Archiwum dla luty, 2008

Zdefinuj szczęście

czwartek, 28. luty 2008.

Siedem dni w tygodniu, siedem zagadek do rozwiązania. Jeżeli masz szczęście (pecha?), trafi ci się jakaś filozoficzna. Ludzie zdychali ze starości, próbując rozgryźć niektóre z nich…

Drzwi do banku otwiera mi niski, nieafrykańsko wyglądający murzyn…

- Jaksiemasz? – zapytał.

Odpowiedziałem szczerym śmiechem i łamanym portugalskim…

-Comeestavas?

A potem standardowa wymiana informacji pomiędzy widującymi się doraźnie obcokrajowcami.

Przy pierwszej okazji wymienia się imiona i pochodzenie (forma współczesnej segregacji klasowej). Jeżeli nie ma dalszych zastrzeżeń (nie Rosjanin, Anglik, czy Niemiec…), wymieniamy informacje dotyczące zatrudnienia. Co, jak, jak długo, dlaczego, po co?

Na drugim widzeniu wymiana bardziej osobistych informacji. Ile to ciekawostek można wyciągnąć z ludzi, kiedy okarze się im odrobinę serdeczności… ;]

Niestety, czasami lepiej nie pytać.

Cel? Nauka angielskiego. Zamierza wracać? Tak. Tęskni za Brazylią? Raczej tęskni, ale był 1,5 miesiąca temu, więc nie jest tak źle. Jak było? Nieźle, ale umarła mu matka. Miał szczęście.

Coś tu nie pasuje do szablonu? ;]

Mnie też nie pasowało. Kilka dalszych pytań i odpowiedzi zdefiniowało moją zagadkę dnia. Tym razem, zdecydowanie filozoficzną.

Zadanie na dziś: “Zdefiniuj szczęście”.

Umarła mu matka. Miała 54 lata. Zawał. Umarła w trakcie modlitwy. Znalazł ją na klęczkach, ze złożonymi w modlitwie rękami, opartą o łóżko. Była jeszcze ciepła…

Miał szczęście.

Tak twierdził…

Gdyby umarła podczas jego pobytu w Irlandii, pogrzebano by ją bez niego. Sama podróż, to minimum dwa dni.

No i zdefiniuj szczęście Frustracie.

Ach! Ale los jest łaskawy, nie pozwoli mi borykać się z tym pytaniem, bez dodatkowych podpowiedzi…

Wyjazd z innego parkingu bankowego. Zbytnia pewność siebie za kierownicą, gówniana widoczność, dobry humor po krótkiej rozmowie z kolegą z pracy. Kolega (Irlandczyk!) ma jechać za mną (Polakiem…) do innej świątyni oszczędności i kredytów. Sam nie wie jak trafić.

Wyjazd z nietypowego parkingu skończył się namiętnym pocałunkiem dwóch Volkswagenów. Z tym, że to nie mój całował, ale pocałunek sprowokował. Słaby układ… ;]

Blondwłosa przerażona Irlandka wjechała czołowo w bok mojego starego, wiernego towarzysza podróży. Potem wielka panika – bała się otworzyć drzwi… A przecież tak miło się uśmiechałem… ;]

Ech, ale to by się zgadzało… W końcu Brazylijczyk mówił coś o tym, jakoby rzekomo na zdjęciu ze swojego identyfikatora wyglądam jak morderca psychopata. Wtedy tylko się zaśmiałem…

Widząc jej rękę sięgającą po telefon, wybijającą trzy, wielce niepożądane cyferki, i przysłuchując się krótkiej rozmowie z policją, chęć do śmiechu i wygłupiania się (nie wiem skąd mi się to bierze w takich sytuacjach!) powoli mi przechodziła.

Moja sytuacja była na tyle skomplikowana, że posiadane przeze mnie auto, w świetle irlandzkiego prawa podatkowego, było w tym kraju nielegalnie. W takiej sytuacji jakikolwiek kontakt, z wyrozumiałą na ogół Gardą, skończyłby się konfiskatą auta… Niewesoło, szczególnie, że jest ono dla mnie niezastąpionym narzędziem pracy.

Ale jak wiadomo, psychopatyczni mordercy to psychopatyczni mordercy… Chłodne analityczne myślenie nie zawodzi u nich pod wpływem byle stresu.

Po paru minutach odjeżdżałem z miejsca zdarzenia, ponaglany przez blondynkę. Nagle zaczęło jej zależeć, żeby Garda jednak nie dojechała na miejsce, dopóki oboje się nie ulotnimy. Mój portfel poczuje pewnie niedługo cenę tego wspólnego zrozumienia. Odjeżdżałem z uśmiechem na ustach. Znowu miałem szczęście.

Zdefiniuj szczęście Frustracie.

Za mało wskazówek?

Kochany los, nigdy nie zostawia mnie w potrzebie samemu sobie.

Do eks-miłości mojego życia przyjechała dzisiaj rodzina. Nie mogą się sobą nacieszyć – nie widują się często w prawie pełnym składzie. Ona+ siostra młodsza + siostra starsza + brat młodszy (ale nie najmłodszy ;] ). Familijna feta. Siostra młodsza już z nami mieszkała. Teraz, kosztem jedynego oprócz mnie mężczyzny w tym domu, Mariusza, zamieszka z nami i siostra starsza, która lekko zrażona Polską postanowiła pójść w ślady sióstr emigrantek.

Ja plus trzy siostry… Nawet nie zauważyłem, kiedy uknuto przeciwko mnie tą genialną strategię! ;] W dodatku pozbywając się jedynego mojego poplecznika. Czapki z głów! Izrael wie co robi, powołując kobiety do wojska.

Ale dziewczyny są szczęśliwe, bo znowu są razem.

A ja…? Cóż mi pozostaje…

Definiuję szczęście…

;]

Ukryte znaczenie

czwartek, 28. luty 2008.
pierdole-nie-robie.jpg

Gotuj bez konserwantów

wtorek, 26. luty 2008.

Dzisiaj będzie dramatycznie. Tak, dla odmiany… ;]

Dzisiaj będzie o wielkim oszustwie, którego ofiarą padłem ja i kilkadziesiąt milionów innych, być może nieświadomych tego jeszcze mężczyzn!

Pora skończyć z tym fałszem, raz na zawsze rozprawić się z…

NIGELLĄ LAWSON!!!

Nigella Lawson

Podła kobieta… Bez skrupułów… Bez serca…

Córka żydowskiego lorda na angielskie salony i jakiejś salonowej wilczycy. Potomek Żyda i wilka…

Jej podłość i przebiegłość nie zna granic… Odebrała edukację z najlepszych szkół masońskich, była trenowana przez mistrzów mistyfikacji całego świata… Wyszła za mąż za mężczyznę, który po kilkunastu latach małżeństwa odszedł w tajemniczych okolicznościach (oficjalna wersja: rak) – jakie to wygodne. Po czym całkiem przypadkowo, natrafiła na innego masona – Saatchiego, z tych Saatchich-Saatchich… Starszego o miliony lat, przy czym tak samo bogatego… Przypadek? Nie. Tylko jego stać, na zaspokajanie jej krwiożerczych żądz.

Ale wy przecież nie wiecie o co chodzi… Widzicie w niej tylko seksowną kuchareczkę… Kogoś, kto jednym – długim i wymownym – obliznięciem palca ze świeżo ubitego kremu, przekazuje nam mało subtelną wiadomość… Kogoś, kto obierając warzywa, przenosi je do krainy, o której nigdy nie słyszały, w swoim wiatropylnym świecie… Kogoś, kto mrucząc pod nosem recepturę udanej potrawy, sprawia, że żaden męski widz nie potrafi jej zanotować! I te filuteryjne spojrzenia, niedwuznaczne gesty…

Kiedyś stosy płonęły dla takich jak ona… A w tamtych (o jakże pięknych!) czasach nikt nie czekał, aż drewienka osiągną właściwą temperaturę… O nie!

Myślicie sobie: “Znowu się czepia! Sfrustrowany jakiś, czy co?!”.

Nie znacie prawdy!

………..

 

ONA MA 48 LAT!!!

 

………..

Piekło nie zazna spokoju, póki nie ucichną jęki grzesznych, oszukanych mężczyzn…

 

Zajebisty i twardy!

poniedziałek, 25. luty 2008.

