Dylemat nie na temat

sobota, 23. luty 2008.

Sobotnie popołudnie przywitało mnie w tradycyjny sposób – nudą i milionem myśli. Emigracyjny odpowiednik chleba i soli.

Ale kaliber myśli w omawianym przypadku był dosyć solidny, bo decydujący o minimum roku, a maksimum reszcie mojego wspaniałego życia. Otóż temat na tapecie to powrót do systemu edukacji wyższej.

Tak, wiem, zarzekałem się, zapierałem, wyśmiewałem…

Wątpiłem i nie wiedziałem sensu…

No bo przecież było tak łatwo, tak poniżej pewnego poziomu, a na końcu tej drogi czekał zwykły puchar, który można sobie postawić co najwyżej na półce, bo gwoździ na budowie się nim wbijać nie da…

Wszystko to w połączeniu z poszukiwaniem odpowiedniej filozofii życia, takiej, która zapełni i lodówkę, i półki mojej wewnętrznej biblioteki, stało się wyjątkowo trudnym zadaniem logicznym. Żadna szkoła wyższa nie zagwarantuje mi przyszłości. To mogę zrobić tylko sam, ale dlaczego jakaś uczelnia nie miałaby być narzędziem w moich rękach…?

Oczywiście beznadziejna praca, którą mógłby wykonywać byle idiota, a wykonuję ja, nie podnosi mojej obecnej samooceny.

I teraz właśnie przychodzi najwyraźniej czas rewaloryzacji wartości. Moje plany na przyszłość były do tej pory dosyć stabilne – osiągnięcie celu finansowego w więzieniu położonym pomiędzy pewnym oceanem, a pewnym morzem. Po powrocie inwestycja w jeden z samodzielnych pomysłów finansowania przyszłego życia, oraz w element stabilizacyjny.

Obserwuję powoli, jak osoby które znam zaczynają znajdywać lukratywne posadki, pozwalające na godne życie. I wcale nie jest im tak źle, jak przewidywałem… Zastanawiam się, czy może nie powinienem jednak pójść tą samą drogą. Tyle, że tym razem już nie jako ślepy naśladowca, lecz z pełną świadomością celu i środków, bez niepewności wywołanej nakazem społecznym.

Oczywiście swoją przyszłość wiążę z Polską – landrynkowe życie w Europie Zachodniej jakoś mnie nie pociąga. Wolę jednak polskie problemy i polskiego ducha, niż ubrania z logo i samochody z gwiazdą.

Z tym, że… Powrót na uczelnię miałby odbyć się w ukochanej Irlandii, gdzie w rok czasu zdobyłbym medal na piersi, tytułujący mnie, bardziej prestiżowym w Polsce niż magister, bo obcym, ale niekoniecznie lepszym, tytułem MA. Oczywiście tracąc pokaźną kwotę na czesne i życie. Kwotę, która przekreśliłaby dotychczasową celowość pobytu w emigracyjnym raju…

I co dalej? Kontynuować ciułactwo, czy wracać do Polski, brać kredyt, i spłacać, zasuwając w jakimś biurze, wspinając się po szczebelkach (proces łatwy, ale nieprzyjemny), poświęcając przez ileś lat siebie, dopóki nie będę mógł uciec na własne śmieci, zbudowane na konkretnym doświadczeniu i zapleczu finansowym…

Dziwne rozdroże przede mną…

Do tego jakieś takie proste i pospolite te rozważania. Wtórne. I co najgorsze, chyba wiem dlaczego.

Krok w lewo, albo w prawo. Ile można stać w miejscu…?

Tags:

Odpowiedzi: 4 do “Dylemat nie na temat”

  1. Maciek Rynarzewski Powiedział/a:

    Biednie ale szczęśliwie. Nie trzeba z pracy robić całego swojego życia.

    Co z tego ze będziesz pracował w gównianym biurze, za to jak wrócisz do domu, gdzie czeka na ciebie ktoś ukochany, ewentualnie znajomych z którymi można się spotkać, lub cokolwiek innego co cię będzie cieszyło (hobby?). Inny wymiar szczęścia.

    A magisterka to te 2 lata, które może faktycznie powodują że jesteś 2 lata do tyłu w dorabianiu się co można przeliczyć na określone kwoty. Na pewno poziom studiów zostawia wiele do życzenia, ale jeśli miałbym przytoczyć ci moje zdanie to są to dwa lata na rozwój osobisty, jeszcze przemyślenie paru rzeczy. Bo nie możesz pójść w błędną interpretacje że studiowanie to nauka. Studiowanie to rozwój, o który musisz jednak zadbać sam przy tym masowym systemie edukacji. Na studiach uczą się ci najmniej inteligentni. Niektórzy studiują.

    Decyzja ciężka i osobista. A czemu nie w Polsce?

  2. frustrat Powiedział/a:

    W PL zrobienie magisterium zajmie mi 2 lata, które w większości będą stracone.
    Doskonale wiesz, że potrafię sie rozwijać, bez chodzenia na zajęcia. Te 1,5 roku dorabiania, wcale nie cofnęło mnie w rozwoju, a na pewno rozwinęło bardziej, niż większość tegorocznych magistrów.
    No i niestety, polskie uczelnie nie przekonały mnie do siebie – za dużo tam znawców od niczego, teoretyków z tytułem profesora…
    Zresztą, co ci będę gadał – doskonale wiesz jak było. Parodie zajęć i egzaminów. Poziom był tak niski, że wynagradzano za przejawy myślenia, nie wiedzy. A studiuje się właśnie dla wiedzy – myśleć trzeba umieć przed pójściem na uniwerek. Dla większości studia to były kolonie – możliwość pierwszej ucieczki od mamusi.

    Tutaj zajmie to tylko rok, a i tutejszy dyplom ma inna rangę.
    W Polsce wszystko, co zza Odry jest jakieś takie ładniejsze, bardziej lśniące…

  3. proday Powiedział/a:

    Przepraszam, że wejdę w ten sposób, bo podejrzewam, że Ciebie to nie dotyczy.
    Dostaję miesięcznie kilka aplikacji o pracę z informacją, że ktoś pracował za granicą. Z reguły barmani i kelnerki. Nawet tyłka bym sobie tym nie podtarła.

    Rada – rób MA za granicą i wracaj do Polski. To przecież Twój dom. A wspinanie się po szczeblach jest lepsze, niż zaciskanie zębów u Mr Fuckona. Praca może dawać satysfakcję. Przecież lubisz, gdy się Ciebie docenia. Po polsku i ambitnie…

  4. frustrat Powiedział/a:

    Żeby zostać barmanem trzeba być bardzo cierpliwą osoba… Podejrzewam, że w moim przypadku ktoś mógłby dostać po dniu czy dwóch butelką w głowę… A już nie daj Boże, żeby mi nabrudził w okolicy mojego stanowiska pracy – chyba musiałby to czyścić szczoteczką do zębów…
    A kelnerki? No cóż, bez dekoltu z napiwków nie wyżyjesz…

    Zębów zaciskać nie muszę, bo pracę mam łatwą, ale czuję się tak, jakby pilota myśliwca posadzono za sterami pociągu PKP podmiejskiej relacji… Mam problem z ambicjami…

    Do PL wracam na pewno, więc pytanie nie jest z serii “czy?”, tylko “kiedy?”.

    Ale powoli zaczynam skłaniać się wobec zrobienia kroku w stronę uczelni.


Dodaj komentarz