Dzisiaj będzie dramatycznie. Tak, dla odmiany… ;]
Dzisiaj będzie o wielkim oszustwie, którego ofiarą padłem ja i kilkadziesiąt milionów innych, być może nieświadomych tego jeszcze mężczyzn!
Pora skończyć z tym fałszem, raz na zawsze rozprawić się z…
NIGELLĄ LAWSON!!!
Podła kobieta… Bez skrupułów… Bez serca…
Córka żydowskiego lorda na angielskie salony i jakiejś salonowej wilczycy. Potomek Żyda i wilka…
Jej podłość i przebiegłość nie zna granic… Odebrała edukację z najlepszych szkół masońskich, była trenowana przez mistrzów mistyfikacji całego świata… Wyszła za mąż za mężczyznę, który po kilkunastu latach małżeństwa odszedł w tajemniczych okolicznościach (oficjalna wersja: rak) – jakie to wygodne. Po czym całkiem przypadkowo, natrafiła na innego masona – Saatchiego, z tych Saatchich-Saatchich… Starszego o miliony lat, przy czym tak samo bogatego… Przypadek? Nie. Tylko jego stać, na zaspokajanie jej krwiożerczych żądz.
Ale wy przecież nie wiecie o co chodzi… Widzicie w niej tylko seksowną kuchareczkę… Kogoś, kto jednym – długim i wymownym – obliznięciem palca ze świeżo ubitego kremu, przekazuje nam mało subtelną wiadomość… Kogoś, kto obierając warzywa, przenosi je do krainy, o której nigdy nie słyszały, w swoim wiatropylnym świecie… Kogoś, kto mrucząc pod nosem recepturę udanej potrawy, sprawia, że żaden męski widz nie potrafi jej zanotować! I te filuteryjne spojrzenia, niedwuznaczne gesty…
Kiedyś stosy płonęły dla takich jak ona… A w tamtych (o jakże pięknych!) czasach nikt nie czekał, aż drewienka osiągną właściwą temperaturę… O nie!
Myślicie sobie: “Znowu się czepia! Sfrustrowany jakiś, czy co?!”.
Nie znacie prawdy!
………..
………..
Piekło nie zazna spokoju, póki nie ucichną jęki grzesznych, oszukanych mężczyzn…

Środa, 27. luty 2008. @ 9:47
nie ma to jak napisać jak się nie ma o czym pisać….
Środa, 27. luty 2008. @ 10:02
Wybacz Macieju, że cię zawiodłem, i nie napisałem na swoim blogu o niczym dla Ciebie. Kieruję się dziwną zasadą, że piszę o tym, o czym MNIE się zachciewa. A gdy mi się nie chce pisać, to nie piszę.
Całe szczęście, że zostajesz jeszcze Ty i Twój blog…
Środa, 27. luty 2008. @ 12:45
frustrat
Środa, 27. luty 2008. @ 15:49
Ta podła kostrupata satrucha ma czelność być seksowna… Pewnie schodząc z wizji ściąga perukę i wyjmuje pomarańcze ze stanika ;-)!
Boski tekst. Uśmiałam się.
Środa, 27. luty 2008. @ 17:22
Te pomarańcze muszą być chyba genetycznie modyfikowane… :]
Stawiałbym raczej na grejpfruty ;]
Swoją drogą, widzę że w przeciwieństwie do naszego Noblisty, ty zrozumiałaś o co chodziło w tym tekście… ;]
Maciek – wskazówkę znajdziesz w ostatnim zdaniu komentarza Proday.
I sam jesteś frustrat. Jam jest Frustrat. Przez duże “fy”.
Środa, 27. luty 2008. @ 21:06
Czy twoje ego uważa się już za dostatecznie połechtane frustracie?
Co do Nigelli to jej programy kulinarne są fajne, gdyby nie te dziwne ruchy kamery to już całkiem. Oglądam na tvn style i kuchnia.tv :P
Środa, 27. luty 2008. @ 21:11
No właśnie Gośka oglądała to na TVN Style, kiedy ją po raz pierwszy ujrzałem…
Nienawiść to piękne uczucie… Pozostaje na długo w sercu… :]
Środa, 27. luty 2008. @ 21:20
Uuuuuuu, złamane serce?
Środa, 27. luty 2008. @ 22:14
Chodziło mi o Nigellę.
Środa, 27. luty 2008. @ 22:16
Tere fere :-P.
Środa, 27. luty 2008. @ 22:50
Tak, tak…