Bycie twardym jest takie wspaniałe. Takie męskie, takie macho, takie “alfa-samcze”… Takie seksowne, takie cool, takie wzbudzające podziw i pozytywną zazdrość.

Takie zajebiste i twarde… ;]

Jeee…! – [transkrypt fonetyczny z amerykańskiego "yeah!" - amerykańskie jęknięcia też są zajebiste i twarde!]

Je też chce być zajebisty i twardy!

A może już jestem…? Jeee…

Jeżdżę wielką i błyszczącą furą, na wielkich felgach i wąskich kapciach. Wielkie kolumny i głośna muzyka to moja domena.

Lubię jeździć szybko swoim tunningowanym samochodem.

Nosze zajebiste plastikowe okulary na pół twarzy.

Mam swoją ulubioną markę produktów do pielęgnacji włosów i cery.

Nie założę na siebie czegoś, co nie ma fajnego logo, które rozpoznaliby inni… Podobam się innym, ale mi na tym nie zależy…

Słucham amerykańskiego hip-hopu – utożsamiam się z wielkim bogatym murzynem.

Mam “szacun” u ziomów.

Wiem co to znaczy “szacun”.

Ja też daję “szacun” .

Mam “szacun” u lasek.

Laski mnie pragną. Mam dziesiątki… Miesięcznie…

Mam wielkiego przyjaciela w spodniach i lubię o tym mówić. Lubię też onieśmielać innych w publicznych toaletach.

Nikomu nie ufam.

Ludzie boją się mnie, kiedy jestem groźny i straszny.

Mam duże mięśnie i noszę koszulki z siateczki.

Opalam się na brązowo.

Lubię się opalać – mam swoje ulubione solarium. Solarium jest twarde i męskie. Jeee…

Pierdolę politykę, nie głosuję.

Chlanie jest cool.

Ja też jestem cool.

Inni to pedały.

Potrafię się bić.

Lubię sobie wyobrażać, jak biję innych. Czasami ich biję, żeby móc to sobie później wyobrażać i mieć co opowiadać.

Lubię opowiadać historie, jaki jestem zajebisty i jak potrafię sobie poradzić ze wszystkim.

Lubię, jak mnie słuchają.

Inni lubią mnie słuchać.

Palę fajki.

Nigdy nie witam się, ani nie żegnam podczas rozmów telefonicznych.

Lubię oznajmiać, kiedy mam coś w dupie…

Jestem ponad wszystkim.

Nie ma dla mnie wyzwań, są tylko zadania do wykonania.

Rozumiem wszystkich, nikt nie rozumie mnie. Są za głupi.

Potrafię prowadzić helikopter, jednocześnie ostrzeliwując ręcznie z CKM-u wietnamskie obozy Vietcongu.

Zasypiam, podziwiając siebie.

Jeee…

Jeee…?

Niestety… Jeszcze nie “Jeee”… Dopiero aspiruję.

Ale…

Lubię sobie myśleć, że jestem twardy, że walczę samodzielnie z pięcioma żulami, broniąc honoru pięknej blondynki z reklamówką Społem.

Nie lubię, kiedy coś przerywa moje fantazje. Brutalna rzeczywistość jest taka bezlitosna.

A czasami jest naprawdę miło…

Jestem twardy… Jadę sobie swoim 20-letnim, czterobiegowym autem, z silnikiem 1.3l, przekraczając dwukrotnie(!) limit prędkości (limit 60 km/h – remont autostrady), czuję się jak mistrz kierownicy… Tylko taki bardziej wyluzowany i cool..

Słucham głośno muzyki, mam twardą minę, spoglądam z pogardą na każdego, kogo mijam… Widzą śmierć w moich oczach… Spuszczają głowy…

Żuję gumę… Truskawkową JuicyFruit…

Jak mi się skończy smak, nie połykam, twardziele tak nie robią. Twardziele wypluwają. Trzeba wypluć na samochód obok – ale mocno, tak żeby doleciało. Niech wie, cham jeden!

Odkręcam korbką szybę (elektryczne są bardziej cool, ale oldschool też jest cool).

Pluję.

Odbija się od framugi i trafia mnie w łeb.

Nie umiem pluć.

Jeee…

Jestem zajebisty i twardy.

Teraz Polska? [v. 2.0]

niedziela, 24. luty 2008.

Zwątpiłem.

Do przepastnych czeluści skrzynki pocztowej pewnego portalu dla Polonii irlandzkiej, trafił list, z prośbą o pomoc w wybraniu najlepszego hasła promującego Polskę wśród obcokrajowców. Sam konkurs nie był wspierany przez żadną poważną instytucję związaną z naszym krajem, był inicjatywą prywatną mediów polonijnych i pewnego bloggera z onet.pl.

Temat: “Wypromujmy markę Poland/Is Poland sexy?”

Wszyscy chętni mogli nadsyłać swoje pomysły na hasło, motyw przewodni i projekt graficzny tej “kampanii”. Co najciekawsze w tym wszystkim, hasła nie były przygotowywane przez agencje, ale przez zwykłych ludzi, co tak naprawdę pozwoliło w nietypowy i oryginalny sposób zobaczyć, jak przeciętny Polak postrzega swój kraj i czym chce go promować poza granicami. Warunki – do 5 słów, język angielski.

Ci z Was, którzy mają pod ręką skórzane paski, lub kawałki drewna, które mogliby zagryźć, proszeni są o wprowadzenie ich do jam gębowych. Oto pełna lista propozycji samych haseł. Pisownia oryginalna…

Potraktujcie te hasła, jako coś, co Ci ludzie NAPRAWDĘ chcieliby zobaczyć na plakacie o Polsce.

Uwaga… Jeszcze możecie zawrócić.

Za późno… Podkreślone wyjątkowo”wyjątkowe”:

