Miałem napisać parę brzydkich słów na temat USA, Niemiec i kilku państw UE, które taką secesję wspierają, odrywając od Serbii ziemię dla nich tak rdzenną, jak dla Polaków Kraków, czy Gniezno.
Miałem wspomnieć o medialnej dezinformacji, która z Serbów zrobiła zbrodniarzy (chociaż oczyszczono ich sądownie z zarzutów ludobójstwa), a z Albańczyków kosowskich – męczenników i bohaterów. Ale po co zawracać sobie tym głowę, prawda? Przecież te nieliczne głosy rozsądku, w dobie debilizmu światopoglądowego, nic nie zmienią. Serbia tak, czy siak, będzie musiała zapłacić straszną cenę, historii lub krwi, bo już zapowiada się wkroczenie nowych wojsk na teren Kosowa, by strzec jego “niepodległości”.
Zwykłe skurwysyństwo, za które przyjdzie mi się wstydzić, jako obywatelowi kraju członkowskiego UE, która wysyła tam siły “pokojowe”. Ale o tym wszystkim nie napiszę, o nie…
Napiszę o czymś o wiele bardziej przyjemnym, a i zarazem przyziemnym. O bogaczach i ich snobizmie.
Otóż podczas moich licznych służbowych wojaży po Irlandii – “Celtyckim Tygrysie”, najprężniejszym ekonomicznie kraju Europy, najszybciej bogacącym się społeczeństwie, mam niejedną okazję zetknąć się z różnymi formami nowobogacenia się i czystego snobizmu związanego z posiadaniem pieniędzy…
Często pochodzących z kredytu, ale póki spłacanych regularnie, to ciągle dających wrażenie zamożności.
Tak czy siak, dużych pieniędzy!
Podczas moich wyjazdów do centrum Dublina, zawszę borykam się z dylematem tego, gdzie zostawić auto. Poruszać się autem po centrum nie sposób, bo kto widział systemy dróg owej stolicy i miał okazję spróbować dostać się gdzieś labiryntem jednokierunkowych traktów, ten wie, że mija się to z celem. Szczególnie, że są one zapchane jak miejskie szalety, a skrzyżowanie i światła to reguła (widzieliście kiedyś Irlandczyka, który próbowałby pokonać skrzyżowanie bez sygnalizacji? – to byłoby ponad jego siły!). Do tego piesi wpychają się pod koła jak testowe manekiny zderzeniowe. Powinni naklejać sobie obowiązkowo oznaczenia stref zgniotu na nogach, plecach i czaszkach.
Otóż parkując w centrum, auto zostawiam przeważnie na parkingu hotelu Mercer, przy Stephen’s Green Shopping Center. Zakrawa to trochę na kpinę z mojej strony… Dlaczego?
Otóż parking hotelu Mercer, nie różni się specjalnie ceną (€2,80/h) od innych w centrum, różni się natomiast ekskluzywnością (€440 za nocleg w hotelu, bez śniadania!). Niewielu zna tą tajemnicę rozbieżności cen parkingu i noclegu, przez co nie dość, że łatwiej tam zaparkować, to jeszcze parkuje się w znacznie bardziej doborowym towarzystwie. Średnia wartość aut pozostawionych w owym betonowym garażu musi oscylować w granicach €100,000 na auto. A ja zawsze, z szerokim uśmiechem na ustach, wjeżdżam tam swoim poobijanym 19-letnim VW Golfem MK2, na polskich tablicach, co w dodatku w moim przypadku jest tu przestępstwem podatkowym. Oczywiście staram się zaparkować pomiędzy autami najdroższymi z najdroższych. Lubię oglądać te zdegustowane miny właścicieli, którzy na widok mojego wiernego towarzysza podróży zaczynają nerwowo polerować rękawami swoje supersamochody.
Dzisiaj ta sztuka nie udała się do końca, bo postawiłem swój wehikuł przy nędznym BMW 5, ale tuż obok stały Porsche Cayman i Ferrari F430, przez co uznałem to za godny kompromis parkingowy.
Bogactwo ma to do siebie, że często łączy się ze skrajnym pozerstwem. Czarne Ferrari powinno kojarzyć nam się raczej z wystylizowanym playboyem w okolicach trzydziestki, w Porsche lubię oglądać piękne blondwłose utrzymanki bogaczy, a w luksusowych autach terenowych umięśnionych wielkoludów. Wszyscy oni powinni katować owe auta bez litości, nie zważając na ograniczenia prędkości, warunki terenowe, czy widmo własnej, jakże widowiskowej, śmierci.
