspomnieć coś o alkoholu na hasło: Polak. To byłaby obelga. Dzisiaj, każdy matoł myśli, że dzięki takiemu skojarzeniu, ma powód do dumy i okazję do zaimponowania. Żadna to duma…

Z cyklu “Żywot autora”… Jednym z najgorszych uczuć, jakich doświadczyłem podczas zagranicznych eskapad, jest te cholerne wrażenie upokorzenia, łączone z gniewem i buntem, odczuwane w momencie, kiedy rozmówca poznawał moją narodowość. i co gorsza, uczucia te nie wynikały ze mnie, ale były mi perfidnie narzucane z zewnątrz. Wiecie, jakie to deprymujące, kiedy podchodząc do nieznajomej osoby, widzicie, jak ta chce zrobić na nas jak najlepsze wrażenie, stara się, pręży, prostuje, do czasu, kiedy nie usłyszy wschodniego sposobu artykulacji pewnych głosek. A wtedy następuje diametralne odwrócenie relacji, na które nie ma się już wpływu, bo jest głęboko zakorzenione w świadomości rozmówcy. Zaczyna on patrzeć na ciebie z góry, z pewnym pobłażaniem, politowaniem. Wyższością.
Nie wiem, zastanawiam się czasem, czy nie wyciągam pochopnych wniosków… Może zwyczajnie większość”Europejczyków” (my jesteśmy “europejczykami” ze wschodu – podrzędnymi) są najzwyczajniej w świecie zadufanymi debilami, i człowiek nie ma się okazji o tym przekonać, dopóki nie otworzą pyska… Tak.

Chciałbym w to wierzyć, ale nie mogę. To my sami zapracowaliśmy sobie na takie traktowanie, po bardzo konkretnej pomocy wojsk niemieckich i radzieckich. W pewnym momencie poddaliśmy się, bo sam fakt II Wojny Światowej i późniejszej okupacji nie może być jedynym, chociaż wygodnym, wytłumaczeniem obecnego stanu rzeczy. To my, brakiem wiary i siły oddaliśmy te starcie z rzeczywistością walkowerem. Przykro mi to mówić, ale tę walkę przegraliśmy jako naród, i długo jeszcze nam przyjdzie za to pokutować.

No więc, gdzie jest nasza duma? Czy zapomnieliśmy już, jak to jest trzymać wysoko głowę i wierzyć w trafność i sensowność wypowiadanych przez nas słów? Czy wartość naszych charakterów poddała się dewaluacji? Deprecjacji? Jak samochody z salonu 1. stycznia każdego roku?

Dlaczego pozwalamy sobie narzucać to jarzmo. Czy łatwo żyć, będąc przykutym łańcuchem do budy stereotypowego osądu?

Na to ostatnie pytanie mogę odpowiedzieć na głos. Nie jest łatwo. Nie warto.

Nie pozwólmy na to.

Nie pozwólmy traktować się jak upośledzone dzieci, ale i też nie dawajmy powodów do takiego traktowania. Znajmy swoją wartość i nie zgadzajmy się na mniej, niż powinniśmy. Ale też i nie żądajmy zbyt wiele – przesada to jedna z podstaw śmieszności. Nie pozwalajmy się dyskredytować na świecie, tylko dlatego, że nasze portfele nie są tak zasobne, jak portfele wypychane euro, czy dolarami, zamiast złotówkami. To nie jest nasze brzemię – to nasz powód do dumy. Bo dzięki temu m.in. nie zatraciliśmy tyle dziedzictwa kulturowego, ile mieniący się kolorem złota zachód. Na wiele rzeczy my sami możemy spojrzeć z politowaniem, którym karmi się nas od dekad. Chociażby przy okazji Wielkanocy. Wolicie pisanki, czy czekoladowe jaja Cadbury i Nestle za €5 sztuka? A dzień po Wielkanocy, wielka promocja, -50% off the marked price. “Wow”, kurwa, “wow”… Już widzę tą radość, na twarzach przyszłych pokoleń. Cieszę się, że nikt nie może mi zabrać moich wspomnień. Wielkanocne śniadanie, zamiast wielkanocnych zakupów. Śmigus z wiadra, zamiast zwykłego wolnego poniedziałka…

Jesteśmy tą generacją, której niczego już nie brakuje. Niczego. Wykorzystajmy to wreszcie, nie bierzmy przykładu z rodziców, bo oni, mimo wielkiego szacunku, jakim darzę tą generację, wiele już nie zdziałają, bo to nie działania ich nauczono.

Udowodnijmy światu własną wartość.

