Z głowy i z serca

czwartek, 8. maj 2008.

Kim jesteś? Czego pragniesz?

Tak odpowiadano 30 lat temu.

[Gadające Głowy - Krzysztof Kieślowski]

Co odpowiadaliby zapytani w 2008 roku? Jak by odpowiadali?

Ile masz lat? Kim jesteś? Czego pragniesz?


Zagadka drogowa

środa, 7. maj 2008.

Dublin, godziny popołudniowe. Skrzyżowanie w centrum miasta.

Wskaż dwa samochody, które ustawiły się prawidłowo na swoim pasie.

300

[Kliknij, żeby powiększyć.]

Podpowiedź: jedno z prawidłowo ustawionych aut nie jest białe… ;]


Dwucentymetrowa duma

wtorek, 29. kwiecień 2008.

Nadszedł dzień doczesnej chwały. Stałem się mężczyzną. Prawdziwym. Dojrzałość znalazła swoje biologiczne potwierdzenie. 24-lata czekałem na próżno, straciłem wiarę, tworzyłem teorie o kolejnych progresach ewolucyjnych ludzkiej rasy, ale przedwcześnie… W końcu stało się.

Niespodziewanie. Przed łazienkowym lustrem. W trakcie golenia…

Pojawił się ON.

Na początku nie wierzyłem, dotykałem palcem, jak biblijny Tomasz. Ale on wciąż tam był. To nie był poranny majak. To nie były resztki snu o [potędze przeniesione na rzeczywistość doczesną. To nie były pozostałości biologicznej aktywności mojej głowy. To było cielesne uosobienie prawdy.

Mój pierwszy włos na klacie.

...

[Miejsce na chwilę zadumy i uczczenie tej chwili - zachowajcie powagę proszę]

Całe życie przygotowywałem się do roli bezwłosego produktu ewolucyjnego. Myślałem, że to kolejny stopień - forma reakcji organizmu na pola elektromagnetyczne dominujące w miejskiej przestrzeni… Myliłem się.

Całe życie bez pojedynczego włosa na moim pięknym, umięśnionym, tętniącym życiem torsie. Żadnego na wyrzeźbionych przez sam geniusz natury atlasowych plecach.

A wszystko to uległo zmianie, z prędkością przeradzania się letniej burzy w słoneczny ciepły dzień.

Pokątnie zazdrościłem portowym marynarzom ich powodzenia u kobiet. Wiedziałem, czemu je zawdzięczają, nie byłem w końcu ślepy. Marynarze mają tylko dwie cechy wspólne - dziewczyna w każdym porcie jest jedną z nich. Drugą z pewnością wydedukujecie sami.

Zazdrościłem dyskotekowym latynosom w siateczkowych koszulkach, pod którymi krył się moherowy gąszcz. Zazdrościłem i przyglądałem się ze zdumieniem big-brotherowym samcom golącym swoje zniewieściałe torsy. Zazdrościłem Janosikowi, zazdrością halnego barana, który marzył zimą o futrze tak gęstym jak te, które porastało naszego dzielnego zbója. Zazdrościłem…

Już więcej nie muszę. Dołączyłem do klubu, a moją przepustką jest piękne, czarne, lśniące stworzenie, które wykiełkowało ze mnie, jak wiosenny przebiśnieg z Matki Ziemi.

Ale tak jak przebiśnieg, muszę otoczyć go opieką i ochroną. Nieświadom zagrożeń czających się z każdego zakamarka tego nędznego świata dopuściłem dzisiaj do sytuacji, do jakiej nie dopuściłby żaden poważny ojciec. Do sytuacji zagrożenia swojego dziecięcia.

Zostałem napadnięty.

ON został napadnięty.

Ale przetrwał, dzięki mądrości i szybkości reakcji swojego stwórcy.

Popełniłem błąd, który mógł kosztować mnie życie mojego pierworodnego. Zaufałem kobiecie…

Ufny w empatyczne skłonności jednej z bliskich mi niewiast, wyruszyłem w drogę do uświadomienia świata o moim szczęściu. I wtedy dokonano zamachu. Niewiasta targnęła się na życie mojego keratynowego przyjaciela. Próbowała wykorzenić jego istnienie za pomocą swoich zwinnych palców.

Ale moje nogi okazały się zwinniejsze, a refleks żywszy. Ocaliłem go.

Co spowodowało zamach…?

Zazdrość? Nienawiść? Fakt wymuszonego obudzenia by zademonstrować swoje poranne odkrycie?

Niezbadane są wyroki kobiet.

Co było minęło, zostało wybaczone - teraz, kiedy podjąłem się nowej roli w swym życiu, nienawiść musi zejść na boczny tor.

Podziwiajcie. Gratulacje pod postem proszę. Tylko bez żartów.

Moja dwucentymetrowa duma ;]

[Ta pionowa kreska lekko na lewo od strzałki - wytłumaczenie dla upośledzonych wzrokowo]


Spaghetti a’la Frustrazzio

czwartek, 24. kwiecień 2008.

Danie obiadowe.

Czas przygotowania: 20 min.

Składniki - Ilość:

- Makaron do spaghetti - piącha;

- Mięso mielone - kawał;

- Sos do spaghetti - docelowo pół słoika;

- Ketchup - pół szklanki;

- Ser żółty - docelowo starkować mały kopczyk;

- Jaja - 3 sztuki;

- Majonez - ile się da nabrać widelcem ze słoika, ale bez przesady;

- Pieczywo tostowe - 2. kromki;

Sposób przygotowania:

Wyjmujemy mięso mielone, dojrzewające od trzech dni leży w lodówce. Zapowiada się danie gourmet. Na patelnię wrzucamy uprzednio przygotowana porcję. Czekamy aż zacznie skwierczeć. W tym czasie do średniej wielkości garnka wrzucamy makaron [nie wolno łamać!] i zalewamy uprzednio przygotowaną w czajniku wrzącą wodą. Polewajmy tak, aby makaron zmiękł w połowie długości i dał się wepchnąć w całości do garnka. Mięso zaczyna skwierczeć. Ignorujemy i idziemy po sos Bolognese. W drodze po sos przeżywamy cios w serce. Przypominamy sobie, że cały sos został zużyty, podczas gotowania Spaghetti dwa dni wcześniej. Do sklepu oczywiście jechać po głupi sos nie będziemy. Trzeba podjąć męską decyzję. Mamy ketchup - zrobimy z ketchupem rozcieńczonym wodą.