Poland? I fuckin love it [Jestem debilem!]
Enjoy Poland
“Come with me .Poland”
“Cum with me”
[Dojdź ze mną? Świetna reklama...]
Poland- u wil like it
Poland – just try it
Polish land – good land
Polish Land – Wodka Land
[Chlaj, rzygaj, ruchaj...]
Poland- nice people good price
Poland – nice chicks, cheap drink
[Chlaj, rzygaj, ruchaj...]
no drink no fun- no fun no poland
[Chlaj, rzygaj, ruchaj...]
Poland – see where wodka is made ! [Chlaj, rzygaj, ruchaj...]
VODKA,OK? [Chlaj, rzygaj, ruchaj...]
Here I am! Poland
[Proklamujemy tę ziemię Polską!]
Poland – not only Vodka
Poland – have you been there?
Poland- come and enjoy
Poland – simply love it.
Poland – the only choince
POLAND – IN THE HEART OF EUROPE
Poland- make yourself at home
Pure Pleasure- Poland
Poland- try something new this year
Need a change? Poland!
[Polska! Zmieni Twoje życie na zawsze...]
People Places Pleasure – Poland
There’s a soul country in a heart of Europe – Poland
“Good… Better… Poland”
“Bored? Go Poland!”
[Potem będziesz bał się nudzić!]
“Poland – and dreams come true”
[Troszeczkę się zagalopował...]
“Poland-Where Eagles Dare”
[Jakie to patetyczne!]
POLAND – Not only plumbers!
POLAND – SEE OUR HOME!
Come to Poland – just for change!
[Przyjedź do Polski tylko po drobne!]
Poland – just for change…
[Polska - Tylko za drobne...]
Poland – for bussines, travel and living!
POLAND 4 YOU – the smart set!
Poland-every day something New
[A nawet parę razy dziennie...]
Forza Polonia !
[W końcu jesteśmy na meczu włoskiej ligi.]
Poland – U need know it
[Tak, tak, synku... Tak, tak...]
Poland. You’ll be surprised!
[Nawet nie wiesz jak bardzo!]
Poland. Whatever you’re looking for is here.
Poland. For me.For u. For everybody.
[Everybody dance!]
Poland. So close.So different.
[W samo sedno.]
Poland. Have some fun!
Poland.Think no longer!
[...bo jeszcze się rozmyślisz.]
POLAND is only ONE!
[Dziękuję za informację...]
Come back with me soon
[???]
I’m so Sexy…! Poland
[???]
Poland- Lover for ever!
[Zawsze możecie nas wydymać! Zapraszamy!]
Here and there–always together!
[Mały błąd logiczny?]
POLAND…and nothing more..
[Naprawdę nic więcej?]
Poland, Paradise on Earth… You’ll never forget it
[Wszyscy wiemy, jak skończył Raj.]
Mysterious girls & mysterious place, just Poland
[Reklama tirówek...]
Welcome in Poland, right here right now
What Will heaven be like? Like a Poland?
[What would hell look like?]
Open your eyes, Poland can be nice
Poland – don’t hesitate.
You’ll come for more – Poland.
“Don’t ask. Try Poland”
“Poland – the place next door”
[W końcu mieszkamy już na Twoim osiedlu...]
“Poland. We know what’s good ;)”
“Do it your way! – Poland”
[Przeleć nas na swój sposób - Polska]
it’s made 4U
[Tak - nasz produkt jest indywidualnie przystosowywany do potrzeb turystów!]
Poland is Yours
[...tylko jeśli jesteś Polakiem.]
New Place to stay
[Spróbuj! My nie daliśmy rady...]
Poland. Big Country
[Ach... Ten powiew geniuszu...]
Poland. Think natural
Poland. Think natural!
Poland. Positive vibrations.
[Ahahaha! Błagam...]
Destination Poland
The world has changed, come to Poland and see for yourself
We dont Polish off!
[?]
The Pole Stars
[?]
We are (not) up the Poles!
Girls, you need hard Poles!
[Już to widzę na plakacie...]
The Poles are not cold! –
Europe and Poland are not Poles apart!
You’ll come for more – Poland.
See you…in Poland!
POLAND- GOOD PLACE
Poland – works hard, plays hard
Let’s make fun…in Poland!
Poland-the way you want…
Poland-be happy:)!
[...że Cię tam nie ma! My już uciekliśmy...]
Poland-go this way!
Visit Poland-you will like it!
With heart to Poland<3
Poland as good as you wish!
Poland as good as You!
Like no other-Poland.
Stop searching-Poland is your answer!
The answer is…Poland.
Poland-here you find what you are searching
Try the best,try Poland.
Holiday?In Poland of course!
How do you think is in Poland?
[Angielski trudna...]
Poland-taste like no other.
Poland-we are visiting your country-so visit our too.
[Albo przyjdziemy z karabinami...]
Breake the monotonous-go to Poland.
The World is big and Poland HOT.
Change rules-go to Poland.
You like fun?Poland is perfect for you!
John said that he loves Poland.Check this out!
Poland-for somebody as you!
Poland-something good for everybody!
Poland-special country special for you!
[Bo w końcu wszyscy jesteśmy specjalni...]
Feel like at home-feel Polish hospitality.
[Spijemy cię, okradniemy, a potem zrobimy z ciebie pośmiewisko!]
Poland-as good as you can imagine!
Why Poland?Why not?:)
Poland-pleasure you want to try!
Find a pleasure in Poland!
Make your life exciting – visit Poland!
Come and meet her – beautiful Poland!
The land of Poles – true adventure!
[True... true...]
Poland – new event in your life!
Poland is adventure!
Polish adventure – go for it!
Poland – we are moving faster
[...than Belarus]
Poland. Just go!
Discover Poland.
Poland. Your Own Discovery.
Poland. Voyage of Discovery.
Poland. Polished Country.
Poland. Country With a High Polish.
Polish Up Your Polish.
Polish Your Mind!
“Return to magic Polands”
Poland – Inspiring atmosphere
Poland – Solidarity is our power
Poland – Culture without barriers
[Brak barier kulturowych? W POLSCE?!]
Poland – Country full attraction
Polish (up) your IQ
MAGNETIC POLeAND
[?]
POLeAND STAR
[?]
Poland. Breast of Europe. Lung?
[Pierś i płucko nie pasują? A może zaoferować Panu wątrobę?]
Love @ first sight. POLAND.
Luv @ first sight.POLAND
“To visit, or not to visit: that is the question” – Poland
Solidarity. Everything started in Poland. (w logo może być flaga EU zamiast Polski)
[I niby co jeszcze...?]
Test of POLAND
POLAND – beautiful people , beautiful country…
Newland? Only Poland!
POLAND. Make The Country Yours
[Inni już próbowali... Spróbuj i ty!]

Udało się dotrwać do końca listy?

Piękne hasła prawda? Wśród tych kilkunastu przeciętnych, niechwytliwych, ale akceptowalnych, całkiem sporo tych absurdalnych, groteskowych (szczególnie biorąc pod uwagę, że napisanych przez tych, którzy z Polski uciekli w poszukiwaniu lepszego właśnie życia…). Są też takie uwłaczające rozumowi i naszej godności, czy sprowadzające cały nasz dorobek kulturowy do chlania wódki i łatwego seksu… Nie wspominając o tych, które zachęcają do ponownego podboju naszej macierzy… ;]

Znajdą się mocno naciągane, lub wręcz przekłamane, przestarzałe i nieadekwatne do obecnej Polski, zupełnie niezrozumiałe…

Może to jednak nie najlepszy pomysł, aby organizować takie konkursy wśród emigrantów. Grupa chyba, jak się okazuje, odrobinę niereprezentatywna…

Pomyśleć, że niektórzy naprawdę czuliby się dumni, gdyby takie hasła pojawiły się na billboardach. Chyba po raz pierwszy wziąłbym udział w czynie społecznym, przygotowując butelki z benzyną…

Hmm… A może jest inne rozwiązanie – zebrać te wszystkie hasła w jedną grafikę plakatową. Zestawić je razem, bez wyróżnień. Co wy na to? To dopiero byłby realny obraz współczesnej Polski, szczególnie dla tych, którzy potrafią czytać pomiędzy wersami…

Promocja poprzez kontrowersję, to niezwykle silna platforma…

Nie ważne co mówią, byleby mówili.

 

Ulicy czar…

niedziela, 24. luty 2008.

A ponarzekam sobie…

Kiedyś świat był jakiś taki bardziej kolorowy. Wyjście z domu było o tyle niesamowitych przeżyć ciekawsze. One wszystkie teraz odeszły, a najgorsze jest to, że nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy…

Kiedyś wychodząc na ulicę można było dostać w mordę, zostać okradzionym, zwymyślanym, pobitym…

Jakoś tak sympatyczniej było. Ludzko.

To niezapomniane przeczucie, kiedy na widok grupki zakapturzonych osób przechodziło się na drugą stronę ulicy…

A ludzie jednak paradoksalnie trzymali się bliżej…

Gdzie to się wszystko podziało?

Co się dzieje?

Ale ja znam odpowiedz na to pytanie! Przecież ja znam odpowiedzi na wszystkie pytania! ;]

Odpowiedź, to zdiagnozowane zniewieścienie męskiego rodzaju.

Kiedyś wychodziło się na ulicę i można było zobaczyć skinów, drechów, jakichś pancurów, brudów (tych od metalu), ćpunów, osiedlowych złodzieji…

A teraz co mamy?

Kochanych zakapturzonych hip-hopowców swoich mamuś, którzy żadnego obiadku nie przeoczą, a kieszonkowe od tatusia wydają na “bakanie ziąąą!”.

Mamy jakichś użalających się nad sobą emo. Wyglądają, jak ktoś, kogo parę lat temu nazywało się “gotycką kurwą”, z tym że w przeciwieństwie do tamtych twardych suk, ci ciągle się nad sobą użalają. I słuchają jakiegoś niemieckiego gówno-rocka dla nastolatków. I generalnie hańbią rasę.

Wojsko by się nimi zajęło…

No i mamy jeszcze gwiazdki pop, prosto z solarium, i skaczących wokół nich żelo-bojów…

W starych czasach taki skinhead jeden z drugim by to wytępił ze swojej okolicy, w parę dni… Nikt by nikogo nie wysyłał do psychologa…

Ale nie, stare, sprawdzone, tradycyjne metody ludowe są złe! Mamy teraz te z Anglii i USA! Wyślijmy dziecko na konsultacje. Porozmawiajmy o tym.