Bądźmy wreszcie dumni.

Konkretny temat

niedziela, 23. marzec 2008.

Miało być o wręczaniu sobie czekoladowych jajek na Wielkanoc, ale po co… Kto wie, ten wie… Kto nie wie, ten już się nie dowie… Szkoda czasu.

Będzie o “lojalności”.

Ale nie typowo – “Och! Jacy ci ludzie są nielojalni, Hela, mówię ci!”, albo “Nie lubię kłamstwa, zawiści, nielojalności…” [ - to akurat mógłby być cytat z serwisu randkowego]. Będzie mniej typowo, ale też pewnie powtarzalnie. Z serii: “Czy warto…?”.

Czy warto być lojalnym?
Niby prosta sprawa – “lojalność” to w dużym uproszczeniu “dobro”, “nielojalność” to “zło”. Czarne i białe odpowiednio przyszeregowane.

Ale czy “warto”? Czy nie bycie lojalnym, to to samo co bycie nielojalnym?
Nie, to nie to samo.

Bycie nielojalnym, to postępowanie według pewnego wzorca – w tym przypadku wzorca anty. Ale nie bycie lojalnym, znaczy już co innego. Znaczy tylko, że z pewnego wzorca zachowania rezygnujemy, decydując sie na indywidualne rozpatrywanie każdej sprawy.

Czyli… Przykład dziecinny, ale obrazowy. Kolega bije kogoś. Bije się z kimś. Pomagamy mu, czy nie? Czy pytamy najpierw, skąd ta bójka i kto zawinił, czy ślepo pomagamy koledze, bijącemu nieznajomego?
Czy w przypadku kiedy lojalność kłóci się z naszym sumieniem, czy zasadami, powinniśmy być zobowiązani do dochowania jej, czy też nie? A jeżeli nie, to czy w ogóle powinniśmy rozpatrywać lojalność jako wartość w życiu?

A co jeżeli nie powinniśmy?

Co, jeżeli zdecydujemy się w sytuacjach konfliktu interesów osoby z nami związanej, a konfliktu własnych zasad postawić na zasady? Czy naprawdę stracimy? I czy to będzie oznaczało jakąkolwiek utratę szacunku ze strony obserwatorów zewnętrznych?

Czasem wydaje mi się, że gdyby zrezygnować w życiu ze wszystkich tych rzekomych ułatwień, w postaci wzorców zachowań i hierarchii wartości, a zastąpić je każdorazowym indywidualnym, zdroworozsądkowym, czy niezorientowanym na publikę, podejmowaniem decyzji, bylibyśmy o wiele szczęśliwsi, bardziej integralni, spójni wewnętrznie…

Wielu problemów emocjonalnych można by uniknąć, wiele wyleczyć, a i wiele sukcesów osiągnąć dodatkowo, w porównaniu do obecnego stanu rzeczy.

Więc dlaczego obecne ślepe hierarchie zachowań społecznych wydają się takie dobre, takie szlachetne, takie niepodważalne? Dlaczego jawią się atrakcyjnie, kiedy w rzeczywistości niektóre z nich, mogą być najgorszymi z możliwych rozwiązań?

Bezmyślność, czy strach przed zmianami? A może lenistwo i przyzwyczajenie? Niechęć do wyłamywania się z szeregu?

Ciekawe ilu z Was już o tym myślało? Ilu przed nami o tym myślało? Ile pokoleń temu?
Pewnie wielu…

Hmm…
I nikt nie wygrał…

Spisek?

Żydzi?

Pedały?

Komuniści?

Ech… Chyba mam nawroty schizofrenii…
Ewentualnie przebłyski geniuszu…

Nie stawiałbym jednak na nie.

No cóż, drogie dzieci, przemyślcie swoje życia, i nie róbcie już źle.

[Jak mi się nie chce...]

I zabij tą myśl, bo Cię zatruje…

wtorek, 18. marzec 2008.

Paraliżujące poczucie ubezwłasnowolnienia. Ostatnio odczuwam je nader mocno. Mam wrażenie, że jestem kurczakiem, któremu ktoś w przypływie chęci do żartów odrąbał łeb. A potem obserwował.

Moja bieganina na autopilocie – od punktu “A” do punktu “B” po najkrótszej trasie. Po drodze zero przeszkód, ładna, równa i znana już przestrzeń… Tylko po co ją pokonywać? Kogut w końcu by zdechł, niezależnie od przebiegniętego dystansu, nie uciekłby losowi. A ja? Mam biegać po to, żeby zdechnąć?

A może po to, żeby zacząć żyć?