Mięso zaczyna skwierczeć… I śmierdzieć… Trochę jak… zgniłe mięso. To wzmaga naszą czujność. Zdarzało nam się już jeść zgniłe mięso i pamiętamy, że to nie są pogodne wspomnienia. Podejmujemy szybką decyzję o oględzinach denata, którego zamierzamy spożyć. Odór na nie nie pozwala. Zresztą, mięso było już brązowe, kiedy wylądowało na patelni… Do kosza.

Nie ma mięsa, nie ma sosu…

Trzeba wiedzieć, kiedy opuścić pole bitwy, dla dobra wojny. Przepis na spaghetti trzeba zmodyfikować.

Mamy już gotujący się makaron - z tego nie wolno zrezygnować, bo to marnotrawstwo. Mamy również zamrożoną rybę, warzywa, ryż, jajka, pieczywo. Decyzja wydaje się prosta.

Robimy makaron z jajkami i majonezem.

Wrzucamy jajka do gotowania.

Czekamy, aż się ugotują [10 min]. W tym czasie odcedzamy gotowy makaron. Wyjmujemy ze zlewu połowę makaronu i wyrzucamy.

Zaczynamy kosztować makaronu, który nie wypadł do zlewu. Lekko słodkawy. Jak to się będzie komponowało z majonezem i jajkami…?

Ci z was, którzy mieli ostatnio przyjemność wymiotować, domyślają się zapewne, że powyższy miks nie występuje w przyrodzie.

Druga porażka na tej samej wojnie - “Wojnie obiadowej”, zwanej też “24-letnią”.

Zrezygnowani wrzucamy tosty do opiekacza, obieramy jajka, wyskrobujemy trochę majonezu ze słoika i zabieramy się do konsumpcji.

Ostateczne zwycięstwo! ;]


Zlew niezgody

środa, 23. kwiecień 2008.

Z przepastnych otchłani serca i umysłu. Tylko dla osób o mocnych nerwach.

Mieszkanie z czterema kobietami to błąd, który odradzam każdemu myślącemu człowiekowi płci męskiej. Panowie, nie róbcie tego nigdy. Tragiczne nieporozumienie, w które człowiek potrafi uwikłać się nie wiadomo jak i nie wiadomo po co. Jeżeli ktoś jest kompletnym masochistą, to proponuję wzbogacenie mieszanki kobiecej o dodatkowy element więzów krwi [np. trzy z czterech to siostry]. Dzień przeplatany jest wtedy małymi świętami, z których każde zdaje się zostawiać głęboką rysę na mózgowych bruzdach oraz rozregulowywać pracę serca.

Dzisiaj po raz kolejny szewska pasja odwiedziła mój skromny duchowy przybytek…

A powód ten sam, co zawsze. Totalne pierdolenie wszystkich zasad związanych z jakimkolwiek porządkiem we wspólnym, jakby nie patrzeć, dla kilku osób domu. Naprawdę, przyzwyczaiłem się już do faktu, że stół w salonie to śmietnik na brudne talerze, jakieś opakowania po jedzeniu i oprzyrządowanie z serii “chcę być piękna”. Że wszędzie walają się jakieś kurtki, tygodniami leżą porozwalane buty… Po prostu staram się z salonu nie korzystać i tyle. Przyzwyczaiłem się też, że kuchnia zawsze jest zawalona brudnymi talerzami, garnkami, okruchami i innymi resztkami. Staram się oddychać głęboko, kiedy tam wchodzę, robić co muszę i wychodzić jak najszybciej. Przyzwyczaiłem się do tego, że wiecznie brakuje kubków, łyżeczek, czy widelców, bo po całym domu walają się brudne, które do zmywarki znoszone są raz na ruski miesiąc. Naprawdę, do tego też można przywyknąć. Można np. zmyć po kimś i już ma się czysty kubek. Taki trik. Wystarczy tylko nauczyć się żyć ze świadomością, że zmywa się po kimś… A jeżeli sytuacja się przedłuża, a my akurat nie jesteśmy w stanie gotowości do zmywania po kimś, bo i tak bywa, metodą wojenną należy schować sobie jeden kubek, i jeden widelec do użytku własnego… ;]

Ale do jednej rzeczy przywyknąć nie mogę… Do wiecznie zawalonego garnkami i jakimiś innymi naczyniami zlewu. Bo niestety, bez zlewu w kuchni obejść się nie da. Wiecie jak to fajnie np. zmywać 2kg żeliwny garnek, do którego przywarł ryż, w rękach pod kranem? Bo zlew jak zwykle jest zawalony śmieciami, bo żadna z księżniczek nie pali się żeby pozmywać tego, czego nie udało się wepchnąć do zmywarki…? Naprawdę trzeba być cierpliwym i wytrzymałym fizycznie, żeby dokonać takiej sztuki. I musi nam nie przeszkadzać chlapiąca na nas gorąca lub lodowata woda, odbijająca się od wszystkich brudnych naczyń poniżej poziomu zlewu [p.p.z. - nowa miara geograficzna? :) ].

Ciekawy jestem co byście zrobili, kiedy po zwróceniu po raz tysięczny uwagi na to, żeby nie zostawiać brudnych naczyń w zlewie, tylko obok, usłyszeli, żeby w przyszłości korzystać ze zlewu w łazience…?

