Archiwum dla styczeń, 2008

Gry i zasady

wtorek, 29. styczeń 2008.

Życie.

Można przejść przez nie spontanicznie, można przejść przez nie będąc sterowanym.

Można mieć własne zasady, albo dopasować sie do zasad ogólnych.

Można zostać ćpunem, alkoholikiem, pracoholikiem, seksoholikiem. Pozwolić sterować sobą na rożne sposoby. Można tez probować być wolnym.

Hah! Wolności nie ma - nasz wybór zawsze jest ograniczony. Wybór. Ten jednak zawsze pozostaje.

Można być prostytutką zarabiającą na swoje potrzeby, dzieci, albo zdychać z głodu, licząc na pomoc innych. Można wybrać drzewo zamiast zakrętu. Można wybrać sześć magicznych cyferek, które pozwolą ci na “N” miesięcy szaleństw lub stabilizacje do końca życia. Można wybrać kiełbasę w sklepie…

Można wybierać…

Ale nasz wybór nigdy nie jest do końca nasz. Zawsze coś na niego wpływa - charakterystyka terenu, ludzie, którzy patrzą nam na ręce, pogoda, sytuacja materialna, kultura, trendy, logo.

Probując szukać wolności wyboru możemy dać się uwieść rożnym, mniej lub bardziej przyziemnym bzdetom.

Tylko pytanie, czy wolność polega na podejmowaniu decyzji pod wpływem impulsu, chwilowej oceny sytuacji, tego co czujemy, myślimy, uważamy za słuszne…?

Czy może jest jakaś alternatywa?

Czy wolnym naprawdę jest ten, który ociekł mieszkać do lasu? Ten, który nie słuchał rodziców będąc nastolatkiem? Ten, który robi to, co uważa za bunt wobec środowiska?

Śmieszne, ale to tak nie działa. Zawsze coś na nas wpływa, zawsze jesteśmy sterowani z zewnątrz. Rzadko to, co czujemy my sami, jest prawdziwym, wolnym uczuciem. Wolność nigdy nie przyjdzie do nas, gdy szukamy pieprzonej przyczyny lub pieprzonego skutku. Bo człowiek nigdy nie ucieknie od innych, nigdy, choćby był najbardziej samotny na świecie, nigdy!

A co gdyby…?

A co gdyby postawić na paradoks? Ustanowić własne zasady gry? Ustalić własny kodeks?

Nieważne co, nie ważne kiedy, nie ważne dla kogo. Zawsze aktualny, zawsze przestrzegany. Rygor narzucony z wewnątrz. Spis zasad, który ograniczałby nas, wyręczał, niezależnie od sytuacji…

Zasady świata zewnętrznego ograniczyć do minimum, narzucając własne, bezwzględne, kamienne, nienaruszalne, bezlitosne zasady wewnętrzne.

Być człowiekiem z zasadami…

Haha! Gdzieś już to słyszeliście? Zasady to drętwota umysłu, która nas paraliżuje lub wyręcza? Tak?

Nie.

Nie wyręcza, ogranicza wpływ z wewnątrz.

Słyszeliście o honorze? “Honor” - stare, niemodne słowo. Przecież można się najebać, przelecieć kurewkę, obejrzeć “Taniec z gwiazdami”. Kto dzisiaj przejmuje się zasadami, honorem. Trzeba być wolnym!

Wolnym?

Przyjmować zasady z zewnątrz, pozwalać wpływać innym na nasze decyzje, być marionetką świata, mediów, otoczenia?

Czy nie lepiej samemu pociągać za własne sznurki? Ustaliź własny kodeks życia. Trudny, bo tylko taki będzie miał szanse się sprawdzić… Sprawdzony, bo tylko taki będzie mógł przetrwać… Na cale życie, bo tylko taki ma sens.

Być w zgodzie z samym sobą, ze swoim ja. Ustalić go, według własnych zasad, i trzymać się go, zawsze, bez wątpliwości.

Spluwać na przymusy zewnętrzne, na naciski starszych, rówieśników, młodszych.

Szanować go, szanując siebie.

Czy wolność może chować się w twardych zasadach? Przecież nie słucha się wtedy świata, słucha się siebie. Jest się ograniczonym, ale tylko sobą. Zgodnie z własną natura.

Ale to przecież zbyt trudne, prawda? Przecież w życiu trzeba czerpać z dostępnych korzyści, a zasady mogą nam czasem tego zabraniać. Czy powiedzieć szefowi, ze samochód który kopił, jest genialny, nawet jeżeli śmiejemy się na jego widok? Przecież możemy coś tym ugrać… Czy powiedzieć wykładowcy, że zgadzamy się z nim w pełni, nawet jeśli pieprzy bez przytomności…? Przecież sesja się zbliza… Czy powiedzieć dziewczynie, że jest zjawiskowa, nawet jeśli o takie jak ona obijamy się na ulicy? Hej! Przecież dzięki temu będziemy mieli co opowiedzieć w męskim towarzystwie… Czy odesłać znaleziony na ulicy portfel lub telefon? Przecież forsa zawsze się przyda! Nie bądźmy frajerami.