Ostatni kilkudniowy pobyt w Polsce był dla mnie najtrudniejszym ze wszystkich, które pamiętam. Nie było ich znowu tak wiele – staram się unikać zbyt częstych pobytów w kraju, są one dosyć rozstrajające. W pozytywnym znaczeniu. Czuję się jak żołnierz na przepustce – wszystko zaczyna nabierać żywszych barw. A potem czeka na mnie powrót do monotonii i szarości “robotniczego” dnia. Chodzi o to, że w momencie, kiedy życie na emigracji zaczyna poważnie nudzić, każdy powrót do kraju jest zagrożeniem wewnętrznej spójności. Udany pobyt za granicą polega w pewnym sensie na przyjęciu pewnych ograniczeń i zaakceptowaniu ich jako część normalności. Każda odskocznia, która pokazuje nam, że może być inaczej, rozstraja. A ja zaczynam rozstrajać się coraz bardziej…

Większość z nas rozumie, że widok swojego miasta nocą, spacer po jego ulicach w piękny słoneczny dzień, szczera radość w oczach znajomych, potrafi być nie tylko wspomnieniem, ale i obietnicą. Nie tęskni się do wspomnień, ale pożąda tych obietnic… A najgorsze, co może w podobnej sytuacji spotkać człowieka, to próba wmówienia sobie, że żadnych obietnic nie ma, ba!, cele tych mrzonek wcale nie istnieją! I niestety, teraz właśnie trwa moje resetowanie się na irlandzką rzeczywistość.

Zaczyna mnie to powoli męczyć… A może już zmęczyło? Możliwe, ale sęk w tym, że nie zawsze można robić to, na co ma się ochotę. Czasem trzeba dać sobie trochę czasu, na zbudowanie odpowiednich fundamentów pod przyszłość, czy marzenia. A przynajmniej taka jest moja filozofia chwili obecnej…

Całą sprawę zdaje się pogarszać moja “cudna” praca. Wychodząc z domu czuję się, jakbym wpadał w stan hipnotyczny. To co robię, robię automatycznie, bez chęci, potrzeby, jakiejkolwiek stymulacji, czy przyjemności. Wyłączam się. Dwie ręce, dwie nogi, bez centralnego ośrodka sterowania. Rób i myśleniem nie zawracaj sobie głowy. Najzwyczajniejsza w świecie stagnacja w stopniu zaawansowanym. Życie robota. Programiści wszystkim się zajęli – ty teraz machaj tylko rączkami. Zero wyzwań, zero niewiadomych – całość taka prosta, jałowa, niewymagająca. Taka niezgodna ze mną i moją naturą… Taka cholernie nudna. Taka frustrująca.

Czasem mam wrażenie, jakbym w tym wszystkim stał gdzieś obok. Nie utożsamiał się z samym sobą. Nie czuł potrzeby zbytniego ingerowania w ruchy marionetki. Ot, tak, od czasu do czasu pociągnę jakiś sznurek, żeby skorygować nieodpowiedni ruch i tyle… Z powrotem na tor. Czuję się, jak mały człowieczek zamknięty w jakiejś maszynerii własnego ciała. To może wydać się dziwne, szczególnie tym, którzy mieli okazję mnie poznać. Nie jestem biernym typem osobowości. Ale jak widać siedzi ona we mnie… Ile miejsc na świecie, tyle alter-ego?

Z jednej strony tak jest łatwiej, bo czas szybciej leci, a z drugiej trudniej, bo nie współgra ze mną. A patrząc na to z boku, chyba nawet trochę niebezpiecznie. Człowiek, który nie żyje w swoim świecie, może sobie zrobić całkiem realne “kuku” podczas chwili zapomnienia…

Co mogę zrobić, żeby to zmienić? Żeby zerwać sznurki, zboczyć z toru? Oczywiście mogę czekać…

Ale czekanie to żmudny proces dla ludzi o cierpliwości świętych.

Dlatego najzwyczajniej w świecie, trzeba podjąć odpowiednie decyzje i wcielić je w życie.

Życie toczy się do przodu, niezależnie od nas, co jest chyba cudowną zaletą tego świata. Cokolwiek by się nie działo, zawsze przychodzą zmiany.

Wszystko ma swój czas i miejsce, ale tylko pod warunkiem, że jest to teraz i tu… ;]

Czas, który mam, się nie marnuje… :)

Przydrożny taniec

niedziela, 16. marzec 2008.

