Poli-media

wtorek, 12. luty 2008.

Media i polityka stały się we współczesnej Polsce dziwnym pasożytniczym symbiontem – nienawidzą się nawzajem, a jednak zdają się stanowić dla siebie wzajemną pożywkę. Wzajemnie przenikające się strefy wpływu sprawiają, że popularne dziś dla mediów określenie IV-władzy (po ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, dla mniej rozgarniętych) nabiera dosłownego, politycznego znaczenia.

Naturalną karmą dla mediów są negatywne informacje i sensacja (bad news is a good news – zła wiadomość to dobra wiadomość, jak to mówią) , natomiast naturą istnienia polityka w przestrzeni społecznej, jest jego aktywność medialna (czy ktoś łudzi się jeszcze, że popularność danego posła czy ministra zależy od jego nakładów pracy zmierzających do poprawy stanu państwa?). Tak toksyczny związek ma bardzo negatywny wpływ nie tylko na rozwój, w tym przypadku, Polski, ale również na nastroje społeczne, czego niejednokrotnie doświadczamy. Jednakże jest to tylko tajemnicą poliszynela, żadna to nowość dla świadomej społecznie jednostki.

Problem polega na tym, że trujące opary takiej działalność polityczno-medialnej, odczuwane przez nas bez ustanku, zamiast rozpływać się w atmosferze, zaczynają w wyniku ich wzrastającej gęstości tworzyć nowe, równie szkodliwe (a może nawet i bardziej) związki. Wiele z nich uznaliśmy już za normalność, będącą niekwestionowanym gruntem dla innych ocen i osądów wpływających na opinię Polaków.

Ale żeby nie teoretyzować za bardzo, bo moje myśli krążą ostatnio niebezpiecznie w okolicach filozofii, parę przykładów.

Otóż przyjęliśmy już za absolutną normę (podstawowe wyziewy poli-medialne), że parlamentarzyści nie są naszymi reprezentantami (mimo pośredniego wpływu na ich wybór) i nie działają na naszą korzyść, dbając jedynie o własne interesy. Tutaj nie bez znaczenia jest fakt, że media koncentrują się tylko na błędach, potknięciach, przestępstwach, lekko traktując (lub nie traktując o nich wcale) tematy pozytywne, sukcesy, drobne osiągnięcia, wszystko to, co drobnymi kroczkami zmienia Polskę na lepsze. W najlepszym wypadku, wszelkie sukcesy odnoszone są do porażek, co w powszechnym rumorze pozwala zabłysnąć byle dziennikarzowi elokwencją i dowcipem (stąd te wszystkie uszczypliwe komentarze, na koniec materiałów w mediach elektronicznych).

Normą jest też to, że w polityce przestała liczyć się efektywność działania, zdecydowanie ustępująca pola efektowności działania. Im głośniej, im bardziej kolorowo, im więcej migających fleszy towarzyszących politykom o zdrowej opaleniźnie (niekoniecznie Samoobrony), tym lepiej. Przecież nie możemy pozwolić, aby widz, słuchacz, czy czytelnik się nudził. Przecież żmudne analizy projektów z ław sejmowych są takie nudne. Za to zdjęcia “wielkich skandali” lub “wielkich porażek” (to akurat bez znaczenia, byle były “wielkie”) sprzedadzą się o wiele lepiej.

Symbioza zacieśnia się – media bez polityków w Polsce żyć nie mogą (bo “polityk” w mediach jest dzisiaj bezsprzecznie synonimem, czy desygnatem “polityki” – nie, jak to powinno być w kraju bardziej doświadczonym medialnie i demokratycznie, gdzie desygnatem “polityki” są namacalne osiągnięcia). Trudno dzisiaj znaleźć duży portal informacyjny, w którym większość zakładki poświęconej krajowi nie zajmowałyby informacje polityczne. Jakby innych wydarzeń w Polsce nie było… Trudno obejrzeć lub wysłuchać serwisu informacyjnego, w którym informacje ze świata nie byłyby informacjami złożonymi w większości ze świata polityki. Wydawcy robią swoje i tak symbiont karmi się nawzajem…

Natomiast wspomniane toksyczne wyziewy świata polityczno-medialnego, do których już przywykliśmy, zaczynają generować inne, do których na zasadzie kontynuacji przywykamy równie łatwo. Przykładowo, w Polsce bycie parlamentarzystą jest grzechem, wadą, przywarą, a nie jak to powinno być – powodem do dumy, wielkim honorem i namaszczeniem społecznym. U nas reprezentant polityczny kraju nie zasługuje na szacunek. W krajach bardziej doświadczonych i zaawansowanych, stosunek podobnych poglądów per capita jest o wiele mniejszy. Zdarza się nawet (o dziwo!) usłyszeć słowa pochwały, czy aprobaty dla działań polityków, nawet w kontrowersyjnych, czy niepopularnych kwestiach. Ale tam ludziom media pozwalają myśleć samodzielnie, a i politycy nie narzucają nachalnie swoich opinii. W odniesieniu do niedawnych sytuacji, naprawdę, niewiele jest krajów na świecie, które aprobowałyby społecznie wyciąganie na jaw tajemnic służb specjalnych (nawet tych gorszących), uważając takie działania, za sabotaż pracy wewnętrznej państwa. Ale tam słowo “państwo” potrafi wywoływać pozytywne konotacje, co u nas jest nie do pomyślenia!