Niestety, życie pisze własne scenariusze, o wiele mniej przebojowe, przez co w autach sportowych lądują przeważnie 50-letni korporacyjni nudziarze z brzuszkami i zwierzęcymi mordami, a wielkie auta terenowe prowadzą zabiegane mamusie, które uważają, że w ten sposób bezpieczniej rozwiozą dzieci do szkoły. Wszystkich ich łączy jedno – żadne z nich prowadzić nie potrafi (zawsze, ale to zawsze się wleką – wiadomo, im wolniej jadą, tym więcej osób ich zobaczy, przez co będą mogli pofantazjować sobie o swojej wielkości, w drodze swojej pracy w banku, czy firmy handlującej śrubkami), oraz nigdy nie potrafią zaparkować. Nigdy!
O ile w przypadku mamuś parkujących 5-metrowe giganty drogowe na 3 miejscach jest to zrozumiałe, w końcu nikt nie będzie wymagał od nich, że będą potrafiły prowadzić auta, które same sobie wybrały do jazdy, o tyle w przypadku bankowych dorobkiewiczy zakrawa to na komedię. Póki co opiszę, ale kiedyś może pofatyguję się o sfilmowanie dla tych, którzy jeszcze nie widzieli… Otóż nic nie potrafi tak rozbawić, jak widok twardziela, parkującego swoje Porsche tyłem w zatoczce. Najpierw parkowanie na tzw. 16-razy, zanim w końcu trafi tym maleństwem pomiędzy linie, potem sześć poprawek, aby na końcu zostawić je tylnym zderzakiem w ścianie. A potem rytualne wyjście z auta, żeby obejrzeć szkody, mina smutnego dziecka, i kolejne 6 poprawek.
Porsche 911 Carrera – €200,000. Okulary przeciwsłoneczne Gucci – €400. Widok rozbawionego do łez młodego Polaka – bezcenny!
Co tam, możecie powiedzieć, że wyłażą ze mnie kompleksy – że sam chciałbym mieć, ale mnie nie stać, więc narzekam! Hah! Owszem, chciałbym mieć, ale nie za cenę, jaką płacą za owe superauta ci, którzy je nabywają. Całe dnie w biurach, zero kontaktu z realnym światem, piętnaście kredytów i milion zmartwień. Kiedy je w końcu nabędą, okazuje się, że nie potrafią ich okiełznać, bo do tej pory jedyne trasy, które robili, to te z domu do biura i po zakupy. A autami się zbytnio nie interesowali, bo nie było kiedy. W końcu księgowość – to jest dopiero pasja!
Nie wspomnę nawet słowem o ich znajomości przepisów drogowych, czy kulturze jazdy. Wiadomo – buc to buc.
Życie w Irlandii wydaje mi się czasem przyśpieszonym kursem niechęci do pieniędzy. Co jak co, ale my, Polacy, pieniądze kochamy, bo nigdy ich nie mieliśmy. Od małego nasyca się nas doktryną “zarabiaj – miej – pokaż innym”. Im dłużej tu jestem, tym mniej imponują mi te wszystkie gadżety i bardziej zauważam, jak to wszystko jest w życiu niepotrzebne. Plastikowe auta z dużymi silnikami, ubrania z rozpoznawalnym logo, 100-calowe plazmy w sypialniach (O tak! Cena €7,000 – popyt przewyższający podaż! Chcesz? Ustaw się w kolejce!). Tylko kiedy potem spojrzy się na takich ludzi, trudno się nad nimi nie litować. I nie chodzi mi o to, że są nieszczęśliwi – oni nawet mogą być szczęśliwi w swojej głupocie. Ale potrafią być tacy biedni i śmieszni, udając ludzi, którymi chcieliby być.
Myślą, że szybkie auto sprawi, że wreszcie będą postrzegani jako mężczyźni. Postawcie ich obok umorusanego 20-latka, który dłubie przed blokiem całe weekendy przy swoim Civicu, popijając z kolegami puszkowane napoje chłodzące, dobrze się bawiąc i przeprowadzając tysiące męskich rozmów.