Ty głupi upośledzony widzu! Ty marna istoto wysysająca ścieki wypływające z twojego telewizora. Ty godny pożałowania sterowalny dziwolągu. Ty naiwniaku…

Patrz jak tańczymy, śpiewamy, fikamy koziołki…

Słuchaj naszych banalnych “błyskotliwości”. Naszych “dowcipów”. Naszych słodkości…

I głosuj… Oglądaj, przeżywaj, komentuj…

I głosuj…

A my?

A my robimy swoje. Sprzedajemy się. Kup nas. Tanio! Weź nas za bezcen!

Będziemy się do Ciebie mizdrzyć, przymilać, sprzedawać ci “poruszające” opowieści z życia prywatnego. Pokażemy dupę, cycki, opowiemy jak i przed kim rozkładamy nogi… Pokroimy się. A jeżeli ktoś z naszych bliskich jest chory, umarł w wypadku, przechodzi jakiś kryzys…

No cóż… Hurra!

Spieniężymy to!

Opowiemy, zapłaczemy, ty zapłaczesz… A potem pójdziemy do butiku.

To znaczy “my” pójdziemy. Ty pójdziesz do pracy…

Ale to przecież nie nasza wina – chcecie nas, macie. Jesteśmy dla was, za tą drobną opłatą. Czy to naprawdę tak wiele?

Nie.

Patrzcie na nas! Jeżeli znudzą się już nasze piękne twarze, obserwujcie dalej. Patrzcie jak się upadlamy. Eksperymentujcie na nas! Czy nie chcecie przekonać się, ile człowiek jest w stanie zrobić, dla paru złotych, dla chwili sławy, dla garstki “fanów”? Bo przecież nie chcielibyście być na naszym miejscu. To takie męczące – być na sprzedaż, nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile stłumionych emocji kryje się pod naszymi radosnymi maskami. Nie móc zrobić tego, na co ma się ochotę, powiedzieć tego, co się myśli… Nie można nawet pomyśleć tego, co chciałoby się pomyśleć. Przecież ratingi gonią! Oglądalność, wzmianki w mediach, błyski fleszów. Przecież to jest takie nietrwałe! Wystarczy odrobina nieuwagi! I czar pryśnie. Musimy się starać!

Przecież nie można ryzykować wypowiedzi i zachowań, które choć w życiu normalne, ba!, wręcz wyczekiwane, w mediach nie działają.

Nie każdy może sobie na to pozwolić.

Do tego trzeba mieć charyzmę.

Ładny uśmiech, zgrabny tyłek, czy starannie przygotowany “skandal” jednak też wam wystarczy!

Osobowość… O czym wy mówicie. Już dawno udowodniliście, że to zbędne. Wystarczy trochę żelu i błyszczące buty.

Na prezencji, drobnym talencie, ładnej figurze można zarobić. A raczej zarabiać…

Tylko… Niestety, przez jakiś czas.

A potem… Ach! Szkoda mówić. Wszyscy się tego tak bardzo lękamy. Nie wierzysz? Możesz zobaczyć to w naszych oczach..

Boimy się jej.

Próżnia!

Jak możecie nam to robić?! Zsyłać nasze przerośnięte ego tam, gdzie nikt nie będzie na nie patrzył…

Koniec, wymiana efemerycznych pokoleń “gwiazd”, “artystów”, i innej maści naszych ekranowych kolegów po fachu. Zostaną tylko ci z nas, którzy: a) mają plecy b) mają charyzmę. Resztę zastąpi nowe pokolenie spragnione high-life’u… I majestatycznych przechadzek po Złotych Tarasach, czy innych weekendowych świątyniach próżności. Naszych świątyniach!

Wymiana Złotych Cielców na Złotych Tarasach.

A cóż wtedy począć. Co jest temu winne? Przecież nie widz. On zawsze pragnie tego samego – prostej, bezmyślnej rozrywki. Takiej, która pozwoli się odprężyć po całym dniu na taśmie w fabryce, czy przy kasie w supermarkecie. Takiej, którą tak chętnie mu dostarczamy na każde skinienie.

Co jest temu winne? Czemu już nie chcą nas kochać? I płacić…

Bo nigdy nie kochali.

Tak jak nie kocha się przydrożnych kurew.

Pod powiekami

wtorek, 4. marzec 2008.

Ach! Takie słodkie, takie rozluźniające…

Czytaj powoli, leniwie… Bardzo nieśpiesznie…

Wszystkie mięśnie rozprężają się, każde przeciągnięcie ma w sobie tyle ukrytej rozkoszy. Niby wysiłek, ale inny, ekstatyczny…

Rozluźnij się, pozwól sobie na tą odrobinę ekstrawagancji. To nie jest marnowanie czasu, nic Ci nie ucieknie… Wszystko będzie tam, gdzie było wcześniej, a kto wie, może bez Twojgo udziału coś posunie się do przodu…?