Jeżeli dotrze do Was kiedyś informacja, że Polak w Irlandii zamordował współlokatorów, to możecie się nie przejmować, bo zostanę uniewinniony…

Ale oczywiście pozory muszą być! Od czasu do czasu dom sprzątany jest na błysk, żeby wzmiankowane delikwentki mogły się poczuć tymi, za które się uważają. Za czyste i schludne kobiety. Bo to, że na co dzień nie zawraca się na to uwagi, nie ma znaczenia. Można żyć w chlewie, tak długo jak nikt z zewnątrz nie widzi. No bo po co się starać, jeżeli nikt nie patrzy…? Gra pozorów musi być opanowana do perfekcji. W końcu “muszą czuć się jak u siebie w domu”… Niestety, szkoda tylko, że kto inny nie może się przez to czuć swobodnie, również “we własnym domu”.

Takie sytuacje wytrącają mnie z równowagi, bo powtarzają się cyklicznie. Dzień w dzień. Jak chińska tortura. Można prosić, można rozmawiać, można się drzeć…

Można dać sobie spokój…

Wdech… Wydech…


Rajd Irlandii

niedziela, 20. kwiecień 2008.

Zdjęcia zrobione telefonem komórkowym kilka tygodni temu… Droga z Rathdrum, położonego na górskim zboczu, wiodąca do Dublina. Długość trasy - około 45 km. Czas trasy - około 30 minut. I niech wam się nie wydaje, że to wolno… ;]

Oczywiście zdjęcia zrobione na lekkiej trasie po zjeździe z samej góry - tam zabawa telefonem skończyła by się parędziesiąt metrów niżej. Kiedy na nie patrzę, ogarnia mnie straszna ochota, żeby wrócić na tę drogę i przycisnąć pedał do podłogi.

Jeżdżąc po takiej międzymiasteczkowej nitce, człowiek wraca do życia. W tle obowiązkowo głośna muzyka rockowa [proponuję "Listopad" Comy].

Coma - Listopad

Do złudzenia przypomina screeny z gry rajdowej [np. Colin McRae Rally]. Uczucie naprawdę niesamowite. Muszę jak najszybciej naprawić układ kierowniczy w aucie… ;]


Żółw Ninja

sobota, 19. kwiecień 2008.

Konkurs z nagrodami.

Na załączonym obrazku, znajdź Żółwia Ninja.

Nota odautorska: Prosiłbym, żeby chociaż jedna osoba się zgłosiła do konkursu, żebym nie musiał się wstydzić…


America’s brightest star

czwartek, 17. kwiecień 2008.

Zapowiada się osobisty post.

Tytułem wprowadzenia - do domu w którym mieszkam, w odwiedziny do jednej z sióstr, które go również zamieszkują, przyjechał pewien Amerykanin. Amerykanin pełną gębą, bo zapatrzony w jedyne mocarstwo świata (jego słowa) białoruski neofita. Spędził on w USA całe swoje dorosłe życie, tj. ostatnie 12 lat.

Wie o USA wszystko - nie widzi poza nimi niczego. Potrafi narzekać na takie słodkie “intelektualnie zaawansowane” tematy jak G.W. Bush, wojna w Iraku, słabnący dolar… Ale Stany ceni ponad życie, a jak narzeka, to tylko po to, żeby całość brzmiała wiarygodnie. Białorusi nigdy na oczy oglądać już nie chce, mimo tego, że żyje tam jego siostra, która podobno radzi sobie “very well”, ale on nie wie, bo tego nie sprawdzi. Białoruś “makes him sick”. Ma “niesamowitą intuicję” - odkąd skończył 12 lat, wiedział, że będzie żyć w Stanach, nie na Białorusi. Wiedział też, że rozwiedzie się ze swoją pierwszą żoną, Białorusinką, zanim jeszcze ją poznał. Medium.

Ceni sobie za to “honesty” Amerykanów, a nie może patrzeć na Białorusinów z dokładnie odwrotnego powodu. Zapytany ironicznie, czy według niego Amerykanie są “honest”, wymamrotał coś o różnicy pomiędzy “honesty”, a “being honest”, bo wszystko zależy od tego jak postrzega “eye of beholder”. “Honesty” polega według niego najwyraźniej na nieustannym uśmiechaniu się jak wiejski głupek… Dlaczego białoruskie wyrażanie w swoich emocjach niezadowolenia ze stanu rzeczy (brak ciągłego uśmiechania się), nie zalicza się do “honesty”? Bo klucz leży w “eye of the beholder”. Ciekawe jak do jego amerykańskiego “honesty” pasuje zdobycie upragnionego, nobilitującego obywatelstwa poprzez ustawiony ślub…

Błagam…

Do tego typowe zagrywki erystyczne - nasycanie wypowiedzi sofizmatami, każdą próbę udowodnienia ciągiem logicznym, że pieprzy bzdury, przerywa bezustannie idiotycznymi wtrąceniami, nie pozwalając skończyć…

A te jego ciągłe przechwałki, powtarzanie po pięć razy, jak to “nearly missed the plane”, bo “boss rang him” i musiał “go to the office to run some checks”, przez co na lotnisku zjawił się na dwie minuty przed zamknięciem check-in’ów. Ale oczywiście mimo tego, że był nieogolony, niespakowany, zdążył kupić odwiedzanej fajki, bez tego by nie przyleciał, taki jest cool.

Oczywiście opowieści ma bez liku.

Jak to prawie wstąpił do US Army w 2005 roku [gorący okres w Iraku], i jak to oczywiście przyjęliby go do Airforce, żeby mógł prowadzić z bazy w Stanach, przy pomocy dżojstika, bezzałogowe samoloty szturmowe… Oczywiście 15 minut wcześniej przeklinał śmierć amerykańskich żołnierzy na tej niepotrzebnej wojnie.