Myślą, że markowe ubrania po kilkaset euro sztuka, sprawią, że wreszcie będą uważani za stylowych i atrakcyjnych. Niech staną sobie obok chłopaka, który co prawda na ubrania nie wydaje miesięcznie więcej, niż jego dniówka, ale nie musi, bo potrafi przyciągać spojrzenia innych swoim charakterem i niepowtarzalnym stylem bycia.
Myślą, że warty miliony penthouse na dachu jakiegoś bloku w zamożnej dzielnicy, albo super-luxury apartment kilka pięter niżej (2 pokoje – €600,000) sprawi, że będą popularni wśród znajomych, a kobiety będą chciały zostawać na noc… Hah! Nawet nie będę tego komentował, takie to absurdalne.
Wspinać się po szczeblach jakiejś korporacji przez kilkadziesiąt lat, poświęcać jej młodość, zdrowie, wolny czas, upadlać się z roku na rok… A może założyć własną firmę, zasuwać dniami i nocami, nie mieć czasu na nic, wyrywać sobie włosy z głowy w trudnych chwilach i zamartwiać się na zapas…
Ale na końcu tej drogi czeka na nas przecież lśniące Ferrari, w którym będziemy mogli wozić swoją samotną dupę…
Prawdę mówiąc, mój Golf’89 wydaje mi się coraz bardziej atrakcyjny…
niedziela, 17. luty 2008. @ 2:33
Chłopie, nie masz komentarzy. Szkoda, bo dobrze piszesz.
Kończyłem studia w Szkocji, mieszkam i pracuję w Polsce. Przejebane jest zaczynać w Naszym kraju, ale warto. Przepraszam za wulgaryzm, ale nic lepiej nie oddaje stanu polskiej biurokracji.
Zatrudniam się sam, stać mnie na biuro, mieszkanie, oszczędności i dużo za duże podatki. Wróciłem z wysp, bo nie mogłem znieść tego owczego pędu za czymś, co i tak ucieka szybciej, niż się biegnie. To jest tragedia, którą można oglądać na wyspach – trzeba tylko się przyjrzeć. 90% Polaków na wyspach to debile i ludzie bez przyszłości. Tych pozostałych 10% jest mi szkoda – w Polsce też się da. Może trudniej na początku, ale się da. Do tych 10% bym zaliczył też Ciebie, Autorze.
niedziela, 17. luty 2008. @ 11:14
Mógłbyś wrzucić zdjęcie golfika pomiędzy tymi superbrykami :-). Poglądy popieram. Buc to buc, a dzieci buca też buce.
niedziela, 17. luty 2008. @ 11:56
@ b’n'w – Mysle, ze kazdy z glowa na karku, kto troche pobedzie za granica i liznie tego wszystkiego samodzielnie, dochodzi do podobnych wnioskow. Wiadomo, ten duzy odsetek kretynow, ktorzy wyjezdzaja, to duze dzieci – dla nich mieszkanie po szesciu w jednym pokoju to frajda i okazja do kolejnej imprezy. Tragedia. A do Polski wracam, nie szybko, ale wracam. Polska to moj kraj – kocham go i do niego tesknie. Tam sa przyjaciele, rodzina, miejsca ktore znam lepiej, niz wlasna kieszen… Tam jest moja historia.
Ale wyjazdu nie zaluje – bardzo poukladal (ciagle uklada?) mi w glowie. Tak jak napisalem – szybki kurs dewaluacji pieniadza w zyciu.
Dziekuje za przeczytanie!
@ rynarzewski – Nie wiem, kiedy znowu bede mial okazje zrobic zdjecie, ale zrobie na pewno. Nie pomyslalem wtedy, ze bede o tym pisal pare godzin pozniej. Moze nawet, jezeli nie wzbudze podejrzen ochrony, zrobie zblizenia otarc na zderzakach i nadkolach ;]
poniedziałek, 18. luty 2008. @ 0:06
Dobry tekst. Nie bedziemy sapać, kto pod chińskim trampkiem gazuje “maluchowi”, a kto od gucziego ciśnie ‘beemwicy’.
czwartek, 21. luty 2008. @ 19:36
Cholera. Ja nawet nie próbowałam się poza Polską za chlebem rozglądać. Drogie auta czekają zatem na mnie jako atrakcja turystyczna. No cóż, prawdziwym afrykańskim słoniem również nie chciałabym być.