Zgaś światło, połóż się, zamknij oczy… Dokąd ucieka Twój umysł?

W przyszłość…?

W przeszłość…?

Marzysz, czy wspominasz?

A może żadne z powyższych?

Może to nie wydarzenia siedzą w Twojej głowie?

Może to ludzie?

Albo osoba?

Czy jest ktoś konkretny, kogo widzisz, kiedy zamkniesz oczy?

Czy jest jakaś specjalna Ona, specjalny On?

A może…?

Ty?

Podziwiasz siebie?

A może ganisz?

Jest coś, co chcesz zmienić?

Masz plany?

Odpłyń, pogrąż się w nich. Wyobraź sobie, co by było, gdyby…

Cieszy Cię to?

A może przyjmujesz to jako naturalną kolej rzeczy, bez emocji?

Czy może…?

Smuci?

Dręczy…?

Lubisz się smucić, kiedy zamykasz oczy?

A jeśli nie, to co wtedy?

Przewracasz się na drugi bok?

Wstajesz?

Nie. Nie możesz wstać. Ten błogostan jest zbyt przyjemny…

A czy…?

Czy szukasz czegoś więcej?

Czego…?

Czy to o czym marzysz, kiedy zamykasz oczy, jest tym, czego naprawdę chcesz?

Czy łudzisz się, że jest inaczej? Twój umysł, Twoja podświadomość się myli…?

Wiesz lepiej od siebie?

Czy boisz się, że kiedy otworzysz oczy, wrócisz do świata, w którym nie znajdziesz tego, co masz pod powiekami?

A może…?

A może ten świat jest tam, kiedy otwierasz oczy?

Wstań.

Od niezdarności do niepełnosprawności

poniedziałek, 3. marzec 2008.

W domu 12 st. C, olej dostarczą dopiero jutro, ale ja będę chory już dzisiaj. Wygram ten wyścig… ;]

W dodatku zostałem wyśmiany w supermarkecie przez, na oko 80-letnią, staruszkę. Bezczelnie się ze mnie nabijała. A pomyśleć, że kilka sekund wcześniej, cierpliwie (czyt. bez werbalnych komentarzy) za nią podążałem, czekając aż zdecyduje się, w którą stronę popchnie swój koszyk. Była podła.

Potknąłem się o jakiś kawałek drewna, najprawdopodobniej fragment palety transportowej. Ot, niby nic wielkiego. Żadna niezdarność, nie potknąłem się o własne nogi, o podłogę, czy ścianę (a tak też mi się zdarza). Nastąpiłem na kawałek drewienka. Nie było spektakularnego “bum!”, nie było poślizgu, ani wrzasku przerażenia. Nie wygrałbym za to pralki w “Śmiechu warte”. Nastąpiłem, lekko się zachwiałem, zatrzymałem, wkopałem pod najbliższą lodówkę, żeby nikt inny nie podzielił mojego losu. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie ten charczący odgłos, przypominający śmiech.

I te spojrzenie.

I te komentarze.

W jednym z nich, roześmiana oznajmiła mi, że całe szczęście to nie była ona. Zwykła podłość… ;]

Babcia mi pojechała…

Ech…

Niby później próbowała przepraszać, ale efekt takich przeprosin jest marny, jeżeli ktoś cały czas próbuje powstrzymywać parsknięcia śmiechu.

A niby taka biedna była, ubrana na szaro, chusta na głowie, polska babcia wypisz wymaluj…

No nic, kolejny kopniak dla mojego wybujałego ego. Ten na górze chyba próbuje mi coś powiedzieć.

Całe szczęście, babcia odbędzie tą rozmowę pierwsza… }:]

Inna sprawa, że postanowiłem skreślić dwa słowa na temat niepełnosprawnych w Irlandii. Przez setki lat mieszkańcy Zielonej Wyspy zmuszeni byli do reprodukcji we własnym, dosyć zamkniętym kręgu. Oprócz plagi rudzielstwa zaowocowało to również, o wiele bardziej poważnymi i mało zabawnymi następstwami – całą rzeszą różnego rodzaju chorób genetycznych, o których wszędzie tu słychać, defektów wrodzonych, oraz różnego rodzaju syndromów. Nie znam statystyk, ale podejrzewam, że Irlandia jest w ścisłej europejskiej czołówce, jeżeli chodzi o odsetek osób niepełnosprawnych i upośledzonych.