Na Białorusi za to chcieli wcielić go do elitarnej jednostki spadochronowej, ale jego teściowa interferowała, żeby był bliżej domu, przez co trafił do najgorszej jednostki, batalionu kolejowego, gdzie trafiają sami kryminaliści, którzy nauczyli go, by “don’t take shit from anyone”. Ale on w Ameryce nie może tego stosować, bo tam wszyscy nauczeni są, żeby “take shit”, a jeżeli się stawiasz, to cię zgnoją, bo mają większe od jego doświadczenie w robieniu ludziom problemów.

A Polska? Polska zawsze starała się gnoić Białoruś, robiąc Białorusinom problemy kiedy tylko mogła…

Irlandia jest cudowna, bo jest neutralna - pozwala za darmo i bez problemów międzylądować amerykańskim wojskom w Shannon [miasto na wschodzie Irlandii], a Polacy chcą za tarczę 50 mld USD. Jak oni mogą…? Ale sam fakt, że Polacy jako pierwszy kraj, bez żadnych negocjacji zgodził się wspomóc USA w Iraku, biorąc na siebie zarządzanie najtrudniejszą ze wszystkich strefą stabilizacyjną, za którą oddał życie niejeden polski żołnierz oczywiście przemilczał… A na wypomnienie mu tego, i tego, jak wdzięczni nam za ową nieprzeliczalną na dolary, frajerską wręcz, bezinteresowną pomoc, byli obywatele USA, i dlaczego teraz, za o wiele bardziej istotne przedsięwzięcie nie mielibyśmy zażądać odpowiedniej zapłaty, tylko kiwnął głową, przyznając rację… Po czym przeszedł do błyskotliwej ofensywy, nazywając Polskę frajerskim krajem, który z jednej strony “ssie Amerykańskiego chuja” a z drugiej “wypina dupę Rosjanom”…

Czy dalsza dyskusja w takiej sytuacji jest potrzebna?

Nie jest, normalny człowiek kończy ją pięścią w gardle takiego rozmówcy…

Ja będąc nienormalny, i postawiony przed koniecznością znalezienia alternatywnego rozwiązania, dla “gościa”, cierpliwie udowadniałem swojemu rozmówcy jego głupotę… Co on oczywiście starał się uniemożliwić, przerywając nachalnie każdą wypowiedź, która obnażała jego głupotę i ignorancję…

Do tego liczył na pomoc troskliwych gospodyń, które zauważając napięcie w tej sytuacji, starały się rozładować je, poprzez… Zamknięcie mnie samego!

Skończyło się na “let’s not talk about politics” i “I don’t approve Polish politics, but I don’t hate Polish people”. Po czym dodał, że “American politics” też nie popiera, by załagodzić sytuację…

Ach, zapomniałem dodać, że gdzieś po drodze, gdy próbował zbić mnie z tropu, niewiadomo skąd wplątał do rozmowy Afganistan, i to, że Europa nie jest w ten konflikt zaangażowana (chyba w związku z naszą ochoczą pomocą w Iraku, której rzekomo nie udzielaliśmy w afganistanie). Po czym na uwagę o Polskiej obecności oraz poinformowany przez jedną z bystrzejszych przysłuchujących się, że Brytyjczycy są obecni w Afganistanie, do społu z kilkoma innymi narodami, zaczął wychwalać ten naród jako bogów wojny, którzy walkę mają we krwi, co udowodnili na Rosjanach. Walkę i produkcję narkotyków. Wyśmiany, poinformowany o szkoleniach CIA [wg. niego USA nie jest i nie była w żaden sposób w Afganistanie zaangażowana] przeprowadzanych przez lata w owym kraju, tak by ten naród “bogów wojny” mógł stawiać czoła Rosjanom, stwierdził, że to nieprawda. Po czym przytoczył historyjkę, udowadniającą, jakimi to wojownikami są Afgańczycy, i dlaczego “sami” doskonale dają sobie radę ze wszystkimi wojskami. Otóż [naprawdę wzruszające, bo wzięte z serii "ojciec kolegi"] ojciec kolegi dostał od nich kulkę w głowę z trzech kilometrów - tacy są wojowniczy. Dodam tylko, że trzy kilometry, to wynik nobilitujący najlepszych z najlepszych snajperów świata do grona ścisłej, parunastoosobowej elity. A afgański chłop, wypasający owce, najwyraźniej potrafi wykonać coś takiego pomiędzy kurzeniem haszyszu, a spędzaniem bydła ze stoków…

Oczywiście strzelając z procy, bo przecież Amerykanie nie dali im broni…

Ach, a Euro jest złe, bo daje wybór krajom bogatym w ropę, by te zrezygnowały z petrodolarów i przekonwertowały je na “petro-euro”, co jest nie fair, bo osłabia Stany. A jak stany pierdolną, to wszyscy pójdziemy na dno.

A teraz najebał się czterema drinkami i robi to, co robił cały dzień - wielkie i głośne “patrzcie na mnie”, przeplatane głupkowatymi pokrzykiwaniami w stylu “Uu-uuu!!!”.

Dzisiaj rano poprosił o jedną tabletkę słodzika do swojej herbaty.

A jazda autem z manualną skrzynią jest dla niego rzeczą niepojętą.


Arbeit macht…?

środa, 16. kwiecień 2008.

“Bez pracy nie ma kołaczy” - wmawiali nam to od dzieciństwa, a my czerpiąc z doświadczeń starszych, przekazujemy tę wiedzę dalej. Wiedzę niepodważalną zresztą, chyba że mieliśmy to szczęście urodzić się w bardzo zamożnej rodzinie, lub w jakiś szczęśliwy sposób owe pieniądze zdobyliśmy (patrz - loterie itp.). Praca daje nam zajęcie, daje nam możliwość przeżycia i zaspokajania podstawowych potrzeb, a jeżeli należymy do elity zawodowej, pozwala nam na samorealizację - czynnik równie istotny co pozostałe, chociaż zdaje się, że bardziej niedoceniany…

Podczas kilku najbliższych dni będę miał okazję do doświadczania zawodowego “rozwoju” w… supermarkecie.