A może wyłożyć karty na stół? Trzymać się zasad. Czy rzeczywiście możemy na tym stracić? A może szczerość i uczciwość zdobędzie nam więcej, niż fałszywe pochlebstwo, czy jednorazowy przekręt?

Zasady. Niepopularne, trudne i takie… zamierzchle…

Przeczytasz, zapomnisz, jutro sie obudzisz i wkroczysz we własny świat ze świeżym umysłem. Z zasadami lub bez.

Bo to, co pisze, jest gówno warte z twojego punktu widzenia. Wpływam na was, manipuluje, a prawdziwa mądrość przychodzi z własnych doświadczeń.

Życie weryfikuje.

Gorzkie żale.

niedziela, 27. styczeń 2008.

Czym się rożni dobre wino od wina niedobrego. Wino niedobre jest niedobre. Oba działają tak samo…
Reprezentant Polski. Człowiek z kompleksami, którego nauczono, że świat jest lepszy od niego…
Nawet nie pytam czemu, wszyscy wiemy. Po co mówić o rzeczach oczywistych…

Zamknięty w czterech ścianach swojego własnego lenistwa. Ograniczony brakiem rozpędu. Czasem jesteś na fali - napieprzasz wszystko jak leci, z szerokim uśmiechem na ustach. Potem fala mija i zanim nadejdzie kolejna pozostaje ci czekać…
Albo poszukać innej. Kwestia charakteru i nastroju.
Gadanie, prawda? ;]

Na inaugurację bloga dorwałem się do butelki dobrego wina “z łaski”. Z łaski innych… Przyjaciółka pracuje u dosyć majętnych ludzi, czasem rzucą jakiś gratis dla Polaków… Oni nie chcą, bo maja kaprys - my przecież weźmiemy wszystko…
I co? Mam to gdzieś… wino to wino.

Kryzys wieku średniego w wieku niecałych 24 lat… Hahaha…
A może to wcale nie jest śmieszne?
Życie zasuwa bezlitośnie.
Ale czasy się zmieniają - kiedyś w tym wieku startowało się do rodziny. Teraz pieniądze wywróciły świat do góry nogami.
Rodzina? Haha… A co z “karierą”? Czemu zawsze trzeba wybierać pomiędzy tymi ważnymi, dobrymi, mądrymi rzeczami, które dają poczucie własnej wartości, a papierowym gówienkiem z cyferkami na wierzchu? Cyferkami będącymi obietnicami…

Możesz się wybudować, możesz zwiedzić świat, możesz mieć tabuny głupich lasek, szacunek frajerów, wywoływać zazdrość innych…
Gówno możesz mieć. Możesz zasuwać w małym boksie na comiesięczna wypłatę, która zawsze będzie za niska…
Hahaha…
Cholera, bycie z Europy wschodniej (na potrzeby Polaków wymyślono określenie “Europa środkowo-Wschodnia” - zawsze nijako, na pograniczu…) jest takie przewidywalne. Ucz się ucz synku… Znajdź sobie piękną i bogatą dziewczynę… Bądź tematem rozmów…
Kup samochód, którego będą ci zazdrościć. Kup dom. Ubieraj sie w szmatki ze znaczkami nic nieznaczących firm, które za cenę twojego rozwoju zapewnia ci “LUKSUS”. Luksus bycia podziwianym przez pożytecznych idiotów.

Obserwuj, jak twoi starsi znajomi, koledzy, przyjaciele, otwierają oczy. A może z czasem otwierają oczy tobie…
Ludzie utalentowani, mądrzy, inteligentni, charyzmatyczni…
Gubią się, zapadają w sobie…
Mogą tak wiele, ale tak wiele działa przeciwko nim…
I niszczą się… Przestają już patrzeć w ten sposób, który sprawia, że jako szczyl poznający świat rzuciłbyś się za nimi w ogień.

A teraz sprobuj tego uniknąć…
Myślisz jeszcze, że kariera jest ważna? A może myślisz, ze studia są ważne. Że oceny są ważne?
Hah!