A i problemów z przyjezdnymi z UK, czy innych “bogatych krajów” by nie było. Parę patroli w popularnych turystycznie miejscach, i szybko popyt na tanie drinki i szczanie po ulicach by spadł…

Na ulicy rządził szacunek.

Nie było też na nich takiego ociekającego plastikiem lansu jak dzisiaj… Nie było szpanerskich zegareczków, telefonów, jakichś odtwarzaczy, aparatów itp. wymysłów.

O porządek dbali dresiarze. Wtedy bardziej potrafiliśmy zbalansować poziom szpanu i poziom zdrowego rozsądku. Nikt by nigdy wtedy nie zgubił telefonu w pubie, bo zanim by do niego doszedł, już dawno by go stracił.

Tak, tak… To były czasy… Kiedyś ludzie bardziej dbali o siebie, zastanawiali się dwa razy gdzie zostawiają portfel, czy ile pieniędzy brać ze sobą na miasto… ;]

Ale za to jak radyjko było potrzebne, jakiś gadżecik, to zawsze jakiś kolega, kolegi kogoś znał.

Dresiarze byli przydatni, a społeczeństwo nie płaciło za to wielkiej ceny… Ot, jakiś disco-relax w TV i po bólu… Czasem trzeba było popatrzeć na jakiś komplet, i nie parsknąć śmiechem. Też mi cena.

Nie moża też było przejść znudzonym przez centrum, czy starówkę. Zawsze można było zobaczyć kolorowe elementy ulicznego, w postaci pancura żebrzącego o kasę na wino, czy narkotyki, jakichś alkoholików wydzierających na siebie ryje…

Te głośne słowa, niewyszukane dowcipy płynące z ich ust…

Albo jakiejś cyganki, która próbowała uwolnić cię od sekretu twojej przyszłości.

A i ruscy handlarze się pojawiali, oferując jakieś ciekawe, nie zawsze legalne, wytwory, czy specyfiki…

A teraz tylko jakieś uśmiechnięte klony w identycznych koszulach i z puszkami atakują twoją kasę… Albo jaccyś zdebilowaciali mimowie, czy inne “talenty” z gitarami, “umilający” czas przechodniom pod jakieś rzewne melodyjki. No i zawsze znajdzie się jakiś kretyn, który myśli, że jak napisze sobie na kartce “bardzo zabawną” linijkę o tym, że “zbiera na piwo”. Obsrać się można ze śmiechu…

Proszę…

Gdzie ten koloryt…

Tak, moi drodzy, dajemy powoli dupy…

Kiedyś, jak ktoś przyszedł do kogoś z wódką, to zmieniało się plany. A teraz jak widzi się wódkę, to mówi się coś o pracy następnego dnia i samochodzie…

A już najgorsi są tacy, którzy lubią się wyżalać obcym co ich boli, randkują w internecie, zamiast polować bezlitośnie na ulicach, i mądrzą się, zamiast gadać o głupotach ze znajomymi…

Trzeba to będzie zmienić.

Operacja “Kopnij w Dupę Jak Cię Ktoś Wkurwia” w toku…

Dylemat nie na temat

sobota, 23. luty 2008.

Sobotnie popołudnie przywitało mnie w tradycyjny sposób – nudą i milionem myśli. Emigracyjny odpowiednik chleba i soli.

Ale kaliber myśli w omawianym przypadku był dosyć solidny, bo decydujący o minimum roku, a maksimum reszcie mojego wspaniałego życia. Otóż temat na tapecie to powrót do systemu edukacji wyższej.

Tak, wiem, zarzekałem się, zapierałem, wyśmiewałem…

Wątpiłem i nie wiedziałem sensu…

No bo przecież było tak łatwo, tak poniżej pewnego poziomu, a na końcu tej drogi czekał zwykły puchar, który można sobie postawić co najwyżej na półce, bo gwoździ na budowie się nim wbijać nie da…

Wszystko to w połączeniu z poszukiwaniem odpowiedniej filozofii życia, takiej, która zapełni i lodówkę, i półki mojej wewnętrznej biblioteki, stało się wyjątkowo trudnym zadaniem logicznym. Żadna szkoła wyższa nie zagwarantuje mi przyszłości. To mogę zrobić tylko sam, ale dlaczego jakaś uczelnia nie miałaby być narzędziem w moich rękach…?

Oczywiście beznadziejna praca, którą mógłby wykonywać byle idiota, a wykonuję ja, nie podnosi mojej obecnej samooceny.

I teraz właśnie przychodzi najwyraźniej czas rewaloryzacji wartości. Moje plany na przyszłość były do tej pory dosyć stabilne – osiągnięcie celu finansowego w więzieniu położonym pomiędzy pewnym oceanem, a pewnym morzem. Po powrocie inwestycja w jeden z samodzielnych pomysłów finansowania przyszłego życia, oraz w element stabilizacyjny.

Obserwuję powoli, jak osoby które znam zaczynają znajdywać lukratywne posadki, pozwalające na godne życie. I wcale nie jest im tak źle, jak przewidywałem… Zastanawiam się, czy może nie powinienem jednak pójść tą samą drogą. Tyle, że tym razem już nie jako ślepy naśladowca, lecz z pełną świadomością celu i środków, bez niepewności wywołanej nakazem społecznym.

Oczywiście swoją przyszłość wiążę z Polską – landrynkowe życie w Europie Zachodniej jakoś mnie nie pociąga. Wolę jednak polskie problemy i polskiego ducha, niż ubrania z logo i samochody z gwiazdą.

Z tym, że… Powrót na uczelnię miałby odbyć się w ukochanej Irlandii, gdzie w rok czasu zdobyłbym medal na piersi, tytułujący mnie, bardziej prestiżowym w Polsce niż magister, bo obcym, ale niekoniecznie lepszym, tytułem MA. Oczywiście tracąc pokaźną kwotę na czesne i życie. Kwotę, która przekreśliłaby dotychczasową celowość pobytu w emigracyjnym raju…

I co dalej? Kontynuować ciułactwo, czy wracać do Polski, brać kredyt, i spłacać, zasuwając w jakimś biurze, wspinając się po szczebelkach (proces łatwy, ale nieprzyjemny), poświęcając przez ileś lat siebie, dopóki nie będę mógł uciec na własne śmieci, zbudowane na konkretnym doświadczeniu i zapleczu finansowym…

Dziwne rozdroże przede mną…

Do tego jakieś takie proste i pospolite te rozważania. Wtórne. I co najgorsze, chyba wiem dlaczego.

Krok w lewo, albo w prawo. Ile można stać w miejscu…?

POKOCHAJ.CZULE.PL

piątek, 22. luty 2008.

W odpowiedzi na liczne zapotrzebowanie ze strony widowni:

***

HTTP://POKOCHAJ.MNIE.CZULE.PL

Mój opis:

Apodyktyczny cham, nazista, faszysta, nieempatyczny nietolerancyjny gbur, cholerny skąpiec, nieciekawy, empiryczny rasista. Ten niespotykany zestaw cech uzupełnić można jeszcze o egoizm, wieczne niezadowolenie (na pewno jest na to jakaś nazwa…), zaślepienie przez nieodgadnione cele, rąbnięty na punkcie porządku fuhrer (przez u z dwoma kropeczkami, nie wiem jak zrobić…). Frustrat.

Do tego narkoman, z rodziny patologicznej, niepoukładany mentalnie, o bardzo ściśle sprecyzowanych nienegocjowalnych poglądach na świat.

Również się spóźnia. Szczególnie, jeśli musi kogoś wszędzie wozić.

Dodatkowo, nie denerwuje się jeżeli chodzi o poważne sprawy, co może być denerwujące dla innych. Nadrabia za to w kwestiach codziennych (delikatny zapalnik, jeżeli chodzi o sprawy wynikające z niedopatrzeń), przez co przebywanie w jego towarzystwie jest stresujące. I męczące…

Z dobrych cech można wymienić to, że nosi brodę i okulary [podobno fetysz pseudointelektualny dziewczyn z dyskotek, więc jakieś szanse to rokuje].
Oczywiście inteligentny wygląd jest żartem natury.