Wiem co sobie myślicie, wcale się wam nie dziwię. Zresztą, prawdopodobnie jedynie podzielacie mój własny entuzjazm. Z racji zajęcia jakim się chwilowo param, od czasu do czasu moja firma wydelegowuje mnie do przeróżnych punktów handlowych, przez co mam okazję zapoznać się ze sposobem ich funkcjonowania od zaplecza.

“Sposobem ich funkcjonowania od zaplecza”…

Wysilam się na eufemizmy, zupełnie nie wiem po co.

A może i wiem… Z szacunku dla pracowników wszelkich Tesco, Real, Carrefour, czy innych, nie wypada mi powiedzieć wprost, co myślę o charakterze ich pracy…

Supermarket… Co tu dużo mówić - wszyscy tam bywamy, wszyscy to znamy… Depresyjne światło jarzeniówek, nieustający irytujący jazgot w połączeniu z monotonnym, usypiającym brzęczeniem licznych urządzeń elektrycznych. Dodajmy do tej mieszanki męczącą oczy feerię barw, znaków handlowych, bannerów, wszechobecny brud i kurz, klimatyzowane, suche powietrze, a otrzymamy… Piekło pracownika!

Do tego normowany, ośmiogodzinny czas pracy, niezależny od naszych starań, czy efektywności…

Z mojego punktu widzenia, to prawdziwy i kompletny dramat…

Nie wierzę, że praca w takich warunkach może w jakikolwiek sposób sprzyjać pracownikowi, a przede wszystkim istocie ludzkiej, którą on stanowi. Sam fakt, że osoby zatrudnione w dużych sieciach sprzedaży detalicznej stać na okazywanie jakichkolwiek wyrazów sympatii dla klientów, jest dla mnie niewyobrażalny i godny podziwu.

Ale tak naprawdę nie o tym chciałem pisać.

Otóż jakiś czas temu miałem okazję zapoznać się z najnowszą lekturą pióra Piotra Tymochowicza - polskiego speca od różnego rodzaju socjotechnik i Public Relations. Tymochowicz w książce “Biblia skuteczności” poruszył dosyć interesujący temat, który może tłumaczyć w pewnym sensie moją własną niechęć i niepokój związany z następnymi trzema dniami pracy.

Otóż jestem zupełnie nieprzyzwyczajony do pracy “od-do” [przykładowo: 8.00-16.00], w której jedyną miarą naszej efektywności jest zegar. Z mojego punktu widzenia jest to archaizm, deprymujący i męczący pracownika. Przy z góry zaplanowanych celach na dzień pracy, można osiągnąć o wiele lepsze rezultaty, często poświęcając na nie mniej czasu… A więcej czasu na relaks, oznacza szczęśliwszego pracownika. Szczęśliwszy pracownik to pracownik wydajniejszy…

Tymochowicz napisał kilka ciekawych zdań na temat tego, jak przygotowuje się nas, czy też raczej jak uczy się nas żyć w sposób “od-do”.

Otóż od małego dziecka podświadomie wbija się nam do głowy, że jest czas na pracę i jest czas na relaks. Życie pulsacyjne. Osiem godzin w bezpiecznych czterech ścianach przedszkola, potem powrót do bezpiecznych czterech ścian domu. Kilka godzin w bezpiecznych murach szkoły, potem powrót do domu. Osiem godzin w bezpiecznych murach pracy, potem powrót do bezpiecznego domu… Pięć dni pracy, dwa dni relaksu, 11 miesięcy pracy, miesiąc urlopu, itd. itp.

Cykle. Schematy. Szablony.

Według obserwacji Tymochowicza owy sposób funkcjonowania człowieka ogranicza go intelektualnie, ogranicza jego możliwości kreatywne, upośledza go życiowo. Nie uczy indywidualnego podchodzenia do różnych sytuacji życiowych, nie uczy nienormowanego kontaktu ze środowiskiem, nienormowanego życia. Iluzja czterech ścian, w połączeniu z iluzją statecznego klastra czasowego, wywołuje w człowieku złudne poczucie bezpieczeństwa, które zabija w nim odwagę konieczną do rozwoju. Człowiek nauczony, że kto inny zadba o jego byt, odgradza się od świata pełnego ryzyka, w zamian za wykonywaną posłusznie pracę.

Co gorsza, według obserwacji autora “Biblii skuteczności”, zdecydowana większość osób, które spędzi więcej niż pięć lat w koncernach lub zchierarchizowanych firmach, będzie stracona dla biznesu. Żadnej z tych osób nie będzie już stać na to, żeby podjąć własną, autonomiczną działalność zarobkową. Z owego procesu wykluczył jedynie wyższe kadry zarządzające, które z natury rozpatruje się w odrobinę innych kategoriach.

Tymochowicz powołuje się również na przykłady państw skandynawskich, które starają się wykorzeniać owe, iście socjalistyczne, nawyki społeczne. Powstają szkoły interaktywne, w których dzieci nie mają konieczności obowiązkowego uczestnictwa w szkolnych zajęciach grupowych, ponad określoną normę… Jak się okazuje, rezultaty owych prób wydają się być zdumiewające - młodzież przyswaja wiedzę znacznie szybciej, wykorzystuje ją w o wiele bardziej kreatywny sposób, jest lepiej przygotowana do funkcjonowania jako osoby dorosłe…

Świadomość istnienia owego schematu zdaje się demaskować niesamodzielność ogromnej rzeszy ludzi dorosłych. Często winią oni za swoje niepowodzenia zawodowe siebie samych, kiedy to wydawałoby się, że o wiele bardziej trafnym jest obwinianie całego świata! Zabawny paradoks, o jakże bolesnych skutkach…

Nauczeni tego, że ktoś inny podejmuje za nich ryzyko, godzą się, aby sprzedawać swoje umiejetności za poczucie bezpieczeństwa, jednocześnie czując, że stać ich na więcej. Ale więcej dać z siebie nie potrafią, nie chcą, bo to byłoby wykroczenie poza bezpieczny schemat.

