Śmiech przez łzy

sobota, 9. luty 2008.

Film jako stymulant umysłowy. Jakie to oryginalne, prawda?

A czy wszystko musi być oryginalne?

Nie musi.

Otóż leży tego mnóstwo na dysku i czeka na odpowiednią chwilę i nastrój (tak, tak, piractwo – jak już wspomniałem, nie wszystko musi być oryginalne…). A kiedy przychodzi odpowiednia chwila i nastrój, okazuje się, że owe ruchome obrazki mogą całkiem zgrabnie przenosić emocje.

Otóż parę emocji z mojej głowy wyzwolił film pt. “Reign on Me”. Rzecz to fikcja o młodym człowieku, który stracił żonę i trzy córki 11/09 – leciały na pokładzie samolotu, który uderzył w jedną z wież WTC. Cały film na szczęście nie odwołuje sie do wielkich amerykańskich uczuć patriotycznych – wzmianek o samych przyczynach tragedii tego człowieka jest niewiele, przez co nie ma sie wrażenia, ze serwuje się nam kolejną wersję tej tragedii od nowa. Film odwołuje się do uczuć zwykłego człowieka, i tego jak radzi sobie ze stratą. Jednego dnia żyje się pełnią szczęścia, niedoceniana przez nadmierna dawkę codzienności – innego człowiek pogrąża się w tragedii, własnym smutku i cierpieniu.

Film oczywiście był poruszający – potrafił być zabawny, potrafił być dołujący, ale nie przestawał być interesujący. Zasłużona “prawie [8]” na IMDB mówi swoje, choć na początku patrzyłem na tą ocenę z pewną dozą pobłażania, sadząc, że była mocno naciągnięta, ze względu na dojna krowę, którą jest tragedia sprzed lat (wciąż tak naprawdę nie wiemy, co tam się wydarzyło).

Oglądając ten obrazek i przeżywając całą gamę różnych uczuć (jak kobieta…), wprowadziłem się w stan rozważań dotyczących szczęścia i smutku. Rozważań popartych latami doświadczeń własnych, sporą dawką literatury oraz, naturalnie, obserwacją innych.

Niby banał, niby nie napiszę nic nowego, ale tu nie można powiedzieć niczego nowego. Pewne prawdy się nie zmieniają, bez względu na to, jak bardzo wydają sie niewygodne, czy nieprzynoszące rozwiązań.

Możemy żyć z dnia na dzień, być naprawdę szczęśliwi, mieć kochającą rodzinę, odnosić sukcesy, mieć własny świat u stop. I szczęście przyćmi nam rozum – sprawi, że nie będziemy tego zauważać, czerpać z niego w pełni. Będziemy przyjmować je za stan naturalny, niezmienny, niepodważalny. Sprawi ono, ze zapomnimy o wszystkich złych chwilach, jakie nas kiedykolwiek spotkały, o wszelkich niepewnościach i lękach, bo liczyć się będzie tylko to, że życie jest dla nas w danej chwili dobre, a de facto dobre zawsze, bo w końcu doprowadziło nas do owego stanu.

Kiedy jednak przychodzi chwila dramatu, smutku i cierpienia, cale szczęście pryska jak mrzonka, której nigdy nie było. I wtedy, w tej niezmierzonej goryczy, odkrywamy samych siebie. Ból staje się dziwnie przyjemny, cierpienie staje się nośnikiem jakiejś emocji, która sprawia, że chcemy więcej… Jest jak narkotyk – zabójcze, ale uzależniające, przynoszące jakąś ulgę, więc chcemy więcej i więcej. Wtedy nie boimy sie ryzyka, bo cóż możemy stracić. Nie boimy się śmierci, bo życie traci wartość, a tym samym strach przed nią traci sens, zmieniając sie w obietnice ukojenia.

Tak jak szczęście przynosiło spokój i zabezpieczenie, tak ból przynosi duchowa wolność, bo zrywa kajdany wszelkich zależności – wszystko traci sens. Ta masochistyczna przyjemność z cierpienia, zdaje się równoważyć euforię szczęścia, czy miłości.

Jak to jest?

Czyżby znowu dawała o sobie znać życiowa prawda równowagi, equilibrium, yin-yang?

Gdybyśmy mogli wybrać, czyści umysłem, wyzwoleni z emocji… Co byśmy wybrali? Lekkość bytu, nierozwijająca, otępiająca szczęśliwość? A może zgłębiający tajniki naszej duszy, zapoznający nas z naszą mroczną stroną, przenoszącą do innego świata odczuć, gorycz i smutek?