Ponieważ to nie dobre, ale te złe cechy są interesujące ["good news is a bad news", cytując znaną maksymę dziennikarską], dlatego zalety wymieniamy krótko, żeby nie marnować przestrzeni…

Lojalny, solidny, słowny, rozsądny, uporządkowany, zapobiegliwy, samodzielny, idealny. Do tego o : mocnej osobowości, specyficznym charakterze, sprecyzowanych poglądach i spojrzeniu na świat, niegłupi, zdarza się, że i zabawny, mający trochę uroku osobistego, pewny siebie.

Prawdomówny.

Czyli generalnie mdły i nudny jak flaki z olejem.

Zdjęcia nie chcą przejść moderacji. Musiałem się pewnie spodobać którejś z moderatorek… To mówi wszystko o moim wyglądzie. Nie będę się chwalił, ale jestem superprzystojny.

Za to w łóżku do bani…

Zresztą nieśmiały, więc z łóżka nici.
Wymarzony partner:

Cicha, samowystarczalna, wychowana lepiej ode mnie, najlepiej uśmiechnięta małointeligentna blondynka.

Jeżeli masz niskie IQ, blond włosy (mogą być farbowane, pod warunkiem, że odrosty nie wykraczają poza tolerowane 5cm) i uważasz, że ten profil jest zabawny, wyślij do mnie sms’a. Przecież wy tak lubicie sms’y. Nie czytam powyżej 30 znaków.

Wymagania dodatkowe: bezproblemowa, bezobsługowa, najlepiej po menopauzie, żeby wykluczyć comiesięczne napady umysłowe. Ważne żeby lubiła jadać w domu. To co sama ugotuje. Musi lubić się dzielić…

Z błahostek, miło było by gdyby była wspierająca, lojalna, i miała jakiś cel w życiu (sięgający dalej, niż najbliższy piątkowy wieczór…). Co najmniej do następnego czwartku. Bybybybyby…

Mile widziane sieroty (w sensie dosłownym), lub posiadające najbliższą rodzinę na Alasce. Preferuję jednak sieroty.

Z funkcji praktycznych musi jeszcze umieć po sobie posprzątać. Nie dzień, tydzień, miesiąc, millenium po… Liczy się refleks.

P.S. Mam pięęęęękne dłonie. Nie żadne bochny.

 

O.S.T.R. – [Ja Tu Tylko Sprzątam] – Duże “Och…! Ach…!”.

Nakaz zewnętrzny

piątek, 22. luty 2008.

Jak trudno jest żyć nie mając pasji.

Nawet głupiego hobby.

Nic.

Człowiek czuje się taki pusty, bezwartościowy, kiedy nie jest w czymś mistrzem (nawet w mikroskali).

Budzisz się rano, praca, powrót do domu… i co wtedy? Przecież nie można spotykać się ze znajomymi dzień w dzień, bo albo zacznie się wymiotować na ich widok, albo oni na nasz…

Trzeba więc znależć jakąś alternatywę dla samotnego spędzania czasu.

Ale zabijanie nudy, to tylko jedna z zalet posiadania pasji. Inną, trochę chyba ważniejszą, jest samodefiniowanie. Człowiek, który jest lekko kopnięty na jakimś punkcie, bardzo szybko zaczyna owijać sobie życie wokół niego. A jeżeli jest dzięki temu szczęśliwy, być może odkrywa właśnie swoją prawdziwą tożsamość? Swoje Id?

Przykładów może być wiele – muzycy, artyści, sportowcy… Ale mogą być i te bardziej przyziemne, nie uzależnione od wrodzonych zdolności i talentu… Można np. odnaleźć się w jakimś zawodzie, albo pielęgnować jakieś proste hobby, które w pewnym czasie wzniesie nas na piedestał “wyższej szkoły jazdy”, podnosząc naszą samoocenę. Wszystko, co uczyni nas szczęśliwszymi, będzie właściwym rozwiązaniem. Pasjonaci rozwijają się szybciej, pełniej, są bardziej aktywni, pewniejsi siebie, no i mają ten błysk w oku… Nie mówiąc już o setkach grouppies u stóp ;]

Śmieszne? Może jednak z tymi grouppies to nie taka przesada – przecież facetowi, który jest w czymś dobry, stosunki z kobietami układają się o wiele lepiej, niż takiemu “Panowi Nikt” z pasemkami i zasłyszanymi gdzieś tekstami…

Ale mogę się mylić, nie wiem, nie ani jestem kobietą, ani specjalistą od stosunków damsko-męskich. ;]

Swoją drogą różnego rodzaju pasje, potrafią całkiem ciekawie ukierunkować nasze życia. Wystarczy spojrzeć na dzieci – te, które niczym się nie zajmują, niczym nie interesują, szybko pakują się w kłopoty, wynikające ze zwykłej nudy. Te drugie, które potrafią aktywnie spędzać swój czas, szybciej się rozwijają, dojrzewają towarzysko, są bardziej odporne na stres. I nie chodzi mi tutaj o te dzieci, których rodzice zmuszają do gry na skrzypcach, czy nauki angielskiego na dodatkowych kursach. Bardziej o te, które same pielęgnują to, co je w danej chwili stymuluje.

Nie wolno lekceważyć jednak magicznej siły “równowagi” – pasja to jedno, obesesja to coś zupełnie innego.

Kiedy po przeczytaniu tego tekstu dostrzeżecie jakie wasze życia są puste i postanowicie znaleźć sobie jakieś kreatywne zajęcie, aby czerpać z tych wszystkich wymienionych powyżej zalet, pamiętajcie, żeby robić to z głową.

Zadanie na wieczór – zainteresować się czymś.

Dziękuję.

Rozważania inspirowane nowym albumem jednego z niewielu polskich artystów, których szanuję ;]

 

W którą idziesz stronę?

czwartek, 21. luty 2008.

Tak, my jeszcze mieliśmy to szczęście… Chyba ostatni…

 

Czyżby czas właśnie coś zabił?

Czy to tylko nasze zdebilowacenie wtórne?

Przecież wtedy wieści o zabawkach z RFN były legendami, radzieckie plastikowe karabiny maszynowe powodem do odznaczenia i wiecznego honoru wśród kolegów z podwórka… A już nie wspomnę o lalkach Barbie i ich podróbkach! Tak! Dziewczyny też miały swój świat!

Tak było w naszych wspomnieniach…

Zdobycze od radzieckich handlarzy na bazarach liźnięciem nowych doświadczeń.

Kolorowy telewizor przez długi czas tworem abstrakcyjnym [telewizor w ogóle nawet] .

Ciężko było dostać łożysko do roweru.

Uczyłeś/uczyłaś się prowadzić malucha w szczerym polu, siedząc ojcu na kolanach, a potem łapiąc gorączkę i zmuszając wszystkich do powrotu do domu… [:)]

Wyczynem było wspięcie się na dach garażu, albo “kradzież” jabłek z osiedlowej jabłonki.

A sam dźwięk wczytujących się gier z kaset do Atari 800XL (sam miałem kilka lat później Atari 65XE – również na kasety! – nawet technika nie chciała się wtedy posuwać…).

Kartonowe pudło mogło być zabawką na wiele godzin!

Stracone bezpowrotnie w piaskownicy resoraki…

Rożne przedszkolne i szkolne mody i szaleństwa (zbieranie obrazków z gum Turbo, karteczki, kapsle) …

Staromodne walkmany na komunie.

Mroczne, skrywające liczne tajemnice, diabelskie miny nauczycielek z podstawówki…

I te fryzury ludzi na ulicach.

I nawet historia tworzyła się wokół nas, kiedy my nie chcieliśmy jej widzieć.

Nawet lata czy zimy były takie bardziej nasycone, intensywniejsze…

Było tak inaczej, tak pełniej…

Komuno wróć? ;]

Na chłodno, czy na gorąco?

czwartek, 21. luty 2008.

Into The Wild

A co gdyby tak…

Rzucić wszystko w cholerę?

Oddać wszystkie posiadane pieniądze, rzeczy, reszty się pozbyć, spalić…

Wyruszyć w nieznane w tym, w czym się stoi?

Spać pod gołym niebem i żywić się tym, co się znajdzie, lub co uda się kupić za dorywczo zarobione pieniądze?

Nie kontaktować się nigdy więcej z najbliższą rodziną?

Zatrzeć po sobie wszelkie ślady…?

Odciąć się zupełnie od swojej przeszłości, nie odcinając się jednocześnie od swoich doświadczeń?