Schemat złudnie bezpieczny, bo nie zapewniający niczego, poza socjalnym zniewoleniem.

Czym naprawdę różni się taki pracownik od więźnia zakładu karnego?

Pozorną wolnością wyboru…?


Syn człowieczy

sobota, 12. kwiecień 2008.

Świadomość ludzkiej natury nie istnieje… Stąpamy po ziemi od tysięcy lat, a nikt nie wie w którym kierunku i jaki ślad po sobie zostawiamy.

Czy jest ktoś, kto potrafiłby raz na zawsze zdefiniować ludzką naturę? Zło? Dobro?

A może nie mamy żadnej natury - może jesteśmy bandą głupców, którzy starają się tylko stworzyć jakiś image, ułatwiający borykanie się z wewnętrzną pustką.

Podobno najbliżej do odpowiedzi tym, którzy obserwują małe dzieci, lub starców. Tych, którzy ze światem świadomi jeszcze się nie zetknęli, i tych, których styczność z nim przesyca.

Ale bycie blisko rozwiązania, nie oznacza jego poznanie.

Małe dzieci podobno są uosobieniem niewinności. Prawda czy fałsz? Potrafią być słodkie, kochane, ale potrafią też śmiać się, ciągnąc inne, słabsze, za włosy, widząc, że sprawia im to ból. Dopiero życie uczy ich, co złe, a co dobre… Lecz zanim to nastąpi, naturalną przyjemność sprawia im lawirowanie po obu stronach.

Co w takim razie ze starcami? Czy oni, przesiąknięci doświadczeniem życia, poznali własną naturę? Są starcy, którzy na codzień zgorzkniali, złamani, potrafią w przypływie emocji (złudnej nadziei?) zakpić z siebie tak, że obserwator traci orientację i możliwość definitywnej oceny. Inni z kolei, ci pogodni, pełni życia, tryskający energią i wiarą, chociaż są już u schyłku swojej drogi, są niekonsekwentni. Ich radość potrafi w mgnieniu oka stracić swój blask, w sposób, który niszczy możliwość rozpalenia go na nowo, a co za tym idzie, wiarę w jego prawdziwość.

Po której stanąć stronie? Która wydaje się bardziej żałosna? A która bardziej nieprzemijalna i prawdziwa?

A może stanąć z boku, kusząc i zarazem pokusy odpierając? Kpiąc? Prowadzić własną grę, której żadna ocena nie jest w stanie dosięgnąć?

Mówi się, że ludzką naturą jest zmienność…

A może nieskrępowany wybór?

Magritte - The Son of Man


Jestem debilem!

piątek, 11. kwiecień 2008.

Jestem debilem.

Przepraszam i dziękuję za uwagę… ;]


Daj się ponieść!

czwartek, 10. kwiecień 2008.

Bóg musiał mieć dobry dzień w pracy tworząc ludzi. Nic nie dostarcza tyle rozrywki, ile inteligentna istota obdarzona jednocześnie zdolnością odczuwania. Piękny paradoks. Emocje - naturalne przeciwieństwo logiki. Wszystko co można poczuć, a niekoniecznie zrozumieć… Niczym nie wyjaśni się, dlaczego czujemy to, co czujemy i jaki to ma sens. Chyba, że poczuciem humoru tego na górze…

I to jest takie cholernie irytujące!

Właśnie w tym cała zabawa i kpina, że nie potrafimy się od emocji odciąć. Ale to dobrze - czysta logika, rozsądek, mądrość - wszystko to nieokraszone odrobiną szaleństwa, staje się monotonne.

Jak to się dzieje, że wiedząc, rozumiejąc, przerabiając coś tysiące razy, tysiące razy wyciągając z tego wnioski, tysiące razy obiecując sobie, że następnym razem nie damy się złapać w tą samą pułapkę zdarzeń i naszych reakcji, pułapkę błędu, robimy to!

Jak psychicznie chorzy!

Dajcie nam iskierkę zapalna jakiejś emocji i to wystarczy, abyśmy stracili rozum, odrzucili na bok wszelką logikę (innymi słowy - mieli ją głęboko w dupie!) i dali się ponieść tej chwili. I nieważne jaka emocja jej towarzyszy - złość, radość, miłość, nienawiść - płyniemy z prądem, często świadomi tego w pełni. Chyba jedyna emocja, której nigdy nie dajemy się ponieść, chociaż zawsze bardzo chcemy, to… spokój.

;]

I to jest takie cholernie piękne!

Siedzisz w aucie. Kierowca przed tobą w wielkim sportowym aucie z 5 litrowym silnikiem i lśniącym lakierem, takim, które wręcz błaga, by dopieścić je pedałem gazu, jedzie 50 km/h w strefie do 80 km/h. W dodatku po pasie szybkiego ruchu, którym wszyscy jeżdżą setką! I choćbyś nie wiem jak bardzo pragnął tego nie zrobić, robisz to… Złościsz się i zaczynasz mamrotać pod nosem, lub nawet lekko pokrzykiwać… Po co? Przeciesz wiesz, że to nie ma sensu, że to nic nie da, niczego nie zmieni… Ale robisz to. Bo jest w tym jakiś rodzaj zaspokojenia prymitywnej żądzy. A zaspakajanie ich jest takie… energetyzujące…