Powszechnym staje się u nas również wypieranie się Polskości (w imię czego? chwilowego przyklasku co głupszych?), które jest niczym innym, jak tylko reakcją na przesycanie nas negatywnymi informacjami przez niepotrafiące zbliżyć się do obiektywizmu, a muszące wyżyć w komercyjnym świecie media. To niestety jest nasza wina, bo serwuje się nam to, czego sobie życzymy. A że nie znamy pozytywnych wzorców informacyjnych, staramy się nie eksperymentować z “nieznanym”. Zresztą, dzisiaj popularnym jest bycie “anty”, ale to inny temat.

Od tego wyziewu tworzy się inny toksyczny, chemiczny związek poli-medialny – wsparcie dla wszelkich działań ośmieszających Polskę. Gdziekolwiek w zachodnich mediach pojawi się wzmianka ukazująca nas w negatywnym świetle – niekoniecznie prawdziwie, bo tylko co do takich mam obiekcje, a niestety jest ich wiele – lub wręcz szydząca z nas, zaraz pojawia się tłum polskich klakierów półgłówków, którzy mając zakorzenioną w sobie głęboką potrzebę akceptacji, są gotowi pluć na własną flagę, byleby być “cool” w oczach zachodniej braci. Nie posuwajmy się w skrajności – można być krytycznym w wielu kwestiach dotyczących nas samych, jednakże bądźmy choć na tyle rozsądni, ze jeżeli nie znamy sprawy, to nie wypowiadajmy się. Czasami łatwo jest kiwnąć głową, tylko zwróćmy uwagę, czy nie kiwamy własnemu katu.

Wiele podobnych wytworów poli-medialnych obserwujecie każdego dnia sami, i pewnie niejeden już zagrał wam na nerwach i zdrowym rozsądku. Takich tworów są tysiące, jednakże nie da się ich zauważyć, jeżeli podchodzi się z ufnością do wszystkiego co do nas dociera, lub nie spojrzy na te sprawy z dalekiej perspektywy, pozwalającej uciec od dogmatycznej wszechobecnej opinii publicznej (tu akurat pozytywną rolę może odegrać chwilowa emigracja). Ile jest takich paradoksów, które drażnią was na co dzień, ale uznajecie je za normalne i tak twardo osadzone w świadomości publicznej, że nawet nie próbujecie z nimi walczyć w najbliższym otoczeniu?

Widzę ich całe mnóstwo. Nie potrafię zetknąć się z żadnym serwisem informacyjnym, czy publicystyką, skierowanymi do szerokiej publiczności, by nie natknąć się na tendencyjne zachowania. Tendencje tak boleśnie, że aż prowokujące do myślenia. Często chowają się pod postacią skrzętnie przemyconych pod osłoną inteligencji sarkazmów. Często pojawiają się w rzekomo obiektywnych, bezstronnych komentarzach. Często wynikają z prostych dziennikarskich zabiegów zestawiania ze sobą wybranych faktów. “Często” to słowo decydujące o ich sile.

Często, mnogo, poli…

Odpowiedzi: 2 do “Poli-media”

  1. Maciej Rynarzewski Powiedział/a:

    No widzisz, nawołujesz do walki z absurdami i medialnym bełkotem. Ja tam walczę. Nie oglądam telewizji a w szczególności informacji, przez co mają one mniejszą widownię co powinno przekładać się na reakcję reklamodawców.
    Słucham tylko Trójki, w necie czytam potrzebne mi wiadomości, którymi są przeważnie na Onecie Ciekawostki.
    Walczę ignorując.

    Co do wypierania się Polskości to rozumiem ze mówisz z punktu widzenia emigranta. U nas jakoś tego jeszcze nie ma, ale nigdy nie wiadomo. A te same głupki, zapewne też chwalą się jak mogą że są Polakami, kiedy mogą z tego odnieść korzyść. Warchoły szlacheckie. W sumie to niewiele się w tej kwestii zmieniło od kilkuset lat muszę ci powiedzieć.

  2. frustrat Powiedział/a:

    Ja tez nie jestem wielkim pasjonatem ogladania TV, czy sluchania radiostacji, ale to kwestia ubogich propozycji programowych owych mediow [chyba tez cos o tym napisze...].
    Jednak nie uwazam tego za forme protestu. Nie wierze, ze moze ona cos zmienic – ludzie myslacy icekna gdzie indziej, ich miejsce wypelnia rzesze nowo wykreowanych myslacych inaczej. Mysle, ze wszelki protest nalezy wyrazac aktywnie – tylko wtedy mamy realny wplyw na dzialania wydawcow.
    Natomiast tak jak wzmiankujesz, selektywnosc w internecie ma bardzo duzy wplyw na tresc, dzieki realnemu zliczaniu odslon danych pozycji. Chociaz na odslony tez mozna wplynac [np. chwytliwe tytuly nie majace nic wspolnego z trescia].

    A co do Polskosci – oj wypieraja sie, wypieraja. Wsytdza, odwracaja od siebie, myslac, ze uciekna od swojej tozsamosci. Glupie i naiwne. Lepiej probowac zmieniac na lepsze.


Dodaj komentarz