Postępować tylko uczciwie i praworządnie, czyniąc dobro i rozprzestrzeniając mądrość?

Spotkać człowieka prawdziwie szczęśliwego, i nie pójść jego drogą, szukając własnej?

Napotykać na kilka chwil swoje największe przeciwieństwa, urzekające i prawdziwe, bo alternatywne, a mimo to nie ulec im?

Spotkać mądrość starości i poddać jej próbie własną filozofię? Wielokrotnie…

Pokazać innym, co to znaczy być zakochanym, nigdy wcześniej tego nie doświadczając, a potem zakochać się na sposób, którego nikt inny przedtem nie odkrył?

I porzucić to wszystko.

Uciec jeszcze dalej, jeszcze głębiej…

Pożegnać się, i przygotować się do wiecznej samotności?

Stać się elementem natury.

A potem zostać na zawsze przez nią olśniony, odkryć spóźnioną prawdę, i uznać ją, jednocześnie poddając się niej?

A potem uświadomić sobie, że głupi film udowadnia ci, że ty sam/sama nigdy nie zdobędziesz się, aby zrobić coś podobnego, i poczuć się przez to cholernie mizernie… małym…

Zastanawiać się, czy to tak naprawdę świętość, czy głupota…

Czy heroizm, czy nieprzygotowanie…

Na ile prawda, na ile fikcja…

Czy to nowy mesjanizm, współczesne pustelnictwo, czy głupota nastolatka, który przeczytał o jedną egzystencjalną książkę za wiele…?

I czy to i tak nie jest imponujące, niezależnie od której strony na to patrzeć…

Sprobujcie odpowiedzieć na to sobie sami…

“Into the Wild” na podstawie książki Jon’a Krakauera, w reżyserii Seana Penna, z genialną, pełną poświęcenia rolą Emile Hirsh’a, jako Christophera McCandlessa.

Film 10/10, nawet po głębszym zastanowieniu, na zimno, zostaje po nim jakiś sens…

A po obejrzeniu, znających angielski zapraszam, do przeczytania niesamowicie ciekawego, znacznie zgłębiającego całą historię “Alexandra Supertrampa” eseju The Cult of Chris McCandless.

Historia może Wam się spodobać, albo nie, ale na pewno pozostawi jakiś ślad.

…Mam tylko nadzieję, że nie udało mi się zdradzić podwójnie zaskakującego zakończenia tego filmu… ;]

BitTorrent

Napisy

Mentalny overdrive

wtorek, 19. luty 2008.

Wyłącz głowę. Chociaż na chwilę…

Hahahahahahahahahahahaaaaaaaaa! NIE! Nigdy!

NIGDY!!!

Wiadomości, dźwięki, obrazy, kolory, materiały pod twoimi palcami. Różne faktury, różne odcienie, różne ciężary gatunkowe. Mnogość, wielorakość, podzielność, rozdzielność, mętlik, chaos, spokój, kontrola, bezład, napięcie i rozprężenie… Zero i jeden. Zerojedenjedenzerojedenzerojedenzerozerozerojeden…

Świat informacji, nadający do nas bez najmniejszej przerwy, 100% przepustowości – 100% obciążenia.

Praca, pieniądze, seks, znajomi, internet, telewizja, radio, obrazki, światła na skrzyżowaniach, dźwięk dochodzącej mikrofalówki, dzwonek telefonu… Bezustanny przesył danych. Wieczny brak czasu. 24-godziny hurtem. 7 dni w tygodniu. Ryczałt. Bierz ile wlezie – wykorzystaj do końca! Ale…

Brakuje? Tylko na WSZYSTKO! Wszystko na raz. Róbmy wszystko na raz!

WSZYSTKO NA RAZ!

Selekcjonować?! Podzielność uwagi! Marnować minutę, sekundę, nanosekundę?!

Bzzzzzzzzzzzzz…

——————————————————————————-

- Co?

- STOP.

- Co?!

- “Wyłącz”.

- CO?! Wypieeeeerdalaj!!!

Pstryk.

——————————————————————————-

I chuj…

Plamy na suficie też potrafią być ciekawe.

WEB 2.0 – Dekalog

niedziela, 17. luty 2008.

Sieć jest znakomitym miejscem obserwacji zachowań i nastrojów społecznych. Każdy kolejny twór internetowy wyzwala w użytkownikach całą gamę nowych emocji, o które trudno by było ich podejrzewać wcześniej. A im więcej swobody w sieci, tym więcej owej kreatywności do obserwacji.

Niestety, nie zawsze pozytywnych…

Dzisiaj na widelec pójdzie WEB 2.0 – tzw. user generated content – treść generowana przez użytkowników.

O ile niezaprzeczalnie WEB 2.0 nadała naszemu ulubionemu medium nową jakość, i dobrze wykorzystywana, posunęła sieć w ciekawym kierunku, o tyle wyzwoliła cały szereg negatywnych zjawisk. Socjologiem nie jestem (ale zajęcia z socjologi swojego czasu miałem!), co nie broni mi jednak lekko sobie zakpić z zachowań typowych dla użytkowników WEB 2.0.

DEKALOG WEB 2.0

Jam jest nowy standard, który cię wywiódł z przepastnej czeluści niebytu, z domu poglądów niewoli…

1. Pierwszy!!!!!!!!!!!!!!!!

2. Nie będziesz ujawniał imienia swego.

3. Będziesz nadużywał mocy WEB 2.0 do czczych rzeczy.*

4. Pamiętaj, byś żadnej świętości nie oszczędził.

5. Wspieraj przyjaciela swego, jak siebie samego (choćby nie miał racji!).

6. Jeżeli nie masz nic do powiedzenia – powiedz to!

7. Nie będziesz uznawał poglądów innych, niż Twoje własne!

8. Będziesz kopiował i kradł cudze myśli i pomysły, udając oryginalność.

9. Obrażaj bliźniego swego, jak on Ciebie samego. Krytykuj wszystko i wszystkich.

10. Jesteś specjalistą od wszystkiego.

Pominąłem coś?

Może dodam jeszcze “Klikaj zanim pomyślisz i miej pretensje do innych” :)

* Pozdrowienia dla użytkowników Wykopu :)

Szybki samochód i wolne życie.

niedziela, 17. luty 2008.
Przymierzałem się do tego, aby skreślić parę słów dotyczących secesji serbskiego Kosowa. O tym jak banda albańskich mafiozów i terrorystów, zacznie realizować sen o potędze i utworzeniu Wielkiej Albanii (nikt chyba nie łudzi się, że Albańczycy z Kosowa, po uzyskaniu “niepodległości”, nie połączą się w końcu z Albanią, z którą będą graniczyć).
Miałem napisać parę brzydkich słów na temat USA, Niemiec i kilku państw UE, które taką secesję wspierają, odrywając od Serbii ziemię dla nich tak rdzenną, jak dla Polaków Kraków, czy Gniezno.
Miałem wspomnieć o medialnej dezinformacji, która z Serbów zrobiła zbrodniarzy (chociaż oczyszczono ich sądownie z zarzutów ludobójstwa), a z Albańczyków kosowskich – męczenników i bohaterów. Ale po co zawracać sobie tym głowę, prawda? Przecież te nieliczne głosy rozsądku, w dobie debilizmu światopoglądowego, nic nie zmienią. Serbia tak, czy siak, będzie musiała zapłacić straszną cenę, historii lub krwi, bo już zapowiada się wkroczenie nowych wojsk na teren Kosowa, by strzec jego “niepodległości”.
Zwykłe skurwysyństwo, za które przyjdzie mi się wstydzić, jako obywatelowi kraju członkowskiego UE, która wysyła tam siły “pokojowe”. Ale o tym wszystkim nie napiszę, o nie…

Napiszę o czymś o wiele bardziej przyjemnym, a i zarazem przyziemnym. O bogaczach i ich snobizmie.

Otóż podczas moich licznych służbowych wojaży po Irlandii – “Celtyckim Tygrysie”, najprężniejszym ekonomicznie kraju Europy, najszybciej bogacącym się społeczeństwie, mam niejedną okazję zetknąć się z różnymi formami nowobogacenia się i czystego snobizmu związanego z posiadaniem pieniędzy…
Często pochodzących z kredytu, ale póki spłacanych regularnie, to ciągle dających wrażenie zamożności.