Śliczna i interesująca dziewczyna [chłopak?] siada obok ciebie w samolocie, łącząc swój los z twoim na kolejne N godzin. Uśmiecha się do ciebie, zapinając pasy. Co zrobisz? Za kilka godzin wysiądziecie z tego samolotu i więcej się nie zobaczycie, ale czy powstrzyma cię to, przed nawiązaniem sympatycznej rozmowy, może drobnego flirtu? Jeżeli tak… No cóż… Lepiej dla niej! ;]

Jest tak samo niezależnie, czy z pozytywnymi, czy negatywnymi emocjami. Z drobnymi zauroczeniami, z chwilowymi głupawkami, z żądzami nasycania się, wyładowywania się, odreagowywania, szaleństwami. Zawsze wtedy rozum idzie na bok…

A jeżeli nie idzie, powinniśmy zastanawiać się czy naprawdę warto? Czasem nasz uśmiech, czy grymas może być powstrzymywany przez nasz wzgląd na innych, czy raczej nasz wzgląd na nasz własny image w oczach innych. Tylko po co się hamować? Warto zabraniać sobie być przez chwilę człowiekiem, ze wszelkimi ułomnościami, przywarami, małostkami, udając idealny fikcyjny twór?

Pieprzyć to wszystko! Bóg wiedział co robi… ;]


Królowa wszystkich gier

wtorek, 8. kwiecień 2008.

Wiele jest w życiu rzeczy, które pozwolą nam poczuć namiastkę wielkości. Pieniądze, sława, uwielbienie… Ale nawet najgłupszy z ludzi zda sobie w końcu sprawę, że to nudzi, a zwiększanie dawek już nie pomaga. A co wtedy pozostaje?

Zresztą, powyższe i wiele innych może osiągnąć każdy dobrze ukierunkowany debil. A to dyskredytuje takie sukcesy.

Jest jednak jedna dziedzina, zarezerwowana wyłącznie dla najlepszych. I tylko najlepsi z nielicznych potrafią wytrwać w niej do końca. Tam nie ma miejsca dla słabych, głupich, leniwych, nieodpornych, czy tchórzliwych. Każda słabość jest tam drogą do porażki. Cholera, tam nie ma nawet miejsca dla silnych, inteligentnych, pracowitych i odważnych. Tylko “silnych, inteligentnych, pracowitych i odważnych”…

I dlatego to gra ponad wszystkie, zabawa dla najlepszych, najsprawniejszych, najsilniejszych, najbardziej bezwzględnych. Zajmująca, pełna poświęceń, ale gwarantująca miejsce w pierwszym rzędzie podczas spektaklu pt. “Życie”. Chociaż miejsce w pierwszym rzędzie, to tak naprawdę kłamstwo, bo uczestnicy otrzymują o wiele bardziej interesujący bilet. Tan za kulisy…

To gra, która nawet nazwę ma nieprecyzyjną, mylącą.

To gra w informację i działanie.

Wywiad, kontrwywiad…

Szara eminencja historii świata.

Wieczne balansowanie na ostrzu noża, nieustająca walka, nieustający euforia i nieustający smutek. Gra bez końca, która stanowi kręgosłup wydarzeń na świecie. A co w niej najpiękniejsze - nagradza tylko tych kilku najlepszych - tych, którzy trzymają w rękach więcej sznurków niż inni. Tych, którzy na tych sznurkach nie zawiśli.

Gra trzymająca w napięciu każdego, komu dane jest w niej uczestniczyć. Gra, w której nie ma zwycięzców, a gdyby byli, i tak nie czekały by na nich żadne nagrody. To gra, w której nagrodą jest samo uczestnictwo. Świadomość i wiedza, którą ona oferuje, w zamian za duszę. Prawda o świecie, w zamian za prawdę o nas. Możliwość kreowania historii własnymi rękami, wpływania na losy kontynentów, państw, jednostek. Ale bezimiennie.

Gra wymyślona przez diabła, któremu najwyraźniej znudził się świat pozostawiony na własnej łasce.

Nieustanna partia szachów, nie pomiędzy dobrym a złym, a pomiędzy złym i gorszym. Ale gra, której wygrać nie można. Można tylko zmieniać cele.

Zresztą, szachy to nienajlepszy przykład, bo tam przy stole jest miejsce tylko dla dwójki zawodników. A w zabawach wywiadowczych gra każdy z każdym. Naraz. To taki rodzaj polityki, w którym nie liczy się popularność, ani wyborca. Tam liczy się tylko to, komu uda się rozgrywać najdłużej. Bez klakierów, bez osądów, bez konieczności liczenia się z czymkolwiek.

Dodajmy do tego przepisu przebiegłość i poczucie humoru, a otrzymamy formułę wyjątkową.

Najbliższą boskości ze wszelkich możliwych.

W końcu Bóg też rozgrywa zza kulis…


Ciemna droga do zwycięstwa

sobota, 5. kwiecień 2008.

Z mrocznych zakamarków mojego sumienia oraz akt szkoleniowych SB, KGB, CIA, Mossadu, MI5&6.

Jak osiągnąć bezwzględną przewagę nad przeciwnikiem. Zniszczyć go.

Poradnik łączący przyjemne z pożytecznym.

Na każdą okazję.

Efekty gwarantowane…

“Sztuka Wojny wg. Frustrata - wybór niezawodnych sposobów na zwycięstwo”

- autor: Frustrat Srustrat.

1. Zyskaj przewagę fizyczną. Uderzaj mocno. Zadaj ból i okaż gotowość pognębiania tego cierpienia. Rób to raz po raz. Przełam jego opór. Jego cierpienie przynosi twój sukces.

2. Zdobądź przewagę intelektualną. Owiń wroga wokół palca. Niech pragnie cię słuchać. Uknuj intrygę pogrążającą go. Przekonaj go. Niech będzie marionetką w twoich rękach.