To jak wybór miedzy playboyem, a świętym. Jeżeli jest nieodwracalny, potrafi być trudny.

Rozmyślania, co nieco dziwne, jak na ciągle młodego faceta. Szczególnie, że indukowane hollywoodzkim filmidłem. Odpowiedzi oczywiście nie ma, bo zwyczajnie nie możemy jej wybrać. Przyjmiemy to, co przyniesie życie. Czy dobre, czy złe.

Ważne tylko, żebyśmy żadnej z sytuacji, które przyniesie nam dzień jutrzejszy, nie pozwalali trwać wiecznie. Bo każda potrafi w końcu wypalić – pustką, lub gęstością odczuć.

Jak zwykle umiar?

Niestety, prawda zawsze musi leżeć po środku. Ech…

 

 

 

Odpowiedzi: 2 do “Śmiech przez łzy”

  1. esz Powiedział/a:

    Nie wiem czy ktoś inny to powiedział, czy to cytat, czy to mi się kiedyś pomyślało – ‘człowiek jest tak samo silny jak słaby’. Ta sama siła, która kogoś raduje może działać w drugą stronę. Wydaje mi się, że jest tak jak mówisz, równowaga musi być zachowana, przynajmniej dla człowieka świadomego. Dlaczego świadomego? Jak patrzę na niektórych ‘nieświadomych’ i widzę, że idą przez życie nie wnikając w nic, ciesząc się z byle gówna to zastanawiam się czy ich głupota nie jest przypadkiem ich siłą.

  2. antyprodukt Powiedział/a:

    Film jako stymulant… Podziele sie swoim odczuciem o filmach i z filmami zwiazanym… Choc jak sie wktorce okaze nie koniecznie bedzie to scisle powiazanie.film jest stymulantem, jasne, tu sie chyba nie trzeba jakos specjalnie tlumaczyc… na horrorach sie boimy, na romansidlach placzemy, filmy psychologiczne robia nam nowe sciezki na mozgu. Pornosy… tez cos na pewno robia, lepiej gorzej, dzialanie jest. A jak filozofia donosi, dzialanie jest czynnikiem sprawczym, okej, dla potrzeb chwili mzoemy oddac paleczke dzialaniu. Otoz jak mozg czlowieka moze byc skonstruowany. Podziwiam ludzi za to jak szczegolowo potrafia opowiadac o obejrzanym obrazie, aktorzy, scenki, scenunie, jakies kurwa klatki, ktorych ja (nawet ogladajac wespol z ‘bystrzachami’) przywolac w pamieci nie potrafie). moje prywatne twarde dyskowo w glowie nei zapisuje obejrzanych filmow.Szczatki jeno,ogolny zarys. Teraz jak wyglada sytuacja ‘w ludziach’. Ktos zadaje pytanie ‘hej stary ogladales 28 czesc spajdermena’?A ja na to, ‘pewnie’, a pamietasz te scene, w ktorej spajder men lutuje tego bandyte i tam jest taka babeczka, goraca laska… A ja na to ‘przykro mi ale nie’…wiec moj rozmowca brnie dalej… a widziales ten najnowszy sensacyjny z komandem, rambem czy innym superhiro? wiec z mojej strony… twierdzenie ‘taaa’ widzialem. A jak sie nazywal ten znany aktor, co tam czarnym charakterem jest? wiec moja odpowiedz… ‘nie wiem’. zaczynam czuc sie jak na przesluchaniu (na ktorym zreszta dotychczas nie bylem), jak czlonek gangu, mafioso, wloski bonzo w szytym garniturze, albo polski przystrzyzony sportowiec, co to go pytaja o milion baniek za zloto… ‘Nie wie’, nie pamietam… zeznania mgliste, pamieci zadnej… Otoz pamiec moja do filmow… yyy… zapomnialem… aha… pamiec zadna. czasem jak mi cos zazwoi w makowce, ze naprawde extra, to wtedy szukam jakiegos sposobu, zeby raz jeszcze i kolejny i jeszcze jeden, obejrzec cholerstwo to moze co nieco zapamietam. W przeciwnym wypadku film kamien, mozg-woda. Lamiglowka dosyc prosta.
    A jesli o filmach to zapamietalem, bo sumienie moje, uczucia i doznania zostaly calkowicie poruszone to ‘ Sweeney Todd’ – rez. T.Burton. Dodawac nie bede, bo moge czegos ne pamietaac i palne glupote :))


Napisz odpowiedź