Tak czy siak, dużych pieniędzy!

Podczas moich wyjazdów do centrum Dublina, zawszę borykam się z dylematem tego, gdzie zostawić auto. Poruszać się autem po centrum nie sposób, bo kto widział systemy dróg owej stolicy i miał okazję spróbować dostać się gdzieś labiryntem jednokierunkowych traktów, ten wie, że mija się to z celem. Szczególnie, że są one zapchane jak miejskie szalety, a skrzyżowanie i światła to reguła (widzieliście kiedyś Irlandczyka, który próbowałby pokonać skrzyżowanie bez sygnalizacji? – to byłoby ponad jego siły!). Do tego piesi wpychają się pod koła jak testowe manekiny zderzeniowe. Powinni naklejać sobie obowiązkowo oznaczenia stref zgniotu na nogach, plecach i czaszkach.

Otóż parkując w centrum, auto zostawiam przeważnie na parkingu hotelu Mercer, przy Stephen’s Green Shopping Center. Zakrawa to trochę na kpinę z mojej strony… Dlaczego?
Otóż parking hotelu Mercer, nie różni się specjalnie ceną (€2,80/h) od innych w centrum, różni się natomiast ekskluzywnością (€440 za nocleg w hotelu, bez śniadania!). Niewielu zna tą tajemnicę rozbieżności cen parkingu i noclegu, przez co nie dość, że łatwiej tam zaparkować, to jeszcze parkuje się w znacznie bardziej doborowym towarzystwie. Średnia wartość aut pozostawionych w owym betonowym garażu musi oscylować w granicach €100,000 na auto. A ja zawsze, z szerokim uśmiechem na ustach, wjeżdżam tam swoim poobijanym 19-letnim VW Golfem MK2, na polskich tablicach, co w dodatku w moim przypadku jest tu przestępstwem podatkowym. Oczywiście staram się zaparkować pomiędzy autami najdroższymi z najdroższych. Lubię oglądać te zdegustowane miny właścicieli, którzy na widok mojego wiernego towarzysza podróży zaczynają nerwowo polerować rękawami swoje supersamochody.
Dzisiaj ta sztuka nie udała się do końca, bo postawiłem swój wehikuł przy nędznym BMW 5, ale tuż obok stały Porsche Cayman i Ferrari F430, przez co uznałem to za godny kompromis parkingowy.

Bogactwo ma to do siebie, że często łączy się ze skrajnym pozerstwem. Czarne Ferrari powinno kojarzyć nam się raczej z wystylizowanym playboyem w okolicach trzydziestki, w Porsche lubię oglądać piękne blondwłose utrzymanki bogaczy, a w luksusowych autach terenowych umięśnionych wielkoludów. Wszyscy oni powinni katować owe auta bez litości, nie zważając na ograniczenia prędkości, warunki terenowe, czy widmo własnej, jakże widowiskowej, śmierci.

Niestety, życie pisze własne scenariusze, o wiele mniej przebojowe, przez co w autach sportowych lądują przeważnie 50-letni korporacyjni nudziarze z brzuszkami i zwierzęcymi mordami, a wielkie auta terenowe prowadzą zabiegane mamusie, które uważają, że w ten sposób bezpieczniej rozwiozą dzieci do szkoły. Wszystkich ich łączy jedno – żadne z nich prowadzić nie potrafi (zawsze, ale to zawsze się wleką – wiadomo, im wolniej jadą, tym więcej osób ich zobaczy, przez co będą mogli pofantazjować sobie o swojej wielkości, w drodze swojej pracy w banku, czy firmy handlującej śrubkami), oraz nigdy nie potrafią zaparkować. Nigdy!

O ile w przypadku mamuś parkujących 5-metrowe giganty drogowe na 3 miejscach jest to zrozumiałe, w końcu nikt nie będzie wymagał od nich, że będą potrafiły prowadzić auta, które same sobie wybrały do jazdy, o tyle w przypadku bankowych dorobkiewiczy zakrawa to na komedię. Póki co opiszę, ale kiedyś może pofatyguję się o sfilmowanie dla tych, którzy jeszcze nie widzieli… Otóż nic nie potrafi tak rozbawić, jak widok twardziela, parkującego swoje Porsche tyłem w zatoczce. Najpierw parkowanie na tzw. 16-razy, zanim w końcu trafi tym maleństwem pomiędzy linie, potem sześć poprawek, aby na końcu zostawić je tylnym zderzakiem w ścianie. A potem rytualne wyjście z auta, żeby obejrzeć szkody, mina smutnego dziecka, i kolejne 6 poprawek.

Porsche 911 Carrera – €200,000. Okulary przeciwsłoneczne Gucci – €400. Widok rozbawionego do łez młodego Polaka – bezcenny!

Co tam, możecie powiedzieć, że wyłażą ze mnie kompleksy – że sam chciałbym mieć, ale mnie nie stać, więc narzekam! Hah! Owszem, chciałbym mieć, ale nie za cenę, jaką płacą za owe superauta ci, którzy je nabywają. Całe dnie w biurach, zero kontaktu z realnym światem, piętnaście kredytów i milion zmartwień. Kiedy je w końcu nabędą, okazuje się, że nie potrafią ich okiełznać, bo do tej pory jedyne trasy, które robili, to te z domu do biura i po zakupy. A autami się zbytnio nie interesowali, bo nie było kiedy. W końcu księgowość – to jest dopiero pasja!

Nie wspomnę nawet słowem o ich znajomości przepisów drogowych, czy kulturze jazdy. Wiadomo – buc to buc.

Życie w Irlandii wydaje mi się czasem przyśpieszonym kursem niechęci do pieniędzy. Co jak co, ale my, Polacy, pieniądze kochamy, bo nigdy ich nie mieliśmy. Od małego nasyca się nas doktryną “zarabiaj – miej – pokaż innym”. Im dłużej tu jestem, tym mniej imponują mi te wszystkie gadżety i bardziej zauważam, jak to wszystko jest w życiu niepotrzebne. Plastikowe auta z dużymi silnikami, ubrania z rozpoznawalnym logo, 100-calowe plazmy w sypialniach (O tak! Cena €7,000 – popyt przewyższający podaż! Chcesz? Ustaw się w kolejce!). Tylko kiedy potem spojrzy się na takich ludzi, trudno się nad nimi nie litować. I nie chodzi mi o to, że są nieszczęśliwi – oni nawet mogą być szczęśliwi w swojej głupocie. Ale potrafią być tacy biedni i śmieszni, udając ludzi, którymi chcieliby być.

Myślą, że szybkie auto sprawi, że wreszcie będą postrzegani jako mężczyźni. Postawcie ich obok umorusanego 20-latka, który dłubie przed blokiem całe weekendy przy swoim Civicu, popijając z kolegami puszkowane napoje chłodzące, dobrze się bawiąc i przeprowadzając tysiące męskich rozmów.

Myślą, że markowe ubrania po kilkaset euro sztuka, sprawią, że wreszcie będą uważani za stylowych i atrakcyjnych. Niech staną sobie obok chłopaka, który co prawda na ubrania nie wydaje miesięcznie więcej, niż jego dniówka, ale nie musi, bo potrafi przyciągać spojrzenia innych swoim charakterem i niepowtarzalnym stylem bycia.

Myślą, że warty miliony penthouse na dachu jakiegoś bloku w zamożnej dzielnicy, albo super-luxury apartment kilka pięter niżej (2 pokoje – €600,000) sprawi, że będą popularni wśród znajomych, a kobiety będą chciały zostawać na noc… Hah! Nawet nie będę tego komentował, takie to absurdalne.

Wspinać się po szczeblach jakiejś korporacji przez kilkadziesiąt lat, poświęcać jej młodość, zdrowie, wolny czas, upadlać się z roku na rok… A może założyć własną firmę, zasuwać dniami i nocami, nie mieć czasu na nic, wyrywać sobie włosy z głowy w trudnych chwilach i zamartwiać się na zapas…

Ale na końcu tej drogi czeka na nas przecież lśniące Ferrari, w którym będziemy mogli wozić swoją samotną dupę…

Prawdę mówiąc, mój Golf’89 wydaje mi się coraz bardziej atrakcyjny…

Trudna miłość

czwartek, 14. luty 2008.