3. Zyskaj przewagę materialną. Kup go. Zaklej mu oczy i uszy pieniędzmi. Wepchnij do gardła zrolowane banknoty. Napchaj mu nimi jego dłonie. Przejmij nad nim kontrolę. Albo zniszcz. Poderżnij mu na odległość gardło, a banknoty niech stanowią siłę sprawczą.

4. Zyskaj nad nim przewagę ilościową. Osacz go. Otocz go swoją siłą, ludźmi, wpływami. I zaciskaj więzy…

5. Zyskaj nad nim przewagę informacyjną. Szantażuj go. Miej w ręce atut silniejszy od jego najlepszego atutu przeciwko tobie. Miej go w szachu. I nie bój się wykorzystać tej wiedzy kiedy trzeba, obserwując jego bolesny upadek.

6. Zyskaj nad nim przewagę Achillesową. Zobacz wroga jakim jest, czytając jego intencje, poprzez jego największe dokonania. Rozbierz go na drobne czynniki. Znajdź słaby punkt i uderz. Poznaj go, a będziesz miał jego los w garści.

7. Zyskaj nad nim przewagę psychologiczną. Złam go. Ośmiesz go. Poniż go. Zrealizuj jego największe lęki. Wstrząśnij filarami filozofii jego bytu. Niech poczuje smutek lub gniew. Niech straci siłę i ochotę. Niech zniszczy samego siebie. A ty obserwuj.

8. Zyskaj kontrolę nad jego pragnieniami. Przejmij władzę nad jego marzeniami czy potrzebami. Miej go na łasce. Wygraj z nim wyścig do jego nagród. A wtedy zobaczysz poniżenie.

9. Zyskaj kontrolę nad jego wytrzymałością. Zamęcz go. Nie ustawaj w ataku, nie dawaj mu czasu na regenerację, nie pozwalaj na najmniejsze wytchnienie wroga, aż do wyczerpania go. Padnie w końcu na kolana.

10. Nigdy nie daj się prześcignąć w żadnym z powyższych.

*Nota prawna: Niektóre metody mogą kolidować z podstawowymi prawami człowieka.


Autoportret z uczuciem

czwartek, 27. marzec 2008.

Brakuje mi życia…

Dopada mnie apatia. Zazwyczaj, w tej powydziwianej istocie, która nosi moje mniej powydziwiane imię, siedzi tyle różnych ciekawych emocji. A ostatnio potrafię się tylko skarżyć…

To źle, tamto niedobrze, ci głupi, tamci debile… Nic mi nie pasuje, wszystko ma jakąś wadę, zalety są marginalne, niewidoczne. Pogoda dziwna, w pracy wymyślają, w domu jak zwykle…

Malkontent pełną gębą.

Nie, żeby w 5sv

Cudownie… Wylałem puszkę gazowanego syfu na kolana i podłogę… Odpowiedni moment - zawsze miałem wyczucie czasu… ;] Przynajmniej teraz wiem, w jaki sposób stymulują stymulanty… Jedyna pozytywna stymulacja, jakiej ostatnio doświadczam.

Wracając… Nie żebym w optymalnej formie zachowywał się jak postać z sitcomu komediowego, ale przynajmniej nie burczałem sobie pod nosem jakichś przekleństw. A teraz? Cholera, emo - nikt mnie nie lubi, nic mi nie idzie, deszcz w twarz…

Gdybym nie stawiał depresji w jednym szeregu z innymi medycznymi wymysłami współczesnej cywilizacji - dysleksją, ADHD i astygmatyzmem, to pewnie zacząłbym się zastanawiać, czy przypadkiem nie padło na mnie…

Ale nie wierzę, więc jeżeli już coś gdzieś padło, to mi na łeb.

Życie poza krajem jest jednak do niczego, jeżeli człowiek nie potrafi świadomie zadowalać się byle czym. Męczy. Mało radości, dużo codzienności. Takie proporcje dają w kość - z Irlandczykami, mimo tego, że ich lubię i cenię, nie potrafię zawiązać relacji. Nie ta mentalność, działają na nas inne bodźce. Z Polakami, no cóż, wiadomo jak z nami jest. Szczególnie, jeżeli trzeba obcować z towarem eksportowym. Bez znaczka “Teraz Polska”, ze znaczkiem “40%”.

Tak, wszyscy źli, a ja jestem królewiczem z bajki… Ha!

Nawet filmy z sieci ostatnio jakieś kiepskawe.

Swoją drogą, miałem okazję przysłuchiwać się dzisiaj pewnej rozmowie w pracy. Dziewczyny w biurze w związku z nowym kontraktem firmy, zaczęły tworzyć peany, jak to tanio można kupić filmy i muzykę w Tesco. Jak często trafiają się okazje, jakie niskie ceny, i tak dalej… Materiał na reklamę proszku do prania. Czułem się jak ufoludek. Szczególnie po tym, jak wciągnięty na siłę do konwersacji, odpowiedziałem w przypływie głupiej szczerości, że średnio się orientuję w temacie, bo nie kupuję ani filmów, ani muzyki. Dopiero po chwili zrozumieli, o co mi chodzi… Przepaść kulturowa, a na samym dnie ja! ;]

Żeby dopełnić obrazu nieszczęścia, dodam tylko, że wciśnięto mi dzisiaj na siłę służbowy samochód, bo z racji konieczności odbycia dłuższej niż zazwyczaj podróży, firma postanowiła zaoszczędzić na kilometrówce. Nic się nie uczą. Pierwszy samochód przerysowałem, drugi rozbiłem, a w szybę tego dzisiejszego pieprznął jakiś kamień z drogi. Za jakiś miesiąc w miejscu odprysku pojawi się ładny pajączek. Do trzech razy sztuka! A chcieli zaoszczędzić… ;]

Zresztą, odechciało mi się pisać. Nie będę z siebie robił pośmiewiska…

Dziękuję za uwagę.