Ale jest też na pewno w czołówce krajów, które próbują w rozsądny sposób pomóc niepełnosprawnym, a co za tym idzie i ich opiekunom, prowadzić “normalne” życie.

Daruję sobie przemowę na temat zasiłków, programów pomocy, samego podejścia życia osób niepełnosprawnych w społeczeństwie. Irlandia robi dla nich jedną rzecz, do której Polska jeszcze nie dorosła. Traktuje ich jak ludzi, którzy są potrzebni.

Żeby nie być gołosłownym, przytoczę jeden bardzo obrazowy przykład. Irlandzki rząd postarał się o to, aby ludzie niepełnosprawni byli zatrudniani w dużych sieciach supermarketów. Nie wiem jak to działa z punktu prawnego, ekonomicznego, czy podatkowego, ale to rozwiązanie zdaje się funkcjonować w praktyce bez zarzutu. W każdym supermarkecie możemy zobaczyć kogoś cierpiącego na syndrom Down’a, upośledzonego umysłowo, czy lekko niepełnosprawnego fizycznie. Ci ludzie pomagają w prostych czynnościach – ostrzegają klientów, jeżeli ktoś wylał coś na podłogę, zbierają koszyki spod kas, przecierają półki…

Nikogo nie odstrasza widok szeroko uśmiechającego się do nas 40-latka, o charakterystycznych rysach twarzy. Nikogo nie dziwi, jeżeli zacznie on śpiewać głośno piosenki, czy tańczyć między regałami. Jedyne, co można wtedy zauważyć, to wszechobecny uśmiech na twarzy klientów. Nie politowania, ale szczerej sympatii.

Raz, że aktywizacja zawodowa podobnych osób niepełnosprawnych, daje im zajęcie, wyrywa ich z domu i pozwala w pewien sposób cieszyć się życiem. Dwa, że osoby zajmujące się nimi na codzień, mają więcej czasu, na zajęcie się sobą. Najważniejsze jest jednak to, że społeczeństwo będąc bliżej takich ludzi, przestaje postrzegać ich jako odrażające wybryki natury, a zaczyna dostrzegać w nich tych, którzy zwyczajnie mieli mniej szczęścia.

Nie wiem jak jest w innych krajach Europy Zachodniej. Chciałbym natomiast, aby tak było w Polsce.

Miałem okazję dorastać na podwórku, na którym równolegle do mnie dorastał chłopak z zespołem Down’a. I bardzo się z tego cieszę, bo kiedy minęły już dziecięce fazy głupich żartów, wybryków itp. kretynizmów, mogłem zrobić krok naprzód, stając się jego kolegą. I patrząc z perspektywy czasu, bardzo to sobie cenię. Prawdę mówiąc, nauczyłem się od niego więcej, niż on mógłby kiedykolwiek nauczyć się ode mnie. Gdyby tylko więcej osób miało szanse stykać się z podobnymi ludźmi na codzień, myślę, że każdy z nas miałby dzięki temu szansę, żeby inaczej spojrzeć na życie.

Pewna dojrzałość może przyjść z czasem, albo z doświadczeniem.

Tylko po co marnować czas…?

Porozmawiaj sobie czasem

niedziela, 2. marzec 2008.

Jako, że dawno nie było nic konkretnego o prawdziwych frustracjach, przyszła najwyższa pora żeby nadrobić zaległości.

Mam chemicznego doła z powodu braku snu (sam się sobie dziwie, że zdarzają mi się jeszcze noce, podczas których nie śpię min. 8 godz. – przecież to prawie szaleństwo…), mam też chemicznego doła z innego, coweekendowego powodu, a do tego skończył się olej grzewczy, w domu zimno, nos zimny, a ceny jak na złość poszły właśnie w górę i będziemy w plecy. Ech…

I te wszystkie dzisiaj sytuacje, może z dodatkiem innych, skłoniły mnie do przemyśleń na temat: “Co denerwuje mnie podczas rozmów”. Proste i logiczne…

Nie lubię, kiedy ktoś unika kontaktu wzrokowego. Albo mówi ze spuszczoną głową.

Nie lubię, kiedy ktoś kłamie, albo, co gorsza, kłamie i robi to na tyle nieudolnie, że wiem. Tym bardziej, że kłamstwo nigdy się nie sprawdza. Od zawsze preferowałem totalną szczerość (co kilka osób może mieć mi do dzisiaj za złe ;]). Prawda jest łatwa do wypowiedzenia – trzeba tylko nie być tchórzem.