Pamiętam swoje studia. Oceny, które powinny były mnie budować, zachęcać, sprawiały mi chwilowa przyjemność, która kończyła sie gigantycznym kacem charakteru. Czy cieszy BDB, które zdobyło sie tylko dlatego, że 100. ze 120. osób na roku to debile, na tle których nie trudno wypaść dobrze?
Ile można słuchać o tym jak ktoś sie “zajebał”, jak nic nie umie, jak ktośtam zrobił cośtam… Błagam o litość!
Banda debili, którzy wyrwali sie rodzicom spod skrzydełek i zaczęli odkrywać świat, który powinni odkrywać na spokojnie przez kilkanaście poprzednich lat.
A ty to obserwuj i podzielaj ich spóźniony entuzjazm.

Zresztą, sam też jestem nie mniej żałosny niż oni. I w dodatku przepełniony goryczą!

Wyjechałem na Zieloną Wysepkę w poszukiwaniu wygody. Wygody!
Jak dziadek na emeryturze…
Bo chce mieć własny dom, bez kredytu, który skazuje moje życie, nie ważne jakie ono by było, na następnych kilkadziesiąt lat niewolnictwa…

Ale z kolei… Co ja bym robił w Polsce?
Zaharowywał się w jakiejś marnej redakcji za grosze, probując wygryźć tych starych i już ustawionych, ale wypalonych i zmanierowanych… Zarabiając marne grosze…
Ile zarabia młody dziennikarz w prestiżowej redakcji?
Praca 7 dni w tygodniu - średnio 8-10 godzin dziennie…
Gazeta - 1200 zł na rękę. Przy dobrych wiatrach i dużym samozaparciu.
Radio - 800-1200 zł.
TV - 1200-2000 zł w publicznej, ale praca 12 godzin dziennie…

I tryskaj pomysłami każdego dnia, aż pewnego popołudnia karetka odwiezie cię do kostnicy…

Ostatnio dowiedziałem się, że umarł chłopak pracujący dla RMF-u. Miałem okazję go poznać przy okazji jakiegoś szkolenia, które prowadził. Kiedyś nawet przepytałem go przy okazji jakiejś sondy, nie kojarząc jeszcze wtedy jego twarzy.

Umarł parę dni temu.
Miał 28., czy 29. lat.
Rak płuc.
Nie palił.
Dowiedział się w grudniu, w styczniu już nie żył.
Miał na imię Daniel, pochodził z małego miasta, robił karierę i był dobry w tym, co robił…
Co z tego…
Jakiś lekarz go nie słuchal, musiał umrzeć…

Bywa, nie żebym się jakoś specjalnie przejął… Na mnie też przyjdzie czas. Ale naprawdę szkoda mi chłopaka.

Jednak za dużo jest problemów na świecie, żeby wszystkim się przejmować i brać to na poważnie, do siebie…

Po co? Każdy ma własne problemy. Czytasz to i pewnie myślisz “co on plecie?!”. Hah! Masz rację! Patrz na świat swoimi oczami. Jest łatwiej.

No tak, ale to tylko życie zawodowe, pogoń za banknotami…
A co z resztą?
Po pracy trzeba mieć co ze sobą zrobić, czym zapełnić brzuch, czym zając głowę, z kim zaspokoić swoje potrzeby [śmiech, rozmowa, bliskość, lojalność, seks... ].
I tu sie zaczynają schodki…
Bo tak naprawdę to jak się utrzymasz, to mały pikuś. Mam sto milionów pomysłów na życie, nie jeden z nich utrzymałby mnie i moich bliskich…
Tylko ile z nich pozwoli mi być sobą? Nie jakąś świnią z brzuszkiem i łysinką, wciśniętym w garnitur (przyznaję, kiedyś chciałem być jednym z nich, imponowali mi…), zasuwającym cały dzień w swoim ślicznym wystylizowanym biurze, wracającym do swojej wystylizowanej zony, wystylizowanych i rozpieszczonych dzieci, swoim stylowym samochodem…
A chłopaki spod bloku i tak będą mieli go w dupie.
Bo kiedy on będzie miał kłopoty, będzie taki sam jak wszyscy. Albo nawet bardziej żałosny.

I co pozostaje? Szukać, próbować…
Ale coś trzeba żreć, gdzieś mieszkać…
A w TV będą cię ciągle karmili głupotami, które spłacają ich kredyty, na ulicy zawsze zdenerwuje cię jakiś kretyn, ty zdenerwujesz innego kretyna, będąc kretynem samemu…

A potem wracasz do domu, chwytając się wszystkiego, co pozwala ci zapomnieć na chwilę, o całym wysiłku, który musisz włożyć w swoje życie, żeby je ułożyć. Oczywiście bez żadnych gwarancji…

Coś więcej? Teraz kiedy się wyżaliłem i wycharczałem na klawiaturę całą swoją żółć…?

Tak. Mam to wszystko gdzieś.  Zawsze sobie poradzę… Żadna nowość.
:)