Z okazji kolejnego święta handlowców prezydent Wielkiego Imperium Euroazji Rosyjskiej postanowił przekazać nam prezent o wiele bardziej wartościowy niż grająca kartka, bo szczerszy i zapadający w pamięć. Otóż były szpieg KGB, zdolny dyplomata i znawca narodu polskiego uraczył nas kolejną “sympatyczną” groźbą. Niestety dla niego, tych gróźb nie sposób już traktować poważnie, bo są zbyt częste i zbyt mało wyrafinowane, więc każdą kolejną powinniśmy odbierać jako akt pamięci o dzielnym narodzie polskim. A Rosjanie pamiętają, pamiętają mocno!

Niestety, nawet gdybyśmy chcieli puszczać owe pogróżki koło uszu, nie możemy… Media w poszukiwaniu sensacji, nie odpuszczą żadnej okazji, by naród walecznych kawalerzystów, którzy konno w stanie są atakować czołgi, a pieszo, w odpowiedniej przewadze, dewastować przystanki, zastraszyć.

Putin jak zwykle – po raz kolejny burknął coś o tarczy antyrakietowej i o tym, czego to oni nie zrobią, żeby nie powstała. Tym razem niestety był najwyraźniej po dłuższej degustacji wody kartoflanej, bo z kreatywnością było u niego na bakier. Nie postarał się i postanowił powtórzyć po swoim generale siejącą popłoch wśród polskiego pospólstwa wiadomość o tym, że w przypadku wybudowania w kraju nad Wisłą sławetnej tarczy, rakiety Imperium zostaną wycelowane w nasze terytorium.

Niby nic, ale dla najważniejszych portali, telewizji, rozgłośni i z pewnością jutrzejszych gazet, temat nie do przemilczenia.

Ale zastanówmy się, jaki sens ma nagłaśnianie takich pogróżek?

Rakiety którymi Rosja chce nas zastraszyć, to systemy mimo tego, że niekoniecznie najnowocześniejsze, ale jednak zapewniające bezpieczeństwo naszemu odwiecznemu sąsiadowi. W razie konieczności muszą i mogą być one wycelowane w dowolny punkt na świecie w kilkanaście minut. Więc w czym rzecz i o co całe zamieszanie? Przecież mogą to zrobić, niezależnie od powodu i bez informowania nas o tym fakcie. Rosyjscy “tawariszcze” to wiedzą, polscy specjaliści od obronności również… Dlaczego więc Putin zawraca sobie głowę i grozi nam takimi banałami? Przecież nie będą one miały wpływu na jakiekolwiek decyzje związane z tarczą, a podejmowane w Polsce. Dla MON taka pogróżka to tak, jakby zagrozić nam, że w przypadku wyposażenia każdego polskiego żołnierz w kamizelkę kuloodporną, każdy rosyjski żołnierz otrzyma dodatkowy przydział ostrej amunicji do swojego Kałasznikowa.

No i co z tego? Czy w takiej sytuacji powinniśmy zrezygnować z kamizelek?

Tak samo jest z tarczą.

No, ale Polska to Polska, my rządzimy się nie tylko prawami rozumu, ale i prawami motłochu. Wystarczy, że kilka większych instytucji medialnych nagłośni sprawę i w Polsce panika murowana. A do spanikowanych trudno przemawiać racjonalnymi argumentami. I już opinia publiczna ma wpływ na to, czy systemy tarczy rakietowej zostaną u nas rozlokowane, czy nie. A Rosjanom przecież tylko o to chodzi! Jak nie drzwiam, to oknem! Swój cel muszą osiągnąć.

Dwa, że zamiast rozmów w mediach o tym, dlaczego Rosjanie nam grożą, prowadzonych w atmosferze wielkich sensacji (Rosjanie nam grożą – też mi sensacja!) , powinniśmy prowadzić rozmowy informujące nas dlaczego nasi sąsiedzi tak bardzo tarczy u nas nie chcą i jaki mają w tym interes. Powinniśmy też zapytać, dlaczego Rosjanie nie przedstawią żadnego poważnego argumentu w tej sprawie, posługując się ciągle typową dla siebie demagogią.

Jeżeli tak miłują pokój, coż im ta tarcza przeszkadza? Owszem, mogą podpierać się argumentem, że globalny system obrony USA, to system ograniczający potencjał militarny Rosji. Z tym że, dlaczego Polsce akurat ograniczenie potencjału Rosji, która od zawsze jest nam wroga, miałoby zaszkodzić?

Ale oni wiedzą co robią – zaszczepili już w nas błędną świadomość, że tarcza może realnie zagrażać Caratowi Putinowskiemu, przez co, znając historię, oczywiście, boimy się!

A jak działa tarcza? Przecież to nic więcej, niż system rakiet przechwytujących. Żadnego ataku tym przeprowadzić nie można, chyba, że jedna z takich rakiet spadnie Putinowi na łeb i nabije mu guza. Rakiety tarczy nie przenoszą ŻADNYCH ładunków – ich działanie polega na strącaniu rakiet wrogich za pomocą pędu i siły uderzenia. Nie różnią się techniką ataku od porządnie rzuconego kamienia.

Do tego typowy Polak myśli, że takie strącenie rakiety zakończy się wielkim wybuchem w powietrzu, który w przypadku głowic atomowych zafunduje nam solidny promieniotwórczy deszczyk, lub siłą wybuchu zmiecie Bóg wie jeden co. Prawda jest taka, że współczesne rakiety wyposażone są w skomplikowane zapalniki, które powodują wybuch przenoszonego materiału tylko w określonych warunkach, a i przeważnie miejscu i czasie. Do tego, zanim cokolwiek na nas spadnie, prawdopodobnie spłonie w atmosferze. Ale nie! My się boimy!

A dlaczego się boimy? Przez doświadczenia empiryczne! W końcu kiedy typowy rodak na jakiejś wsi znajdzie dużo łatwiejszy do zdetonowania niewybuch z minionej wojny, to co mu tam, piłka w ruch, trzeba zobaczyć co jest w środku. A potem tragedia. I boimy się!

Do tego zastanówmy się, czy taka tarcza nie zagwarantuje nam bezpieczeństwa w o wiele praktyczniejszy sposób niż niejeden traktat, czy papierkowy sojusz. Co jak co, ale dzięki Francuzom i Anglikom, powinniśmy już doskonale wiedzieć, ile takie papierki znaczą…

NATO przeżywa kryzys, na siły UN nie ma co liczyć, bo te nie angażują się w konflikty zbrojne, chyba, że po złej stronie (patrz wsparcie dla Kosova przeciwko broniącej niepodległości Serbii), a nasza armia jaka jest, wszyscy wiemy…

Tarcza to dla nas realny punkt zaczepienia w świecie obronności, i to gwarantowany przez militarne mocarstwo! Każdy atak na Polskie terytorium, czy na element tarczy, Amerykanie będą musieli odbierać jako atak na ich systemy obronne! Tu nie będzie dużo do gadania, myślenia – atakujesz Polskę, atakujesz USA. Żaden papierek świata nie zapewni nam tego, co może zapewnić tarcza. I tak naprawdę bez znaczenia są wszelkie dyskusje na temat tego, co USA da nam za rozmieszczenie elementów tarczy w Polsce, ile na tym zarobimy, dlaczego mamy znowu iść na rękę Stanom Zjednoczonym itd. Tu chodzi o nasze przyszłe bezpieczeństwo.

A Rosjanie o tym wiedzą i dlatego tak głośno lamentują. Wiedzą, że budowa tarczy przenosi stosunki militarne pomiędzy USA a Polską o szczebel wyżej, co najwyraźniej z jakiegoś powodu nie jest im na rękę. I boję się myśleć dlaczego…

Niestety, czasem trzeba podejmować niewygodne decyzje, czasem trzeba się komuś narazić, żeby zadbać o własny interes. Nawet, jeżeli tym kimś ma być grzmiąca Rosja.

Szkoda tylko, że polskie media, kiedy naprawdę powinny, nie potrafią opowiedzieć się po właściwej stronie.

Obyśmy nie zapłacili za to wysokiej ceny.