Nie lubię, kiedy ktoś ciągle robi sobie jaja. Nie lubię kiedy ktoś jest ciągle poważny. Jest czas na żarty i na powagę. Ciągłe żarty, jak i ciągła powaga sprawiają, że ma się komuś ochotę wbić pięść w twarz. Albo kolano. Albo pięść i kolano… Tak…

Nie lubię, kiedy ktoś udaje, że coś wie, kiedy nie wie. I próbuje udawać, że ma wiedzę, kiedy wyraźnie jej nie ma… Nie lubię, kiedy debile wypowiadają swoje opinie. Dobry debil, to cichy debil.

Oczywiście w mojej pokręconej osobowości, debilem jest każdy, kto ma zdanie inne niż ja. I co gorsza, dobrze mi z tym, bo naprawdę zawsze wierzę, że mam rację… ;]

Nie lubię, kiedy ktoś nie mówi wprost i ciągle obija w bawełnę. Wszystko trzeba z niego wyciągać na siłę. Wyrywanie z niego informacji jest takie męczące… A i tak na końcu je wyciągniemy, więc to wszystko to najzwyklejsze działanie na nerwy…

Tajemnic nie lubię. Raz, że nie potrafię powstrzymać własnej ciekawości, spalam się w niej, dwa, że i tak na końcu się dowiem. Ten moment pomiędzy jest taki drażniący. Aż mnie trzęsie na samą myśl.

Nie lubię ludzi, którzy powtarzają po rozmócy. Chodzące magnetofony.

Nie lubię, kiedy ktoś się podlizuje. Nie zależnie od tego, czy ma rację, czy nie… ;] Jeżeli ma rację, to nielubię go trochę mniej, ale jeżeli fałszywe przedkłada nam świadectwo, to policzone będą jego dni…

Nie lubię, kiedy ktoś mówi nie na temat, odbija na milion dygresji, opowiada jak minął mu dzień. Fajna rzecz, jeżeli się ze sobą sypia, ale w pozostałych przypadkach raczej się nie sprawdza…

Nie lubię, kiedy ktoś mruczy pod nosem, albo gdzieś w drugą stronę. Raz, że to brak pewności siebie, a ludzi niepewnych siebie trudno szanować, a dwa, że trzeba, cholera, nasłuchiwać…

Nie lubię, jak ktoś ciągle narzeka. [UWAGA - BLOG NIE JEST FORMĄ ROZMOWY - W BLOGU NARZEKAĆ MOŻNA I TRZEBA] Wiem, że to złe, bo sam narzekam. I wiem jakie to jest męczące i irytujące. Dla obu stron.

Nie lubię, kiedy ktoś jest przesadnie miły, ciągle się uśmiecha, i generalnie traktuje rozmówcę jak dobra babcia przygłupiego wnuczka. Pięść w twarz.

Nie lubię kiedy rozmówca ma jakieś tematu tabu. Bo nie wypada, bo się wstydzi, bo nie może… Co to za człowiek, który boi się powiedzieć tego co myśli…?

Nie lubię, kiedy olewa się rozmówcę. Kiedy się nie słucha, lub udaje, że coś obchodzi. Marnowanie czasu obojga. A można powiedzieć przecież wprost i zaoszczędzić obojgu wysiłku.

Nie lubię bezustannego przytakiwania, wtrącania głupich fatycznych “tak, tak…”, “no, no…”, “żartujesz?”, “nie gadaj!”, itp. niepotrzebnych dźwięków. Słuchać trzeba z zamkniętymi ustami.

Nie lubię ciągnąć rozmów i rozmów na siłę. To takie niezręczne i nienaturalne.

Nie lubię, kiedy ktoś mówi nieśmieszne żarty, ale ponieważ wszyscy go lubią, to udają, że ich to bawi. I ten śmiech i udawanie dobrej zabawy na siłę… Kula w łeb. Sobie.

Ale generalnie lubię sobie porozmawiać.

Rozmowa jest dobra.

;]

Grrr…

sobota, 1. marzec 2008.

Bycie dobrym jest nudne. Bycie złym… No cóż… Co najmniej otwiera przed nami nowe horyzonty…

Jak to jest, że na codzień staramy się uciekać od własnej natury. Nie potrafimy zaakceptować w sobie tego co ludzkie? Wpędzamy się co i rusz w nowe kompleksy, tylko i wyłącznie z powodu prób dążenia do ideału?

W telewizji uśmiechają się do nas piękni, sympatyczni, uśmiechnięci ludzie. Tacy mili dla wszystkich dookoła, tacy maślani… A nam jest tak miło i słodko to oglądać. Haha! Jasne… Czekamy tylko,aż komuś powinie się noga, albo wykaże się odrobiną, jakże pożądanej złośliwości. To są te momenty, wyzwalają w nas naprawdę czyste, niefiltrowane uczucia!

Swoją drogą, nie bez przyczyny mówi się, że złośliwość jest cechą ludzi inteligentnych. Być miłym może każdy.

Ludzki rodzaj natura zaprogramowała tak, by dążył do samodoskonalenia. Do przetrwania i wszechstronnego rozwoju. Co gorsza, niestety, sami narzucamy sobie kulturowe jarzmo, które powstrzymuje nas od osiągnięcia tego celu. Żadna ciepła klucha nie posunie świata naprzód – tego mogą dokonać tylko ci, którzy nie boją się tego elementu zła, siedzącego gdzieś wewnątrz. Tej odrobiny zwierzęcej agresji, tej zaprogramowanej chęci dominacji. Tej iskierki zła.

Uśmiechem i serdecznością można dokonać rzeczy wielkich, ale nie wiekopomnych. Do tego trzeba odrobiny testosteronu i negatywnych emocji. Nic innego tak nie napędza.

Swoją drogą, ugrzecznione charaktery, sympatyczne osobowości, pozbawione są pewnej głębi. Tej odrobiny tajemniczości i zwierzęcego magnetyzmu, który potrafi być taki hipnotyzujący. I kuszący… Można im wejść na głowę, jeżeli się chce, tylko po co? Rzeczy łatwe nie są wyzywające. I to chyba uwłacza im najbardziej…

Dlaczego zabraniamy sobie prawa, do reagowania instynktownego. Dlaczego na wszytko musimy nakładać maskę cywilizacji, wychowania? Dlaczego boimy się wyrażać własne myśli, mówić wprost, pokazywać, co naprawdę czujemy?

I dlaczego za każdym razem kiedy sobie na to pozwolimy, ktoś inny, lub my sami (kwestia zaprogramowania), zacznie wywoływać w nas poczucie winy. O ile przyjemniej jest dawać sobie prawo do przepraszania tylko wtedy, kiedy my mamy na to ochotę. Nie kiedy chcą tego inni?

Irlandczycy mają pewien nawyk językowy. Ciągle powtarzają “Oh! Sorry!”. Jak mantrę. Zajdziesz im drogę, usłyszysz “Oh! Sorry!”. Nadepniesz im na stopę – “Oh! Sorry!”. Będą zagradzali jedyne przejście w budynku, a ty w lekkim poirytowaniu przepchniesz się przez nich brutalnie – “Oh! Sorry!”. Wszystko “Oh! Sorry!”.

A gdyby choć raz przestali się o wszystko obwiniać, i przyznali sobie rację do postępowania tak, jak oni chcą, i nie liczenia się z innymi. Nie mówię tu o powrocie do wszechobecnego chamstwa (tu akurat Polska mogłaby być przykładem lustrzanym), ale do drobnego upustu emocjonalnego. Wymownego spojrzenia mówiącego “Spieprzaj gnojku!”, zamiast ciągłego poniżania siebie i swojego wizerunku, poprzez branie pełnej odpowiedzialności za najmniejsze głupstwo. Ciągłego bicia się w piersi. Dlaczego ludzie tak bardzo dążą do tego, żeby się poniżyć i zanegować swoje człowieczeństwo – swoją omylność, emocjonalność, zwierzęce instynkty?

Zrób coś złego, pomóż sobie!

Przeklnij otwarcie babcię wpychającą się na siłę do autobusu.

Podrażnij psa sąsiada.

Bądź niemiły dla zatrzymującego cię policjanta.

Nie daj się zdominować szefowi w biurze.

Zacznij wypowiadać głośno i dobitnie co myślisz, kiedy człowiek w kolejce przed tobą płaci pięć minut kartą za paczkę gum do żucia.

Wykop dzieciom piłkę z boiska.

Kopnij kogoś w tyłek.

Zrób coś, co zostanie uznane za niesympatyczne, nieprzyjemne, niedobre. Tylko nie szukaj półśrodków. Wszystko, co może zostać odebrane przez kogoś, jako fajne, czy być usprawiedliwione się nie liczy. Liczy się tylko to, co sprawi, że poczujesz się dobrze. A ktoś inny na myśl o tym poczuje się gorzej, przestraszy się, zniesmaczy…

Nie przepraszaj. Śmiej się w twarz. Poczuj słodycz bycia złym.

Przejdź na ciemną stronę mocy.